Łączna liczba wyświetleń

piątek, 17 maja 2019

Jedno tchnienia Boga


          Człowiek stworzył język do opisu tego co jest zmysłowe, co dotyczy jego otoczenia. Im sięga w głąb rzeczywistości zaczyna brakować słów. Trudno za pomocą używanego języka opisać odkrywane zjawiska. Brakuje pojęć. Normalny język nie nadaje się do opisu atomu, zjawisk kwantowych. Uczeni uciekają się do  również abstrakcyjnego języka jakim jest matematyka. Tak też uczynił Werner Heisenberg (1901–1976) opisując atom za pomocą macierzy (mechanika macierzowa). Erwin Schrodinger (1887–1941) opisał fale elektromagnetyczne za pomocą swoich równań. Okazało się, że oba opisy są sobie równoważne. Język matematyki nie wszyscy rozumieją.  Nie wszystkie zapisy matematyczne są takproste jak równanie Einsteina E = m*c ². Ten prosty zapis ujawnia koncepcję Stwórcy. Nie ma czegoś takiego jak materia. Ona jest produktem energetycznym, a energia pochodzi od jednego tchnienia Boga.
         Wzór Einsteina mówi, że energia i materia są sobie równoważne. Jedno wynika z drugiego. W warunkach brzegowych można mówić tylko o energii, która wypełnia cały świat. Energia w czystej postaci jest niewidoczna. Stąd wniosek, że świat nie jest widzialny. Jak powiedział Arthur Schopenhauer (1788–1860) filozof niemiecki jest ludzkim wyobrażeniem. Przestrzeń jest przeźroczysta, ale wypełniona wirtualnymi obiektami. Czy można z jednego tchnienia Boga opisać stworzenie naszej rzeczywistości? Z trudnością, ale można. Argumenty przeciwne stworzeniu (kreacjonizmu) wytaczane przez ateistów stają się podporą wiary. Np. teoria ewolucji, początkowo odrzucana  przez Kościół, jest przykładem ciągłości tchnienia bożego. Nauka udowodniła, że nowe gatunki mogą powstawać z innych. To stały cud, który się zdarza. Bóg nie tylko podtrzymuje świat w jego istnieniu, ale ciągle go stwarza. Świadczą o tym zjawiska kwantowe, które widoczne są za pomocą doskonałej technice subatomowej.
          Jestem pewien, że zaczyna się era innego spojrzenia na świat. Bóg ujawnił tyle swoich tajemnic, że ateizm jest totalnym nieporozumieniem. Religia w obecnym kształcie nie może się ostać. Jest anachroniczna, bajkowa i sprzeczna z Prawdą. Potrzeba mądrych teologów, aby na nowo odczytali Stan Prawdy umysłem najnowszych badań.
           Jestem przekonany, że ateizm stanie się synonimem niewiedzy. Światopogląd dzisiejszy wykonał zwrot o 180 stopni w stosunku do historycznego.   Zbliża się nowa era, w której Królestwo Boże przybliży się do ludzi. Proces ten można obserwować np. na Wschodzie. Coraz więcej jest chrześcijan. Byłoby dobrze, aby nowe pokolenia chrześcijan otrzymywały wiedzę współczesną, która wzmocni ich wiarę.
             Jeżeli Kościół zbagatelizuje wiedzę współczesną, to wiara odrodzi się oddolnie w sposób nieuporządkowany.

