Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 8 listopada 2026

Wiara – wewnętrzny fundament człowieka


          Gdy ktoś zapytał mnie, czy wiara jest człowiekowi potrzebna, odpowiedziałbym bez wahania: że jest wręcz konieczna. Konstrukcja psychiczna człowieka opiera się między innymi na doznaniach, emocjach, nadziei i przekonaniach, a wiara zaspokaja jedną z jego podstawowych potrzeb wewnętrznych. Wiara, która rodzi się w świadomości, oddziałuje na ludzką psychikę, a ta z kolei wpływa na procesy zachodzące w organizmie, między innymi na wydzielanie substancji odpowiedzialnych za nasze samopoczucie, motywację i zachowanie.

          Wiara jest jedną z najważniejszych sił kształtujących ludzką osobowość. Nie jest wyłącznie domeną religii ani zbiorem przekonań dotyczących istnienia Boga. Jest znacznie szerszym zjawiskiem, głęboko zakorzenionym w ludzkiej świadomości i psychice. Towarzyszy nam niemal na każdym etapie życia, nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy.

          Człowiek potrzebuje wiary, ponieważ jego życie nie składa się wyłącznie z faktów, doświadczeń i racjonalnych ocen. Potrzebuje również nadziei, oczekiwania, zaufania i przekonania, że to, co robi, ma jakiś sens. Bez tych elementów trudno byłoby mu podejmować wyzwania, pokonywać przeszkody i odnajdywać motywację do dalszego działania. Sama wiedza o rzeczywistości nie zawsze wystarcza, by człowiek chciał w niej aktywnie uczestniczyć.

          Wiara rodzi się w świadomości, ale jej oddziaływanie nie kończy się na poziomie myśli. Przenika do psychiki, wpływa na emocje, kształtuje nastawienie i sposób interpretowania otaczającego świata. Człowiek, który wierzy w powodzenie swoich zamierzeń, inaczej reaguje na trudności niż ten, który z góry zakłada porażkę. To samo wydarzenie może jednego człowieka załamać, a drugiego zmobilizować do poszukiwania nowych rozwiązań. Różnica często tkwi nie w samym wydarzeniu, lecz w sposobie, w jaki człowiek je postrzega.

          Warto przy tym zauważyć, że psychika i organizm człowieka stanowią nierozerwalną całość. Nasze przekonania i stany emocjonalne wpływają na procesy biochemiczne zachodzące w ciele. Układ nerwowy, hormonalny i odpornościowy pozostają ze sobą w ścisłej zależności. Poczucie bezpieczeństwa, nadzieja i pozytywne nastawienie mogą wspierać mechanizmy regulujące stres, motywację i samopoczucie. Z kolei długotrwały lęk, poczucie beznadziei i brak perspektyw mogą negatywnie oddziaływać na funkcjonowanie całego organizmu.

          Można więc powiedzieć, że wiara, choć niematerialna w swojej istocie, wywołuje całkiem realne skutki materialne. To, co powstaje w ludzkiej świadomości, może wpływać na reakcje biologiczne organizmu, a te z kolei przekładają się na nasze zachowanie, aktywność i zdolność do działania.

          Nie bez znaczenia jest również przedmiot naszej wiary. Możemy wierzyć w Boga, drugiego człowieka, własne możliwości, naukę, przyszłość czy sens podejmowanego wysiłku. Niezależnie od jej źródła wiara daje człowiekowi pewien punkt odniesienia. Pozwala wyjść poza ograniczenia chwili obecnej i dostrzec możliwości, których nie widać, gdy człowiek kieruje się wyłącznie tym, czego doświadcza w danym momencie.

          Szczególnego znaczenia nabiera to w sytuacjach granicznych, kiedy zawodzą dotychczasowe sposoby rozumowania, a rzeczywistość nie daje powodów do optymizmu. Właśnie wtedy wiara może stać się wewnętrznym oparciem. Nie musi oznaczać pewności zwycięstwa ani gwarancji powodzenia. Czasami wystarczy przekonanie, że warto jeszcze spróbować, że trudności nie muszą być końcem drogi i że jutro może przynieść coś, czego dzisiaj nie potrafimy sobie wyobrazić.

          I tu dochodzimy do sprawy, która wydaje mi się najważniejsza. Wiara nie musi zmieniać rzeczywistości, aby zmienić człowieka, który się z nią mierzy. Może zmienić jego sposób myślenia, reakcje, decyzje i gotowość do podejmowania wysiłku. A ponieważ człowiek poprzez swoje działania współtworzy rzeczywistość, w której żyje, wiara może pośrednio wpływać również na bieg jego życia.

          Dlatego na pytanie, czy wiara jest człowiekowi potrzebna, odpowiadam: tak, jest konieczna. Nie dlatego, że bez niej człowiek przestaje istnieć, lecz dlatego, że bez jakiejś formy wiary trudno mu nadać istnieniu głębszy sens. Człowiek potrzebuje czegoś więcej niż biologicznego przetrwania. Potrzebuje powodu, dla którego warto żyć, działać, kochać, tworzyć i pokonywać własne ograniczenia.

          Być może największą wartością wiary jest to, że pozwala człowiekowi dostrzec możliwość tam, gdzie rozum widzi jeszcze tylko niewiadomą, a nadzieja nie ma racjonalnego uzasadnienia.

         Jeżeli wiara jest tak ważnym elementem ludzkiego życia, naturalnie pojawia się kolejne pytanie: w co właściwie wierzyć? Czy wystarczy samo przekonanie, że istnieje coś większego od nas, czy też powinniśmy poszukiwać konkretnej prawdy, która stanie się fundamentem naszego światopoglądu i duchowości?

          To pytanie wcale nie jest proste. Na przestrzeni dziejów ludzkość stworzyła ogromną różnorodność systemów religijnych, filozoficznych i duchowych. Od wierzeń animistycznych, poprzez politeizm, panteizm i różne odmiany religii Wschodu, aż po wielkie religie monoteistyczne, takie jak judaizm, chrześcijaństwo i islam. Każda z nich proponuje określoną wizję świata, człowieka, jego pochodzenia, przeznaczenia oraz relacji z tym, co transcendentne.

          W obrębie tych tradycji spotykamy bardzo odmienne wyobrażenia o Bogu lub rzeczywistości ostatecznej. W niektórych systemach boskość utożsamiana jest z całym wszechświatem i naturą. W innych istnieje wiele bóstw, z których każde reprezentuje określoną sferę rzeczywistości. Religie monoteistyczne natomiast opierają się na przekonaniu o istnieniu jednego Boga, będącego źródłem stworzenia i najwyższym punktem odniesienia dla ludzkiego życia.

          Szczególne miejsce w tym zestawieniu zajmuje chrześcijaństwo, którego centralną postacią jest Jezus Chrystus – Syn Boży, a zarazem Bóg, który według wiary chrześcijańskiej przyjął ludzką naturę. To przekonanie stanowi istotę chrześcijańskiego przesłania i odróżnia je od wielu innych systemów religijnych. Chrześcijaństwo nie ogranicza się bowiem do przedstawienia człowiekowi zasad moralnych czy sposobu osiągania duchowej doskonałości. Głosi, że Bóg sam wyszedł naprzeciw człowiekowi, objawił mu swoją miłość i poprzez Jezusa Chrystusa wskazał drogę zbawienia.      

          W tym miejscu pojawia się jednak zasadniczy problem: która z tych religii jest najbardziej prawdziwa? Czy wszystkie są różnymi drogami prowadzącymi do tej samej rzeczywistości, czy też ich wzajemnie wykluczające się twierdzenia oznaczają, że nie wszystkie mogą mieć rację?

           Nie można przecież bezkrytycznie uznać, że wszystkie religie mówią to samo, ponieważ ich podstawowe założenia niejednokrotnie pozostają ze sobą w sprzeczności. Jeżeli jedna tradycja głosi, że Bóg jest osobowym Stwórcą istniejącym poza światem, a inna utożsamia boskość z samym wszechświatem, to nie są to jedynie dwa sposoby wyrażenia identycznej myśli. Są to odmienne twierdzenia o naturze rzeczywistości.

          Wydaje się zatem, że człowiek poszukujący prawdy nie powinien poprzestawać na stwierdzeniu, że każda religia jest dobra, ponieważ daje ludziom poczucie bezpieczeństwa i sensu. To byłoby zbyt łatwe rozwiązanie. Wiara może być człowiekowi potrzebna z psychologicznego punktu widzenia, ale sama potrzeba wiary nie stanowi jeszcze dowodu prawdziwości tego, w co wierzymy.

          Trzeba więc postawić pytanie trudniejsze: czy istnieją podstawy, aby uznać określoną religię za prawdziwą? Jakimi kryteriami powinniśmy się kierować? Czy powinna to być zgodność jej nauczania z rozumem, wiarygodność przekazów historycznych, wewnętrzna spójność doktryny, doświadczenie duchowe, a może konsekwencje moralne, jakie jej wyznawanie przynosi w życiu człowieka?

          Szczególnie interesująca wydaje się konfrontacja wiary z rozumem. Przez wieki często przedstawiano je jako dwie przeciwstawne siły. Tymczasem nie muszą się wykluczać. Rozum pozwala stawiać pytania, analizować argumenty i odróżniać przekonania od faktów. Wiara natomiast może odnosić człowieka do rzeczywistości, której nie da się w pełni wyjaśnić wyłącznie za pomocą ludzkiego poznania. Nie oznacza to jednak, że każda tajemnica powinna być automatycznie uznawana za dowód istnienia Boga.

sobota, 7 listopada 2026

Wiara nie powinna wymagać rezygnacji z rozumu


           Badając Nowy Testament, doszedłem do dość przykrej refleksji: nauka Jezusa, opis Jego działalności, a przede wszystkim pierwotne przesłanie, które kierował do ludzi, ulegały zniekształceniom i interpretacyjnym przekształceniom niemal od samego początku,  po Jego wniebowstąpieniu, już w okresie pierwszych wspólnot chrześcijańskich.

          Już same Ewangelie, zwłaszcza Mateusza i Łukasza, zawierają liczne elementy redakcyjne i teologiczne, poprzez które ich autorzy nie tylko przekazywali tradycję o Jezusie, ale również interpretowali ją zgodnie z własną wizją teologiczną, potrzebami wspólnot, do których kierowali swoje teksty, oraz przekonaniami religijnymi. Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z prostym zapisem słów i czynów Jezusa, lecz także z ich interpretacją dokonaną przez ludzi żyjących już w określonych realiach historycznych i religijnych.

          W kolejnych stuleciach proces ten postępował. Ojcowie Kościoła rozwijali własne koncepcje teologiczne, podejmowali rozbudowane egzegezy i nadawali nauczaniu Jezusa znaczenia, które nie zawsze wynikały bezpośrednio z kontekstu Jego wypowiedzi. Z czasem interpretacje te zaczęły tworzyć rozbudowany system doktrynalny, w którym coraz trudniej było oddzielić pierwotne przesłanie Jezusa od późniejszych poglądów i ustaleń teologicznych.

          Również instytucjonalny Kościół odegrał istotną rolę w tym procesie. Formułował dogmaty, ustanawiał prawa, określał obowiązujące zasady wiary i praktyki religijnej, a także rozstrzygał, które interpretacje uznaje za prawowierne, a które za błędne. W ten sposób przez wieki kształtował obraz Jezusa i chrześcijaństwa, który niejednokrotnie był bardziej odzwierciedleniem ewoluującej doktryny Kościoła niż bezpośrednim powrotem do nauczania zawartego w Ewangeliach.

          Pojawia się więc zasadnicze pytanie: ile z tego, co współczesne chrześcijaństwo uznaje za naukę Jezusa, rzeczywiście pochodzi od Niego, a ile jest rezultatem późniejszych interpretacji, sporów teologicznych, decyzji soborów i interesów instytucjonalnych?

          Być może największym wyzwaniem dla współczesnego człowieka poszukującego prawdy nie jest samo poznanie Nowego Testamentu, lecz próba oddzielenia autentycznego przesłania Jezusa od wielowiekowej warstwy interpretacji, która narosła wokół Jego osoby i nauki.

          Dlatego warto wracać do Ewangelii z otwartym umysłem, ale również z krytycznym podejściem. Nie po to, by z góry odrzucać dorobek chrześcijaństwa, lecz by samodzielnie dociekać, co Jezus rzeczywiście mówił, czego nauczał i jakie przesłanie chciał pozostawić ludziom.

          Jezus był żywym Człowiekiem. Mogłoby się wydawać, że wszystko co czynił można ogarność ludzkim językiem. Tymczasem  w doktrynie wiary dominuje tajemnica wiary. Może ona wynikać również z wieloznacznością znaczenia słów. Sama historia objawienia Pawła wpisuje się w tą tajemniczość. Jak jest opisane. Jego doświaczenia mistyczne pozostały jego prywatnym przeżyciem. Kościół tłumaczy często, że należy bezgranicznie zawierzyć Kościołowi, który ma w swoim obowiązku chronić depozyt wiary.

          Jezus urodził się, dorastał, żył w określonym miejscu i czasie, spotykał ludzi, rozmawiał z nimi, nauczał, wzruszał się, odczuwał gniew, współczucie, cierpienie i lęk. Miał swoje doświadczenia, relacje i sposób postrzegania świata. Był Człowiekiem funkcjonującym w konkretnych realiach społecznych, religijnych i politycznych ówczesnej Judei. Mogłoby się zatem wydawać, że Jego działalność, wypowiedzi i postępowanie można opisywać oraz analizować za pomocą ludzkiego języka, historycznej wiedzy i racjonalnego rozumowania. Tymczasem w późniejszej doktrynie chrześcijańskiej coraz większą rolę zaczęła odgrywać kategoria tajemnicy wiary. Wiele fundamentalnych zagadnień dotyczących Jezusa, Jego natury, boskości, zmartwychwstania czy relacji z Ojcem zostało ujętych w formuły teologiczne, których nie sposób zweryfikować zwykłymi metodami poznania. W pewnym momencie człowiek przestaje pytać, analizować i dociekać, a zostaje postawiony wobec twierdzenia, że określone prawdy należy przyjąć wiarą, nawet jeśli przekraczają możliwości ludzkiego rozumienia.

          Interesującym przykładem jest postać Pawła z Tarsu, którego doświadczenie na drodze do Damaszku odegrało ogromną rolę w kształtowaniu chrześcijaństwa. Paweł nie należał do grona uczniów towarzyszących Jezusowi podczas Jego ziemskiej działalności. Nie słuchał Jego nauk nad Jeziorem Galilejskim, nie uczestniczył w spotkaniach z apostołami przed ukrzyżowaniem i nie był świadkiem wydarzeń opisanych w Ewangeliach. Swoje przekonanie o spotkaniu ze zmartwychwstałym Jezusem wywodził z osobistego doświadczenia objawienia.