czwartek, 16 maja 2019

Tęczowa Matka Boska


         Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak  powiedział: "Nie może być zgody, by naruszać to, co nienaruszalne". A ja się pytam, czy ktoś zapytał Matkę Bożą o jej zdanie?
         Od tysięcy lat wykorzystuje się Boga i inne Osoby święte do ludzkich partykularnych interesów. Divinum i sacrum zostały zawładnięte przez ludzi Kościoła. Uważają, że mają prawo wykorzystywać ich święte imiona do swoich interesów. W Piśmie Świętym aż roi się od cytatów niby autorstwa samego Boga, Jezusa Chrystusa i innych Osób świętych. To jest ogromne nadużycie. Czynią to, bo wiedzą, że Osoby te nie sprzeciwią się, nie dadzą znaku swojego sprzeciwu. Pomysł, że tęcza, która ozdabia wizerunek Maryi jest jej profanacją jest, delikatnie mówiąc, głupi sam w sobie. Aby dopatrzyć jest profanacji trzeba uruchomić swoją chorą wyobraźnie i to ona może być profanacją. Przypomina mi się akcja z Gumisiami. Tam również doszukiwano się zgorszenia.  Niektórym nie podobały się różowe torebki.
         Sama tęcza jest moralnie obojętna. Dopiero przypisywanie jej złych znaczeń czyni aurę nienawiści. Maryja wielokrotnie daje znać swojej miłości do wszystkich ludzi, bo wie, że wszyscy są dziećmi Bożymi. Osoby o innej orientacji seksualnej trzeba otoczyć szczególną miłością, bo są dyskryminowani. Tęcza, która jest symbolem tych innych w entourage'u maryjnym jest obrazem jej opieki.
        Dziwię się, że dostojnicy Kościoła, którzy można uważać za światłych dają się wkręcać w głupotę ludzi, którzy doszukują się tylko złych intencji, by zasiewać zło i nienawiść.
       Pani Elżbietę Podleśna zatrzymana przez policję przyznała, że jest katoliczką. Nie sądzę, aby miała złe intencję. Kobiecie grozi grzywna, ograniczenie lub nawet pozbawienie wolności do lat dwóch. Policja zachowała się nagannie.
        Gdyby pani Elżbieta miała w tym swój nieetyczny pomysł, to jej uczynek podlega osądowi Bożemu, bo wynika to z jej duszy, a tam może docierać tylko Stwórca. Kto zobaczył zło w tej sprawie musi się zastanowić nad swoją wyobraźnią, bo myśląc, kształtuje się rzeczywistość.
         Rozlepianie jakiekolwiek wizerunku Maryjnego w miejscach publicznych i niegodnych (śmietniki, przenośnych toaletach itp.) uważam za niedopuszczalne
i temu się sprzeciwiam.

środa, 15 maja 2019

Święto Zofii


       Dzisiaj jest dzień imienin Zofii. Przywodzi pamięć o mojej matce Zofii, która odeszła w poprzednim roku 26 maja (dzień matki) w wieku 96 lat. Dzisiaj jest też rocznica śmierci jej ojca Józefa Piskorza, czyli mojego dziadka.

       Oboje byli niecodziennymi ludźmi. Mój dziadek w seminarium we Lwowie był kolegą szkolnym Maksymiliana Kolbe. Wiele mi opowiadał o jego cnotach. Mimo, że był rozwiedziony i powtórnie żonaty zachował się w mojej pamięci jako dobry i szlachetny człowiek. Mieszkał w Sośnicy k/Gliwic. Widywaliśmy się rzadko. Dużo rozmawialiśmy o wszystkim (np. o ewolucji Darwina i życiu seksualnym wśród dzikich). Graliśmy w szachy. Nie lubił przegrywać i rozkosznie się złościł. Dostałem od niego skrzypce, które stały się moją "kochanką". Przez 3 lata brałem prywatne lekcje. Moimi palcami pieściłem struny, a każdy wydawany dźwięk sprawiał mi rozkosz. Uwielbiałem grać na skrzypcach. Moja założona rodzina nie podziela moich upodobań. Po udarze coraz trudniej jest mi grać. Pozostała niespełniona miłość do tego instrumentu.

       Moją matkę zaliczam do anonimowych świętych. W wieku 90 lat napisała sagę rodzinną. Do 92 roku życia uczyła gry na fortepianie. Uczniowie i uczennice uwielbiali ją i kochali jak swoją babcie. Do ostatnich niemal chwil prowadziliśmy naukowe dysputy. Była pierwszą recenzentką i  krytykiem moich 9 książek. Jej życiorys był bardzo bogaty i barwny. Wpoiła we mnie godność do ludzkiej osoby, która zachowuje skromność i pokorę.

       Miłość do antenatów  wydaje mi się głębsza i mocno umocowana w sercu. Bardzo mi ich brakuje, zwłaszcza mamy. Często sięgam do klimatów lat minionych. Były one bliższe mojemu sercu i upodobaniom.

      Teraz sam tworzę własną historię, ale to zupełnie inna bajka.

wtorek, 14 maja 2019

Wyprowadzenie formuły Einsteina E = mc²


          Wzór Einsteina E=m*c² znają wszyscy. Przedstawię wyprowadzenie tej formuły opisanej w książce: "Elementy Teorii Względności" Mieczysław Sawicki WSiP Warszawa 1975 r. 
          W tym celu skorzystamy z rysunku na którym znajdują się dwa identyczne ciała A i B. Załóżmy, że ciało A posiada pewien nadmiar energii w stosunku o ciał B. Energię tę ciało A emituje w postaci promieniowania  wyłącznie w kierunku ciała B. Wskutek tego następuje "odrzut"  i ciało A uzyskuje pęd w wielkości:
p = E/c
Jeżeli jest ono związane z rurą o masie M, to rura uzyskuje prędkość v według wzoru:
Mv = E/c   wzór na pęd ciała M o prędkości v
stąd
v = E/Mc
i zwróconą w stronę przeciwną. Ruch rury trwa do momentu pochłonięcia  energii przez ciało B.  A więc w czasie
 t = l/c
rura doznała przemieszczenia
x = vt 

Po podstawieniu za t i v uzyskuje się

x = El/ Mc² (1)

Następnie przedstawiany ciało A na miejsce B i odwrotnie. Żadne siły zewnętrzne przy tym nie działają na układ A, B, M, wobec tego układ jako całość  nie doznał przemieszczenia. Powtarzając ten proces moglibyśmy więc, bez udziału sił zewnętrznych, zmienić położenie środka masy układu ciał A,B M. Stałoby to w sprzeczności z podstawowymi prawami mechaniki. Wyjście z tej sytuacji jest jedno: przypuścić mianowicie, że obydwa ciała A i B po akcie emisji i absorpcji energii promieniowania nie są mechanicznie równoważne. Na przykład masa ciała B jest większa o wartość m od masy ciała A. W tym przypadku przy zamianie miejscami ciał masa m przesunie się o odcinek l. Stosując zasadę zachowania pędu twierdzimy, że pęd całkowity składający się z pędu rury
Mx/t
oraz pędu masy m
ml/t
jest równy zero
Mx/t - ml/t = 0
stąd x= ml/M (2)
Porównując związki (1) i (2) dostajemy
ml/M = lE/Mc²
skąd
m = E/c²
czyli                                          E = m*c²

W tłumaczeniu własnym uproszczonym:

Pęd rury M (odrzut) = pęd nadmiaru masy (pęd emitowanej fali)
M * v = m * c
Pęd w zależności od fali
M * v = E/c
stąd  E/c = m* c
czyli                                          E = m*c²

Co było do wyprowadzenia.

poniedziałek, 13 maja 2019

Doświadczenie Michelsona – Morleya rozszyfrowane

              


          Powrócę do słynnego doświadczenia Michelsona – Morleya wykonanego w 1881 roku, który zasłynął tym, że nie można było zrozumieć dlaczego otrzymany obraz światła w detektorze nie jest przesunięty w fazie. Wnioski z tłumaczenia tego doświadczenia i mnie nie dawały spokoju przez lata. W książce Rzeczywistość w świetle nauki, filozofii i wiary JEDNOŚĆ 2008 roku opisałem to doświadczenie bazując na tłumaczeniu A. Einsteina, który skorzystał ze skrócenia długości FitzGeralda i transformacji Lorentza. Jak pisałem:

Doświadczenie polegało na tym, że puszczano promienie światła w dwóch kierunkach – wzdłuż kierunku ruchu przyrządu i prostopadle do ruchu. Według fizyki klasycznej wyprowadzono dwa wzory na czas powrotu promieni odbitych. Były one różne, bo po podstawieniu wartości dawały różne wyniki. Spodziewano się więc, że w czasie doświadczenia przyrząd potwierdzi wyliczone różnice czasowe tych dwóch promieni. A tu niespodzianka. Czasy były takie same. Wynik doświadczenia M-M był bardzo zagadkowy i w najwyższym stopniu zaskakujący.

          Czasy obu promieni były różne, bo drogi przyjęto różne. W tym tkwiła pomyłka. Ona spowodowała, że wysunięto zbyt pochopne wnioski.

          Na rysunku linią przerywaną pokazana jest droga promienia prostopadłego do ruchu aparatury. Na rysunku nakreślono drogę promienia po trójkącie. Wszelakie obliczenia i wnioski bazowały na przyjętej tezie. Tymczasem promień prostopadły do ruchu utrzymuje cały czas drogę prostopadłą do ruchu urządzenia. Promień odbija się od lustra już przesuniętego, i wraca pionowo do samego detektora również przesuniętego. Kwant promienia przebywa drogę 2L, a nie jak w oficjalnym tłumaczeniu po ramionach trójkąta (dłuższa droga).  Promień biegnący równolegle przebywa tę samą drogę 2L (tam i z powrotem) w tym samym czasie, ze średnią prędkością (pozorną) równą c, bo prędkość urządzenia się znosi (+u, -u) w drodze powrotnej.  Równe czasy przebiegu, z tą samą prędkością, na podobnej drodze nie może powodować niezgodności w fazie. Zagadka jest rozwiązana. Tłumaczenie powyższe bardzo dobrze można udowodnić animacją filmową, na którym pokazano by drogą zaznaczonego kwantu.  Pomijam tu sprawę, wówczas bardzo ważną, tzw. eteru, ale w podanym tłumaczeniu nie odgrywa on żadnej roli.