          W Dziejach Apostolskich znajdujemy trzy opisy tego wydarzenia (Dz 9, 3–19; 22, 6–16; 26, 12–18). Paweł sam również wspomina o swoim doświadczeniu w Listach, między innymi w Pierwszym Liście do Koryntian (1 Kor 15, 8) oraz w Liście do Galatów (Ga 1, 11–17). Relacje te różnią się niektórymi szczegółami, co stało się przedmiotem zainteresowania biblistów i historyków. Nie zmienia to faktu, że właśnie to osobiste, mistyczne doświadczenie stało się dla Pawła podstawą jego misji apostolskiej.

          Trzeba jednak zauważyć, że jego przeżycie pozostaje dla nas dostępne wyłącznie poprzez jego własne świadectwo oraz późniejsze relacje zawarte w Dziejach Apostolskich. Nie możemy niezależnie odtworzyć ani zweryfikować jego wewnętrznych doznań. Nie wiemy, jak dokładnie przebiegało to doświadczenie z perspektywy samego Pawła. Znamy jedynie jego interpretację i znaczenie, jakie mu przypisał.

          A przecież nauczanie Pawła wywarło olbrzymi wpływ na rozwój chrześcijaństwa. Jego listy, które należą do najstarszych zachowanych tekstów chrześcijańskich, stały się jednym z najważniejszych fundamentów późniejszej teologii. Warto więc zadać pytanie, w jakim stopniu chrześcijaństwo, które znamy dzisiaj, opiera się na nauczaniu historycznego Jezusa, a w jakim na interpretacji Jego osoby dokonanej przez Pawła i kolejnych pokoleń teologów.

          Kościół często podkreśla, że wierny powinien zaufać jego autorytetowi, ponieważ do jego obowiązków należy strzeżenie i przekazywanie depozytu wiary. Zgodnie z nauczaniem katolickim Kościół uważa się za powiernika Objawienia, a nie jego właściciela. Jednak z perspektywy człowieka poszukującego prawdy rodzi się pytanie: czy obowiązek ochrony depozytu wiary powinien oznaczać również bezwarunkowe przyjmowanie wszystkich kościelnych interpretacji?

          Czy zaufanie do instytucji religijnej może zastąpić samodzielne poznawanie źródeł, analizowanie tekstów i stawianie trudnych pytań? Czy człowiek, który chce zrozumieć Jezusa, powinien przede wszystkim słuchać tego, co przez wieki orzekali teologowie, czy też ma prawo samodzielnie docierać do pierwotnego przesłania Ewangelii?

          Nie chodzi przecież o odrzucenie wiary ani o negowanie duchowego wymiaru chrześcijaństwa. Chodzi o zachowanie prawa do myślenia, zadawania pytań i odróżniania tego, co wynika z tekstów źródłowych, od tego, co jest ich późniejszą interpretacją. Wiara nie powinna wymagać rezygnacji z rozumu. Jeżeli prawda jest rzeczywiście prawdą, nie powinna obawiać się dociekania, krytycznej analizy ani konfrontacji z historią.

          Może właśnie tutaj zaczyna się najważniejsza droga poszukiwania: próba poznania Jezusa nie tylko przez pryzmat wielowiekowej doktryny, lecz także jako Człowieka, który żył, nauczał i zwracał się do ludzi w języku zrozumiałym dla swoich współczesnych.

piątek, 6 listopada 2026

Odkrywanie prawdy wiary w świetle historii i archeologii


          Zgłębiając historię powstawania Pisma Świętego, coraz bardziej przekonuję się, że wiara i wiedza historyczna nie muszą pozostawać ze sobą w sprzeczności. Przeciwnie, wzajemnie się uzupełniając, pozwalają lepiej zrozumieć zarówno religijne przesłanie Biblii, jak i okoliczności, w których ono powstawało. Nie można przecież zapominać, że teksty biblijne rodziły się w konkretnych epokach, kulturach i warunkach społecznych. Ich autorzy posługiwali się językiem, pojęciami oraz wyobrażeniami religijnymi właściwymi swoim czasom.

          Hagiografowie, pragnąc przedstawić początki religii jahwistycznej oraz ukazać relację człowieka z Bogiem, nie zawsze dysponowali wiarygodnymi źródłami historycznymi. Korzystali z dostępnych im tradycji, przekazów ustnych, wyobrażeń religijnych i własnej refleksji teologicznej. Nadawali znanym wydarzeniom głębszy sens religijny, tworząc opowieści, w których doświadczenia historyczne i kulturowe łączyły się z przekazem wiary.

          Przykładem takiego procesu jest biblijny opis stworzenia świata, w którym można dostrzec podobieństwa do starożytnych tradycji Bliskiego Wschodu, między innymi do babilońskiego eposu stworzenia znanego jako «Enuma Elisz». Autorzy biblijni funkcjonowali w świecie, w którym obecne były tradycje mezopotamskie, kananejskie i egipskie. Wiele motywów religijnych, wyobrażeń o świecie nadprzyrodzonym i sposobów opisywania relacji między sferą boską a ludzką miało swoje odpowiedniki w kulturach sąsiednich.

          Dotyczy to również wyobrażeń o istotach duchowych, takich jak aniołowie, demony czy przeciwnik Boga, określany później mianem szatana. Ich biblijny obraz nie powstał od razu w znanej nam dzisiaj postaci. Kształtował się stopniowo, pod wpływem rozwoju myśli religijnej Izraela oraz kontaktów z innymi tradycjami, szczególnie w okresie wygnania babilońskiego i późniejszym. Warto zauważyć, że niektóre wyobrażenia o świecie duchowym, które dzisiaj wydają się oczywistym elementem chrześcijańskiej wiary, przechodziły w historii religii długi proces rozwoju.

          Nie oznacza to jednak prostego przejęcia obcych opowieści czy wierzeń. Autorzy biblijni dokonywali ich własnej interpretacji, podporządkowując je wierze w jednego Boga, Stwórcę świata i człowieka. W ten sposób podobne motywy otrzymywały zupełnie nowe znaczenie teologiczne. Szczególnie ważne było odrzucenie wielobóstwa i przedstawienie Boga jako jedynego źródła istnienia oraz władzy nad całym stworzeniem.

          Księga Rodzaju jest zatem dziełem o złożonej historii powstawania, łączącym różne tradycje i źródła. Jej tekst kształtował się na przestrzeni pokoleń, a ostateczna redakcja stanowi rezultat długiego procesu przekazywania i interpretowania tradycji. Dla człowieka wierzącego najważniejsze jest jednak to, że w tym procesie dostrzega natchnienie i kierownictwo Ducha Świętego.

          Natchnienie nie musi oznaczać dosłownego przekazywania autorom gotowych tekstów czy informacji historycznych. Można je rozumieć jako szczególną pomoc Ducha Świętego w odczytywaniu rzeczywistości i przekazywaniu prawdy o Bogu. Bóg posługuje się człowiekiem, jego wiedzą, językiem, doświadczeniem i możliwościami poznawczymi. Nie wyklucza to ludzkiego udziału w powstawaniu tekstu, lecz właśnie przez ten udział może realizować się jego religijny sens. Taka interpretacja jest dla mnie zrozumiała i wystarczająca.

          Podobnie można spojrzeć na postać Abrahama. Ponieważ możliwość historycznego odtworzenia jego życia jest przez niektórych badaczy kwestionowana, można dopuścić, że Abraham jest również postacią reprezentującą początki określonej wspólnoty religijnej i jej doświadczenia wiary. Wokół tej postaci mogły zostać skupione tradycje, wydarzenia i wzorce religijne, które kształtowały tożsamość Izraela. Nie musi to oznaczać, że Abraham nie istniał, lecz że jego biblijny obraz może zawierać zarówno wspomnienia historyczne, jak i późniejszą interpretację teologiczną.

          Przy takim podejściu łatwiej zaakceptować, że rzeczywista historia patriarchów nie jest nam w pełni dostępna i że nie wszystkie wydarzenia opisane w Księdze Rodzaju można zweryfikować metodami historycznymi. Nie umniejsza to jednak znaczenia samego przekazu. Jego istotą jest ukazanie relacji człowieka z Bogiem, zaufania, powołania, przymierza i stopniowego odkrywania Bożego zamysłu wobec człowieka.

          Gdyby jednak historia powstawania tekstów biblijnych kończyła się na ich starożytnej redakcji, sprawa byłaby znacznie prostsza. Niestety, również późniejsze dzieje przekazywania Pisma Świętego pozostawiły na nim swoje ślady. Skrybowie sporządzający kolejne kopie tekstów biblijnych wprowadzali, najczęściej zapewne w dobrej wierze, nie tylko poprawki językowe i redakcyjne, ale również uzupełnienia i zmiany interpretacyjne. Można przypuszczać, że niektóre z nich wynikały z gorliwości religijnej, którą dobrze oddają słowa Psalmu: „Bo gorliwość o dom Twój mnie pożera” (Ps 69,10). Nie wszystkie ingerencje musiały jednak być trafne ani wiernie odzwierciedlać pierwotny zamysł autora.

          Badania tekstualne wykazały istnienie licznych wariantów rękopiśmiennych, pomyłek kopistów, opuszczeń, powtórzeń i późniejszych uzupełnień. Niektóre fragmenty budzą wątpliwości co do czasu ich powstania, pierwotnego brzmienia lub miejsca w tekście. Współczesna biblistyka, korzystając z krytyki tekstu, porównuje zachowane rękopisy, aby możliwie najwierniej odtworzyć najstarszą dostępną postać poszczególnych ksiąg.

          Dodatkowe trudności pojawiły się na etapie przekładów na języki nowożytne. Każdy język posiada własną strukturę, zasób pojęć i odcienie znaczeniowe. Nie zawsze można więc oddać w przekładzie wszystkie niuanse oryginału hebrajskiego, aramejskiego czy greckiego. Niekiedy tłumaczenie staje się również interpretacją, a wybór jednego z kilku możliwych znaczeń może wpływać na sposób rozumienia całego fragmentu. W ten sposób pewne różnice interpretacyjne utrwalały się w tradycjach poszczególnych wspólnot religijnych.

 

          Jeszcze większe komplikacje wiążą się z późniejszymi sposobami interpretowania i wykorzystywania tej świętej księgi przez różne nurty religijne, wspólnoty i ruchy teologiczne. Wpływ na rozumienie Biblii miały spory doktrynalne, herezje i schizmy, interpretacje Ojców Kościoła, a także uwarunkowania polityczne i instytucjonalne, niekiedy związane z działalnością Stolicy Apostolskiej. Historia Kościoła pokazuje, że interpretacja Pisma Świętego nie zawsze pozostawała wolna od wpływów epoki, interesów instytucjonalnych i sporów o władzę. W rezultacie pierwotny przekaz biblijny bywał wielokrotnie odczytywany przez pryzmat późniejszych koncepcji teologicznych i historycznych uwarunkowań.

          Nie oznacza to oczywiście, że cała tradycja kościelna jest błędna lub że jej dorobek należy odrzucić. Oznacza natomiast, że warto odróżniać samo przesłanie biblijne od kolejnych warstw jego interpretacji. Tradycja może pomagać w rozumieniu wiary, ale również podlegać krytycznej refleksji i pogłębianiu w świetle nowych odkryć.

          Wszystko to sprawia, że zachowanie zaufania do Pisma Świętego wymaga nie tylko wiary, ale również cierpliwości, otwartości i krytycznego namysłu. Potrzeba niemałej determinacji, aby dostrzegając niedoskonałości ludzkiego przekazu, nie utracić zaufania do jego duchowego sensu. Ostatecznie to właśnie w meritum przekazu, a nie w bezbłędności każdego zapisu, można odnajdywać istotę depozytu wiary.

          Współczesne odkrycia archeologiczne, historyczne i językoznawcze nie muszą stanowić zagrożenia dla wiary. Przeciwnie, mogą być częścią fascynującego procesu odkrywania jej korzeni, lepszego rozumienia tekstów biblijnych i pogłębiania własnego stosunku do Boga. Pozwalają spojrzeć na Biblię nie tylko jako na księgę religijną, ale również jako na świadectwo wielowiekowego rozwoju ludzkiej myśli, kultury i duchowości.

          Nie uważam, że wiara musi opierać się na przekonaniu, iż każdy szczegół biblijnej opowieści jest kronikarskim zapisem wydarzeń. Nie musi również oznaczać bezkrytycznego przyjmowania wszystkich późniejszych interpretacji i tradycji. Może natomiast opierać się na poszukiwaniu prawdy religijnej, którą autorzy natchnieni starali się przekazać za pomocą dostępnych im środków, języka i wyobrażeń swojej epoki.

          Być może właśnie takie podejście pozwala zachować równowagę między rozumem a wiarą. Nie trzeba odrzucać osiągnięć nauki, aby pozostać człowiekiem wierzącym, ani rezygnować z wiary, aby uczciwie przyglądać się historii jej powstawania. Trzeba jedynie zaakceptować, że ludzki sposób opisywania i przekazywania prawd religijnych jest niedoskonały, a ich odczytywanie pozostaje procesem otwartym.

          Ostatecznie najważniejsze nie jest to, czy potrafimy odtworzyć każdy szczegół wydarzeń sprzed tysięcy lat, lecz czy potrafimy odnaleźć w tym wielowarstwowym przekazie jego zasadnicze przesłanie. Historia i archeologia mogą pomóc nam zrozumieć, jak rodziły się nasze wyobrażenia o Bogu. Wiara pozwala natomiast szukać odpowiedzi na pytanie, co ten przekaz oznacza dla nas dzisiaj.

          W ten sposób odkrywanie historii Biblii nie musi prowadzić do osłabienia wiary. Może stać się drogą do jej dojrzalszego przeżywania.

 

czwartek, 5 listopada 2026

Narodziny duchowości – droga człowieka ku Bogu


          Tak się czasem zastanawiam, w którym momencie rozwoju gatunku ludzkiego pojawiła się w człowieku zdolność odbierania sygnałów, które dziś nazwalibyśmy duchowymi. Ludzkość rozwijała się przez setki tysięcy, a nawet miliony lat, zanim zaczęła świadomie opisywać świat, zadawać pytania o sens istnienia i poszukiwać odpowiedzi na to, co niewidzialne. Być może jednak duchowość pojawiła się znacznie wcześniej, zanim człowiek potrafił ją nazwać, zrozumieć czy ubrać w jakiekolwiek pojęcia.

          Możliwe, że początkowo były to jedynie trudne do wyjaśnienia odczucia, intuicje i emocje, które wywoływały określone zachowania. Człowiek nie rozumiał ich źródła, ale odczuwał potrzebę okazywania szacunku, przywiązania, wdzięczności czy żalu. Być może właśnie w takich odruchach należy szukać pierwszych przejawów ludzkiej duchowości.