         Zachodzi pytanie, dlaczego Einstein nie poszedł podobną ścieżką rozumowania? Jest ona klarowna i prosta.  Można pomyśleć, że Einstein się pomylił. Ryzykowna teza, ale wszystko wskazuje, że jest słuszna.

          W książce Filozofia w Fizyce Jarosława Kukowskiego  WU Kardynała Wyszyńskiego Warszawa 2000 r. (s. 71) autor powołuje się na publikację Turzynieckiego z 1993 roku. W niej znalazłem podobny wniosek, choć Turzyniecki poprowadził obliczenia, tak samo po trójkącie, rezygnując z postulatu Einsteina, że prędkość światła jest stała i niezmienna . Wiele lat temu odrzuciłem rozumowanie Turzynieckiego, bo postulat Einsteina uważałem i nadal uważam za słuszny. Ja go tylko inaczej opisuję, a mianowicie, światło gdy opuszcza swoje źródło ma zawsze tę samą prędkość < c > względem każdego układu inercjalnego i jest niezależny od prędkości źródła. Światło nie zachowuje prędkości źródła. Dla układów w ruchu przyjmuje prędkość pozorną. Ona może być różna od prędkości < c > Dopuszczalne jest więc założenie, że c' = c + u. Taki wzór przyjął w swej książce Turzyniecki.

          Podejście Turzynieckiego i tu zaprezentowane skutkuje, że nie trzeba angażować do wyjaśnienia negatywnego doświadczenia transformacji Lorentza, a co za tym idzie, wnioski wysuwane o kontrakcji długości FitzGeralda  i dylatacji czasu są mylące. Jak pisze autor książki (J. Kukowski): "idea skrócenia autorstwa FitzGeralda0 LOrentza była hipotezą ratunkową w obliczu nieoczekiwanych wyników doświadczenia Michelsona- Morleya" (s 73).

          Wniosek ten nie obala teorii względności Einsteina, ale usuwa z niej niezrozumiałe zjawisko skracania długości. Problem pozostaje z dylatacją czasu, bo inne doświadczenia potwierdzają to zjawisko i póki co, wydaje się, że teza jest słuszna.           

niedziela, 12 maja 2019

Gdyby człowiek był stwórcą


          Dla udowodnienia tezy, że dobro jest autorstwa tylko Stwórcy można skorzystać z pewnej koncepcji myślowej. Człowiek rysując na papierze człowieka (lub inną istotę), tym samym przywołuje ją w wymiarze dwuwymiarowym do istnienia. Stawiam pytanie. Czy powołana istota może uczynić coś dobrego? Sama nie, ale człowiek za pomocą ołówka może dorysowywać jej wszelakie paradygmaty. Może sporządzić film kreskowy pokazując jego zalety i dobre uczynki. Na ekranie przywołany do istnienia bohater może czynić dobro. To co zostaje pokazane na filmie pochodzi z zamysłu rysownika. Podobnie jest w świecie rzeczywistym. Człowiek stworzony nic nie może uczynić bez pomocy i ingerencji Stwórcy. Dobro jest wartością samo w sobie. To funkcjonał, który skutkuje. Gdyby narysowanej istocie dać wolną wolę, to ona może poprosić rysownika, aby jej dorysował. Podobnie jest w świecie rzeczywistym. Człowiek wyraża wolę, a Stwórca jest Wykonawcą tej woli. Bóg uczestniczy w czynnościach złych, gdy taka jest wola człowieka. Uczestniczy, to nie znaczy, że akceptuje. Człowiek jest sprawcą cierpienia nałożonego na Stwórcę. Każdy ludzki grzech rani Boga.
          Bóg stwarzając świat i wolnego człowieka sam oddał się na służbę jego widzi mi się, jego grzechów i wszystkiego co uczyni, zamierza. W tym paradoksie ukazana jest Miłość Boga do swojego stworzenia. Jeżeli tego nie zauważa się jest się ślepcem. Bóg zjednoczył siebie ze swoim stworzeniem. Powstał jeden organizm stwórczy. Człowiek w Nim, a On we wszystkim.
           Koncepcja jedynego autorstwa dobra jest trudna do przyjęcia. Pycha ludzka ujawnia, że człowiek myśli, że sam może wszystko czynić. To błąd.
           Dobre uczynki interferują (wynika to z natury funkcjonału) ze sobą i dobro staje się większe. Dobrą energie Bóg wykorzystuje do neutralizowania panującego zła (funkcjonał zła). Dobro ze złem wzajemnie się znoszą. Ludzkie intencje liczą się w bilansie dobra i zła we wszechświecie. Trzeba o tym pamiętać. Przyjmując rolę sługi spełnia się główny zamysł Boga – ludzkiego podobieństwa do Boga. Świat jest jednością. Taki obraz świata preferują religie Wschodu.