          Interesującym przykładem są neandertalczycy. Odkrycia archeologiczne wskazują, że prawdopodobnie grzebali swoich zmarłych, a niektóre znaleziska sugerują, że mogli pozostawiać przy nich kwiaty lub inne przedmioty. Nie mamy pewności, jakie znaczenie przypisywali tym gestom, ale sam fakt troski o zmarłych jest niezwykle wymowny. Świadczy o więzi, przywiązaniu i szacunku, które nie kończyły się wraz ze śmiercią bliskiej osoby.

          Czyżby już wtedy pojawiało się przeczucie, że śmierć nie musi oznaczać ostatecznego końca? Czy człowiek, patrząc na ciało kogoś, kogo kochał, zaczynał intuicyjnie odczuwać, że istnieje coś, czego nie potrafił zobaczyć ani zrozumieć? Być może rodziło się w nim pierwsze pytanie o dalszy los człowieka po śmierci.

          Nie wiemy, czy neandertalczycy wierzyli w życie pozagrobowe. Możemy jednak przypuszczać, że już wtedy rodziła się w człowieku potrzeba przekraczania granicy tego, co widzialne i namacalne. Być może duchowość nie zaczęła się od wiary w Boga, od religii czy od sformułowanych przekonań. Być może jej początkiem było zwykłe ludzkie zdumienie nad tajemnicą życia i śmierci, a także przeczucie, że rzeczywistość jest czymś więcej niż tylko tym, co można zobaczyć, dotknąć i poznać zmysłami.

          W kolejnych etapach rozwoju człowieka, kiedy coraz wyraźniej zaczynało kształtować się życie społeczne, powstawały pierwsze plemiona i rozwijało się życie wspólnotowe, duchowość mogła nabierać nowego wymiaru. Człowiek przestawał funkcjonować wyłącznie jako jednostka, a coraz bardziej stawał się częścią większej całości. Wspólne doświadczenia, codzienne zagrożenia, narodziny, śmierć bliskich, obserwowanie przyrody i próby zrozumienia otaczającego świata sprzyjały powstawaniu wspólnych wyobrażeń i przekonań.

          Być może właśnie wtedy indywidualne przeczucia zaczęły przekształcać się w zbiorowe wierzenia. To, co wcześniej było osobistym odczuciem tajemnicy istnienia, zaczęło znajdować wyraz w obrzędach, symbolach i rytuałach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Wspólnota potrzebowała nie tylko zasad regulujących codzienne życie, ale również odpowiedzi na pytania, których nie potrafiła rozstrzygnąć. Skąd bierze się życie? Dlaczego człowiek umiera? Co dzieje się z nim po śmierci? Czy siły natury mają swoją niewidzialną przyczynę?

          W ten sposób duchowość mogła stopniowo stawać się częścią wspólnej tożsamości plemienia. Zaczynała łączyć ludzi nie tylko poprzez więzy krwi i wspólne terytorium, ale również poprzez podobne wyobrażenia o świecie, życiu i tym, co znajduje się poza granicami ludzkiego poznania.

          Wykopaliska archeologiczne i badania dawnych kultur pokazują, że na różnych obszarach Ziemi, wśród wielu ludów i plemion, niezależnie od siebie rodziły się wierzenia i praktyki o charakterze religijnym. Jednym z ich najstarszych przejawów mógł być kult przodków. Wyrastał on z naturalnych więzi rodzinnych, przywiązania do bliskich, szacunku dla starszych pokoleń oraz poczucia przynależności do wspólnoty. Człowiek nie chciał pogodzić się z myślą, że śmierć oznacza całkowite unicestwienie osoby, którą kochał i z którą dzielił życie.

          Z czasem pojawiały się coraz bardziej rozbudowane obrzędy i praktyki religijne. Były one próbą nawiązania kontaktu z nieznaną rzeczywistością, która otaczała człowieka. Rzeczywistością bardziej odczuwaną niż rozumianą, budzącą jednocześnie lęk, fascynację i nadzieję. Człowiek przypisywał siłom natury, zjawiskom atmosferycznym, narodzinom i śmierci znaczenie wykraczające poza ich fizyczny wymiar. W ten sposób stopniowo kształtowały się różne wyobrażenia o świecie duchowym.

          Na różnych kontynentach przybierały one odmienne formy. Na Bliskim Wschodzie rozwijały się dawne systemy wierzeń, w tym zaratusztrianizm, związany z naukami Zaratustry. W Indiach kształtowały się tradycje religijne, z których wyrosły między innymi hinduizm i jego bogata, wielowymiarowa wizja rzeczywistości. W wielu kulturach Afryki rozwijały się wierzenia związane z duchami przodków, siłami natury i bóstwami. Podobnie na kontynentach amerykańskich powstawały niezależne systemy religijne, posiadające własnych bogów, mity i obrzędy.

          Zastanawia mnie jednak pewna kwestia dotycząca samego początku religii. Uczono mnie, że najpierw pojawiły się religie monoteistyczne, a dopiero później przekształciły się w politeistyczne. Przyznam, że takie wyjaśnienie nie do końca mnie przekonuje. Wydaje mi się bardziej naturalne, że człowiek, próbując zrozumieć otaczający go świat, najpierw przypisywał poszczególnym zjawiskom i siłom natury odrębne znaczenia i sprawczość. Burza, słońce, ogień, deszcz, płodność ziemi czy cykl życia i śmierci mogły być postrzegane jako przejaw działania różnych niewidzialnych sił.

          Czy zatem nie jest bardziej prawdopodobne, że politeizm wyrósł z pierwotnej potrzeby wyjaśniania różnorodności świata, a idea jednego Boga pojawiła się dopiero na pewnym etapie rozwoju ludzkiej myśli religijnej? Oczywiście nie chcę przesądzać tej kwestii. Stawiam raczej pytanie, czy ewolucja ludzkich wierzeń nie przebiegała właśnie od wielu wyobrażeń o siłach nadprzyrodzonych ku coraz bardziej abstrakcyjnym koncepcjom jednej, nadrzędnej zasady istnienia.

          Przykładem tego, że w ludzkiej świadomości zaczynała kiełkować myśl o jednym, nadrzędnym Bogu, jest historia która się rodziła w Mezopotamii  na przełomie XIX/XX wieku przed Chr.. Tam jeden z bogów stopniowo zdobywał pozycję nadrzędną wobec pozostałych. Był nim Marduk, opiekun Babilonu. Wraz ze wzrostem potęgi tego miasta rosło znaczenie jego boga. W babilońskim eposie stworzenia, znanym jako Enuma Elisz, Marduk zostaje przedstawiony jako zwycięzca pierwotnych sił chaosu i twórca uporządkowanego świata. Otrzymuje władzę nad pozostałymi bogami i staje się najważniejszą postacią całego panteonu.

          W Egipcie  faraona Amenhotepa IV, znany później jako Echnaton. W XIV wieku przed naszą erą podjął on próbę zasadniczej zmiany dotychczasowych wierzeń, wynosząc boga Atona, symbolizowanego przez tarczę słoneczną, ponad wszystkie pozostałe bóstwa. Z czasem dążył do wprowadzenia wyłącznego kultu Atona. Była to niezwykła próba odejścia od tradycyjnego politeizmu. Można w niej dostrzec pierwsze wyraźne poszukiwanie jednej nadrzędnej siły, której przypisywano szczególne znaczenie w całym porządku świata.

          Nie był to jeszcze monoteizm, ponieważ pozostali bogowie nadal istnieli w wierzeniach Babilończyków, podobnie jak w wielu tradycyjnych religiach ludów afrykańskich. Jeden bóg mógł zajmować najwyższą pozycję, być stwórcą świata i władcą pozostałych bóstw, ale nie oznaczało to jeszcze zaprzeczenia istnieniu innych sił boskich.

          Za czasów Abrahama którego tradycja biblijna umieszcza w początkach drugiego tysiąclecia przed naszą erą pojawiła się myśl, że jeden bóg może być tak potężny i wszechstronny, że skupia w sobie władzę nad całym światem, a nawet odpowiada za jego stworzenie. Według przekazu biblijnego Abraham dokonał czegoś niezwykle istotnego: zwrócił się ku jednemu Bogu, odchodząc od wierzeń otaczającego go świata. Można w tym dostrzec kolejny etap poszukiwania jedności w sferze duchowej.

          Proszę zauważyć, że to odkrycie intelektualno religijne pojawiło się w czasie, w którym  istota ludzka mogła to przyswoić. To intelektualno-religijne odkrywanie idei jednego Boga nie nastąpiło w jednej chwili. Nie była to nagła iluminacja, która całkowicie zmieniła sposób myślenia człowieka. Był to raczej długi proces, w którym ludzka świadomość stopniowo przyswajała coraz bardziej abstrakcyjne wyobrażenia o naturze boskości. Przez długi czas współistniały różne wyobrażenia o boskości. Wśród dawnych ludów semickich czczono między innymi boga El, uznawanego za najwyższe bóstwo, oraz Jahwe, którego kult z czasem stał się centralny dla religii Izraela. W pewnym okresie można dostrzec zarówno rozróżnianie tych postaci, jak i stopniowe łączenie ich cech i tożsamości.

 

 

cdn.

środa, 4 listopada 2026

Uchronić od zapomnienia cd.


        Dla jednych dalsza walka była konsekwencją przysięgi złożonej wcześniej Ojczyźnie. Dla innych wynikała z przekonania, że Polska nie odzyskała rzeczywistej suwerenności. Byli wśród nich żołnierze Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, WiN oraz innych organizacji konspiracyjnych.

         Nie można jednak zapominać, że powojenne podziemie było zróżnicowane, a jego działalność miała różne oblicza. Rzetelna pamięć historyczna wymaga poznawania konkretnych biografii, kontekstu wydarzeń i dokonywania uczciwych ocen, bez uproszczeń i bez propagandowych etykiet.

          Władze komunistyczne traktowały wielu uczestników tego podziemia jak wrogów systemu. Byli aresztowani, torturowani, skazywani w pokazowych procesach i mordowani. Ich szczątki ukrywano w bezimiennych mogiłach, a rodzinom przez lata odmawiano prawa do poznania prawdy o ich losie.

          Warto przypomnieć przynajmniej niektóre z tych nazwisk:

20. Łukasz Ciepliński (1913–1951) „Pług” – prezes IV Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, zamordowany 1 marca 1951 roku.

21. August Emil Fieldorf (1895–1953) „Nil” – generał Wojska Polskiego, dowódca Kedywu Armii Krajowej, skazany na śmierć i zamordowany przez władze komunistyczne.

22. Hieronim Dekutowski (1918–1949) „Zapora” – cichociemny, żołnierz AK i dowódca oddziałów podziemia niepodległościowego na Lubelszczyźnie.

23. Danuta Siedzikówna (1928–1946) „Inka” – sanitariuszka 5. Brygady Wileńskiej AK, zamordowana w wieku 17 lat. Do końca zachowała godność i wierność swoim przekonaniom.

24. Marian Bernaciak (1917–1946) „Orlik” – dowódca oddziałów partyzanckich na Lubelszczyźnie.

25. Anatol Radziwonik (1916–1949) „Olech” – dowódca polskiego podziemia niepodległościowego na Nowogródczyźnie.

26. Zdzisław Broński (1912–1949) „Uskok” – dowódca konspiracji niepodległościowej na Lubelszczyźnie.

27. Józef Franczak (1918–1963) „Lalek” – ostatni znany żołnierz powojennego podziemia zbrojnego, poległy w 1963 roku, niemal dwie dekady po zakończeniu wojny.

28. Jan Rodowicz (1923–1949) „Anoda” – bohater Szarych Szeregów i Powstania Warszawskiego, aresztowany przez UB, zmarły w niewyjaśnionych okolicznościach podczas śledztwa.

29. Jan Tabortowski (1906–1954) „Bruzda” – oficer Wojska Polskiego i AK, dowódca powojennej konspiracji niepodległościowej.

30. Władysław Gurgacz (1914–1949) – jezuita, kapelan Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej, stracony w 1949 roku.

31. Mieczysław Dziemieszkiewicz (1925–1951) „Rój” – dowódca oddziału Narodowego Zjednoczenia Wojskowego na Mazowszu.

32. Henryk Flame (1918–1947) „Bartek” – dowódca zgrupowania Narodowych Sił Zbrojnych na Śląsku Cieszyńskim.

33. Józef Kuraś (1915–1947) „Ogień” – dowódca powojennego podziemia na Podhalu, postać historyczna wymagająca również uwzględnienia kontrowersji związanych z działalnością jego oddziału.

34. Stanisław Sojczyński (1910–1947) „Warszyc” – twórca i dowódca Konspiracyjnego Wojska Polskiego.

35. Władysław Łukasiuk (1906–1949) „Młot” – dowódca oddziałów 6. Brygady Wileńskiej AK.

36. Zdzisław Badocha (1925–1946) „Żelazny” – oficer i dowódca szwadronu 5. Brygady Wileńskiej AK.

37. Feliks Selmanowicz (1904–1946) „Zagończyk” – żołnierz Armii Krajowej, stracony przez władze komunistyczne w 1946 roku.

38. Józef Bandzo (1923–2016) „Jastrząb” – żołnierz 5. Brygady Wileńskiej AK, uczestnik powojennego podziemia niepodległościowego.

          Nie można pominąć również tych, których nazwiska przez dziesięciolecia pozostawały w cieniu, a których szczątki odnajdywano dopiero po wielu latach w bezimiennych grobach. Szczególne znaczenie mają tutaj prace poszukiwawcze prowadzone na warszawskiej Łączce, gdzie odkrywano miejsca pochówku ofiar komunistycznego terroru.

          Przywracanie ich tożsamości jest czymś znacznie więcej niż tylko pracą archeologiczną czy historyczną. To przywracanie człowiekowi nazwiska, biografii i należnego miejsca w historii. To również odpowiedź na próbę odebrania rodzinom prawa do żałoby, a społeczeństwu prawa do prawdy.

 

Wśród tych, których warto przypomnieć, znajdują się:

 

39. Adam Lazarowicz (1902–1951) „Klamra” – członek IV Zarządu Głównego WiN, zamordowany 1 marca 1951 roku.

40. Mieczysław Kawalec (1916–1951) „Iza” – członek kierownictwa WiN, zamordowany przez komunistyczne władze.

41. Józef Rzepka (1913–1951) „Znicz” – działacz konspiracji niepodległościowej, stracony 1 marca 1951 roku.

42. Franciszek Błażej (1907–1951) – członek IV Zarządu Głównego WiN, zamordowany 1 marca 1951 roku.

43. Józef Batory (1914–1951) „Argus” – członek IV Zarządu Głównego WiN, stracony 1 marca 1951 roku.

44. Karol Chmiel (1911–1951) – działacz konspiracji niepodległościowej, zamordowany 1 marca 1951 roku.

45. Bronisław Chajęcki (1902–1953) „Boryna” – oficer Wojska Polskiego, ofiara komunistycznych represji.

46. Ignacy Długołęcki (1928–1949) „Jerzy” – żołnierz podziemia niepodległościowego.

47. Czesław Duma (1925–1949) „Nieznany” – żołnierz konspiracji niepodległościowej.

48. Roman Groński (1926–1949) „Żbik” – żołnierz podziemia, ofiara komunistycznych represji.

49. Jan Kmiołek (1919–1952) „Wir” – dowódca oddziału niepodległościowego na Mazowszu.

50. Lech Karol Neyman (1908–1948) „Butrym” – prawnik, działacz konspiracyjny, jeden z autorów koncepcji polskich granic zachodnich.