sobota, 11 maja 2019

Chora religia


          Łatwo zarzucić mi, że jestem antyklerykałem, ale nie jest to prawdą. Chcę dziś zwrócić uwagę tylko na zjawiska negatywne które towarzyszyły powstawaniu doktryny chrześcijańskiej i działalności instytucji kościelnej, bazując na zdobytej wiedzy, własnych obserwacji i doświadczeniach  To co mam zamiar napisać nie dotyczy wszystkim kapłanów. W Kościele, zwłaszcza na niskich szczeblach hierarchii można spotkać wspaniałych kapłanów i sługi Boże. Tym poświęcę inny wykład.
          Przez lata głoszenia religii ujawniła się nie do końca zrozumiana koncepcja Stwórcy dotycząca symetrii dobra i zła. Tam gdzie zaistniało zło, tam pojawia się dobro i odwrotnie. Nauka Kościoła tłumaczy konieczność istnienia zła, aby dobro zostało uwypuklone na zasadzie kontrastu. Podobnie jak bez cienia nie można opisać światła. Nie do końca jest to dla wszystkich przekonywujące.
         Kiedy Jezus głosił swoją naukę (powstawało dobro, sacrum), równolegle, jego uczniowie walczyli o zajęcie najlepszego stanowiska przy boku Ojca. Jakub i Jan byli pod wpływem marzeń o mesjaszu politycznym, do którego chcieli się przyłączyć przez udział w jego rządach (profanum). Zwrócili się oni do Jezusa słowami: Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twojej stronie (Mk 10,37).   
          Po śmierci Jezusa ewangeliści opisali działalność Jezusa i Jego naukę, pisząc ewangelie. Do swoich tekstów wprowadzili własne koncepcje teologiczne (głównie Mateusz, Łukasz). Nauka Jezusa został skażona ludzkim oglądem boskich spraw. W Ewangelii Jana zakotwiczyła się panująca gnoza. Z samego początku chrześcijaństwa wkradał się ludzki interes i ludzki zamysł. Doskonała idea chrystianizmu – sacrum  szła w parze z profanum ludzkich pragnień.
        Do gwałcicieli nauki Jezusa można zaliczyć również św. Pawła i wczesnych teologów i ojców Kościoła. Św. Paweł, który z pewnością zasłużył się w formułowaniu doktryny chrześcijańskiej popełnił szereg błędów (opisałem to w książce pt. Listy Pawła Apostoła w wierze rozmnej świeckiego teologa, Coriolanus 2010). Jezus głosił równość pomiędzy kobietą a mężczyzną. Traktował ich jako dzieci Boże. Paweł pod wpływem faktów historycznych, tradycji nie był do końca przychylny kobietom. Nie miał do nich zaufania. Ograniczał ich statut względem mężczyzn. Narzucał kobietom konieczność odpowiedniego stroju i nakrycie głowy (1 Kor 11,1–16; 1 Tm 2,9).  kobietom nie wolno było pokazywać się w miejscach publicznych z odkrytą głową: Każda zaś kobieta, modląc się lub prorokując z odkrytą głową, hańbi swoją głowę; wygląda bowiem tak, jakby była ogolona (1 Kor 11,4–5); Nie wypada bowiem kobiecie przemawiać na zgromadzeniu (1 Kor 14,35).  Paweł podtrzymał historyczną dyskryminację kobiet. Nauczać zaś kobiecie nie pozwalam ani też przewodzić nad mężem, lecz [chcę, by] trwała w cichości. Albowiem Adam został pierwszy ukształtowany, potem – Ewa.  I nie Adam został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta popadła w przestępstwo.  Zbawiona zaś zostanie przez rodzenie dzieci; [będą zbawione wszystkie], jeśli wytrwają w wierze i miłości, i uświęceniu – z umiarem (1 Kor 2,12–15). Według jego poglądu; Podobnie i kobieta: niezamężna i dziewica troszczy się o sprawy Pana, o to, by była święta i ciałem, i duchem. Ta zaś, która wyszła za mąż, zabiega o sprawy świata, o to, jak by się przypodobać mężowi (1 Kor 7,32–34).