51. Lucjan Minkiewicz (1918–1951) „Wiktor” – oficer podziemia niepodległościowego.

52. Adam Mirecki (1909–1952) „Adaś” – działacz konspiracji niepodległościowej.

53. Jan Jankowski (1925–1950) „Groźny” – dowódca oddziału „Wiarusy”.

54. Stanisław Klaper (1924–1947) „Błachut” – partyzant Zgrupowania Partyzanckiego „Błyskawica”.

55. Ludwik Kłósko (1923–1946) „Wigura” – żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych.

56. Marian Misiak (1925–1947) „Anioł” – uczestnik konspiracji niepodległościowej.

57. Henryk Machała „Gryf” – zamordowany 12 stycznia 1950 roku.

58. Wincenty Sobolewski „Przemytnik” – zamordowany 23 sierpnia 1947 roku.

 

V. PAMIĘĆ JEST NASZĄ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ

 

          Przytoczone nazwiska to zaledwie część znacznie większego zbioru ludzi, których życiorysy zasługują na poznanie. Nie jest to lista zamknięta ani kompletna. Można, a nawet należy, dopisywać do niej kolejne osoby, uzupełniać biografie, weryfikować fakty i przywracać pamięć o tych, których historia pozostawiła na uboczu.

          Warto jednak zatrzymać się na chwilę i zadać sobie kilka pytań.

Dlaczego o niektórych wybitnych naukowcach, wynalazcach i odkrywcach wiemy tak niewiele? Dlaczego osiągnięcia ludzi, z których pracy korzysta współczesny świat, nie zawsze znajdują należne miejsce w powszechnej świadomości? Dlaczego przez tak wiele lat można było przemilczać losy ludzi walczących o niepodległość, ukrywać miejsca ich pochówku, a nawet odmawiać ich rodzinom prawa do poznania prawdy?

          Historia bywa bezwzględna. Niekiedy o tym, kto zostanie bohaterem, a kto zostanie zapomniany, decydują nie rzeczywiste dokonania, lecz polityczne interesy, ideologia, propaganda i siła tych, którzy przez lata kontrolują przekaz historyczny.

          Nie oznacza to, że powinniśmy bezkrytycznie przyjmować każdą opowieść o przeszłości. Wręcz przeciwnie. Prawdziwy szacunek dla historii wymaga rzetelności, dociekliwości i odwagi w konfrontowaniu się również z faktami niewygodnymi. Nie każdy uczestnik podziemia był postacią bez skazy, nie każde wydarzenie można oceniać w oderwaniu od okoliczności, a pamięć nie powinna być narzędziem politycznej walki. Ale żadna kontrowersja nie może być usprawiedliwieniem dla wymazywania ludzi z historii.

 

          Moim zdaniem obowiązkiem każdego pokolenia jest poznawanie dorobku poprzednich pokoleń i przekazywanie go następnym. Nie po to, aby bezrefleksyjnie gloryfikować przeszłość, lecz po to, aby rozumieć, skąd pochodzimy, jaką drogę przeszliśmy i jak wiele zawdzięczamy ludziom, którzy żyli przed nami.

          Pamięć nie powinna być przywilejem wybranych ani zależeć od tego, czyje nazwisko jest aktualnie wygodne dla polityków, instytucji lub dominującej narracji. Każdy człowiek, który wniósł istotny wkład w rozwój nauki, kultury, cywilizacji czy walkę o ludzką godność, zasługuje na uczciwe miejsce w historii.

          Szczególnie przejmujący jest los tych, którzy zginęli, a ich szczątki przez dziesięciolecia spoczywały w bezimiennych dołach śmierci. Dla nich odzyskanie nazwiska nie jest już tylko kwestią historii. Jest symbolicznym przywróceniem godności, której próbowano ich pozbawić. Za każdym nazwiskiem krył się przecież człowiek: miał rodzinę, marzenia, plany, przyjaciół, własną historię i prawo do życia.

          Chciałbym, aby ten tekst był nie tylko przypomnieniem konkretnych postaci, ale również zachętą do samodzielnego poszukiwania wiedzy. Do czytania biografii, poznawania dokumentów, odkrywania zapomnianych historii i zadawania pytań, na które nie zawsze znajdziemy łatwe odpowiedzi.

          Bo zapomnienie nie zawsze przychodzi samo. Czasami jest skutkiem obojętności, czasami niewiedzy, a czasami świadomego działania tych, którym prawda nie jest na rękę.

          Nie pozwólmy, aby o wielkości człowieka decydowała wyłącznie pamięć jego epoki. Nie pozwólmy, aby polityczne interesy, ideologiczne podziały czy zwykła niewiedza odbierały ludziom należne miejsce w historii.

          Warto pamiętać o tych, którzy odkrywali, tworzyli, leczyli, badali, ratowali innych i walczyli o wolność. Warto przywracać pamięć o tych, których próbowano skazać na niepamięć.

          Uchronić od zapomnienia – to nie tylko tytuł. To nasz obowiązek wobec tych, którzy byli przed nami, i wobec tych, którzy przyjdą po nas.

 

wtorek, 3 listopada 2026

Uchronić od zapomnienia


          Wczoraj pisałem o braku rozeznania w sprawach egzystencjalnych, o tym, jak często człowiek gubi się w natłoku codziennych spraw, nie dostrzegając tego, co naprawdę istotne. Dzisiaj chciałbym poruszyć temat, który w pewnym sensie jest z tym związany – wiedzę, pamięć i informacje, które z różnych powodów bywają przemilczane, pomijane, marginalizowane, a niekiedy wręcz celowo ukrywane.

          Historia nie jest bowiem wyłącznie zbiorem dat, bitew, traktatów i nazwisk zapisanych w podręcznikach. Jest przede wszystkim historią ludzi. Ich odkryć, marzeń, odwagi, talentów, dramatów, poświęcenia, a czasami również samotności i tragicznych wyborów. To właśnie konkretni ludzie tworzyli rzeczywistość, w której dzisiaj żyjemy. Ich praca, myśl i determinacja niejednokrotnie zmieniały bieg historii, wpływały na rozwój nauki, medycyny, techniki, kultury i cywilizacji.

          Polska wydała na świat wielu wybitnych ludzi, których dokonania miały znaczenie daleko wykraczające poza granice naszego kraju. Nie wszyscy jednak doczekali się należnego uznania. Niektórych zapamiętano, innych przypisano do historii innych państw, jeszcze inni przez dziesięciolecia pozostawali niemal nieznani. Byli też tacy, których nazwiska świadomie usuwano z przestrzeni publicznej, a ich działalność przedstawiano w sposób zniekształcony lub przemilczano.

          Dlatego chciałbym przypomnieć sylwetki Polaków, o których warto pamiętać. Ludzi, którzy swoją wiedzą, talentem, odwagą, pracą i poświęceniem wnieśli istotny wkład w dorobek Polski i całej ludzkości.