           Stanowisko Pawła było ortodoksyjne w sprawie wiary: "Gdyby wam kto głosił Ewangelię różną od tej, którą [od nas] otrzymaliście – niech będzie przeklęty!"  (Ga 1,9); "nie wolno wykraczać ponad to, co zostało napisane (1 Kor 4,6). Przyczynił się do dogmatyzacji wiary. Paweł silnie akcentował ontologiczne istnienie aniołów i szatana.  Był zwolennikiem dyscyplinowania wiernych: "Dlatego też karć ich surowo, aby wytrwali w zdrowej wierze (Tt 1,13). Niewolnictwo uważał za coś normalnego. Paweł głosił konieczność opłacania kapłanów za ich prace duszpasterską i misyjną, tym samym dał przyzwolenie dla koncepcji  opłacania pracowników Kościoła, czyli kapłanów.
          Doktryna chrześcijańska ulegała dogmatyzacji. Wprowadzenie celibatu wprowadziło zagrożenie dla normalności ludzkiego życia. Nie łatwo jest panować nad popędem seksualnym. Pojawiło się źródło przyszłych wypaczeń. Apogeum nieczystości pojawiło się ok. X/XI wieku. Z zasady wspomnianej już symetrii dobra i zła powstał zakon cluniacki, a potem zakony żebracze. One to w zasadzie uratowały Kościół. Zło które zakorzeniło się w środku Kościoła, chwilowo zostało pokonane, ale nie na długo. Pojawiła się inkwizycja, która w całości zaprzeczała idei Kościoła Chrystusowego (nie zabijaj). Kościół wprowadził zakazy i nakazy. Sam zajął się działalnością państwową, komercyjną, wojskową. Misyjny charakter Kościoła pozostał w jego tle. Pojawił się obowiązek spowiedzi i inne nakazy, np. bezwzględne posłuszeństwo względem hierarchii kościelnej. Kościół nie tylko oddziaływał na zewnątrz swoich murów, ale oddziaływał w środku na swoich kapłanów. System hierarchiczny podzielił sługi Boże. W większości dobro pozostało w niższych stanach, a zło panoszyło się na jego szczytach. Celibat, sprzeczny z ludzką naturą, doprowadził niektórych do dewiacji. Obecnie  ujawniły się tego skutki. Ludzkość nie dorosła do wyrzeczeń. Nie udźwignęła nałożonego  krzyża. Pokazała swoją niedoskonałość. Dla wielu, instytucja kościelna jest synonimem zła, miejscem piekła na ziemi. Wykształceni kapłani, którzy przynajmniej rozumowo winni  spełniać swoje nałożone obowiązki, sami dają przykład zgorszenia. Co mogą powiedzieć zwykli śmiertelnicy małej wiedzy. Zamiast głoszenia idei doskonałości Boga i wiary z instytucji kościelnych wypływa zło. Ujawniona pedofilia nie jest ostatnim grzechem kapłanów. Ujawniono praktyki gwałcenia i molestowania zakonnic. W Afryce panowała epidemia HIV. Zainteresowanie przeszło na zakonnice, które były "czyste". Praktyka aborcji ciężarnych zakonnic stała się normą. Kapłani co innego głoszą, a co innego czynią. Pozbawieni normalnego życia erotycznego są nieprzyjemni, niedostępni, wyobcowani. Ciężko integrują się z wiernymi.
          Przyszłość szykuje się w nie najlepszych kolorach. Nadzieją są ludzkie sumienia, w których przechowywany jest idea Kościoła Chrystusowego. Kościół nie zniknie, bo wierni z potrzeby serca będą próbowali go reaktywować. Przywrócenie prawdziwej nauki Chrystusowej będzie trwać latami. Kościół sam musi się oczyścić, likwidując błędy popełnione od samego początku powstania swojej doktryny.