          Nie chodzi mi wyłącznie o dumę narodową. Chodzi przede wszystkim o prawdę historyczną, szacunek dla ludzkiego dorobku i świadomość, że wkład Polaków w światową cywilizację jest znacznie większy, niż powszechnie się przyjmuje. Nie można pozwolić, aby brak wiedzy, obojętność czy polityczne uprzedzenia decydowały o tym, kto zasługuje na miejsce w zbiorowej pamięci.

          Pominę tutaj postacie, których nazwiska powinny być powszechnie znane, takie jak Maria Skłodowska-Curie, Ignacy Łukasiewicz, Fryderyk Chopin, Stanisław Lem, Witold Gombrowicz czy Zbigniew Religa. Skupię się na tych, o których warto mówić częściej, których osiągnięcia zasługują na szersze poznanie, a życiorysy powinny stać się częścią naszej powszechnej świadomości.

 

I. NAUKA, MEDYCYNA I WYNALAZCZOŚĆ

 

          Zacznijmy od ludzi, których odkrycia i wynalazki wpłynęły na rozwój współczesnego świata. Niejednokrotnie korzystamy z rezultatów ich pracy, nie zdając sobie nawet sprawy, komu zawdzięczamy określone rozwiązania.

 

1. Jan Czochralski (1885–1953) – chemik i metaloznawca, autor metody otrzymywania monokryształów, która stała się fundamentem rozwoju przemysłu półprzewodnikowego i produkcji współczesnych układów elektronicznych.

2. Kazimierz Funk (1884–1967) – biochemik, który wprowadził pojęcie „witamina” i odegrał fundamentalną rolę w rozwoju nauki o składnikach odżywczych.

3. Rudolf Weigl (1883–1957) – biolog i lekarz, twórca skutecznej szczepionki przeciw tyfusowi plamistemu. W czasie okupacji niemieckiej wykorzystywał swoją działalność naukową również do ratowania ludzi.

4. Hilary Koprowski (1916–2013) – lekarz i wirusolog, twórca pierwszej skutecznej doustnej szczepionki przeciw poliomyelitis, czyli chorobie Heinego-Medina.

5. Ludwik Hirszfeld (1884–1954) – lekarz i immunolog, współtwórca wiedzy o grupach krwi i ich dziedziczeniu. Jego prace miały ogromne znaczenie dla rozwoju transfuzjologii.

6. Stefan Banach (1892–1945) – jeden z najwybitniejszych matematyków XX wieku, współtwórca analizy funkcjonalnej i postać należąca do światowej czołówki nauk matematycznych.

7. Stanisław Ulam (1909–1984) – matematyk, współtwórca metody Monte Carlo, mającej zastosowanie w fizyce, matematyce, informatyce i wielu innych dziedzinach.

8. Aleksander Wolszczan (ur. 1946) – astronom, odkrywca pierwszych potwierdzonych planet pozasłonecznych, krążących wokół pulsara. Jego odkrycie otworzyło nowy rozdział w badaniach nad planetami poza Układem Słonecznym.

9. Jan Szczepanik (1872–1926) – wybitny wynalazca, nazywany polskim Edisonem. Pracował między innymi nad technologiami fotografii barwnej, tkactwem, telewizją i urządzeniami do przesyłania obrazu.

10. Kazimierz Prószyński (1875–1945) – pionier światowej kinematografii, konstruktor pleografu i innych urządzeń służących do rejestracji oraz projekcji ruchomego obrazu.

 

II. ODKRYWCY, PODRÓŻNICY I BADACZE

 

          W historii światowej nauki i geografii odnajdujemy również Polaków, którzy swoje życie związali z odkrywaniem nieznanych obszarów świata, badaniem przyrody, kultur i społeczeństw.

 

11. Ignacy Domeyko (1802–1889) – geolog, mineralog i badacz, który odegrał ogromną rolę w rozwoju nauki, szkolnictwa i edukacji w Chile. Do dziś jest tam uznawany za jednego z zasłużonych twórców nowoczesnej nauki.

12. Paweł Edmund Strzelecki (1797–1873) – podróżnik, geograf i geolog, badacz Australii, odkrywca Góry Kościuszki. Jego działalność naukowa i humanitarna pozostawiła trwały ślad w historii Australii.

13. Bronisław Malinowski (1884–1942) – jeden z twórców nowoczesnej antropologii społecznej. Jego badania terenowe na Wyspach Trobrianda zmieniły sposób poznawania i opisywania innych kultur.

14. Stefan Drzewiecki (1844–1938) – inżynier i wynalazca, pionier konstrukcji okrętów podwodnych oraz rozwoju techniki morskiej. Jego rozwiązania wyprzedzały epokę, w której żył.

 

III. HISTORIA, ODWAGA I CZŁOWIECZEŃSTWO

 

          Są jednak w naszej historii ludzie, których wielkość nie wynikała z odkryć naukowych czy wynalazków, lecz z postawy wobec drugiego człowieka. W chwilach największej próby potrafili zachować godność, odwagę i człowieczeństwo.

 

15. Janusz Korczak (1878–1942) – lekarz, pedagog i pisarz, obrońca praw dziecka. Dobrowolnie pozostał ze swoimi wychowankami z Domu Sierot, towarzysząc im w drodze do niemieckiego obozu zagłady w Treblince.

16. Irena Sendlerowa (1910–2008) – działaczka społeczna, która podczas niemieckiej okupacji ratowała żydowskie dzieci z warszawskiego getta, narażając własne życie.

17. Witold Pilecki (1901–1948) – rotmistrz Wojska Polskiego, który dobrowolnie dał się uwięzić w Auschwitz, organizował tam konspirację i przekazywał światu informacje o niemieckich zbrodniach. Po wojnie został zamordowany przez komunistyczne władze.

18. Józef Rotblat (1908–2005) – fizyk polskiego pochodzenia, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, który poświęcił znaczną część życia walce o rozbrojenie nuklearne i ograniczenie zagrożenia wojną atomową.

19. Marian Rejewski (1905–1980), Jerzy Różycki (1909–1942) i Henryk Zygalski (1908–1978) – matematycy i kryptolodzy, którzy dokonali przełomowego złamania szyfru niemieckiej Enigmy. Ich praca stała się jednym z fundamentów późniejszych sukcesów alianckiej kryptologii i miała ogromne znaczenie dla przebiegu II wojny światowej.

          Warto zastanowić się, ilu ludzi o niezwykłym dorobku wciąż nie znamy. Ilu nie pojawia się w szkolnych podręcznikach, ilu pozostaje na marginesie powszechnej świadomości, a ilu osiągnięcia przypisujemy wyłącznie historii innych państw.

          Ale jest jeszcze jeden rozdział naszej historii, o którym nie można zapominać. Szczególnie bolesny, ponieważ dotyczy ludzi, których nie tylko pozbawiono życia, lecz także próbowano pozbawić prawa do pamięci.

 

IV. ŻOŁNIERZE POWOJENNEGO PODZIEMIA – LUDZIE, KTÓRYCH PRÓBOWANO WYMAZAĆ Z HISTORII

 

          Koniec II wojny światowej nie oznaczał dla Polski odzyskania pełnej wolności. Zmienił się okupant, zmieniły się symbole i język oficjalnej propagandy, ale wielu ludzi, którzy walczyli o niepodległość, nie zaakceptowało narzuconego Polsce systemu komunistycznego.

poniedziałek, 2 listopada 2026

Tajemnica istnienia – między nauką, wiarą a nieskończonością Wszechświata


          Wciąż powraca do mnie myśl, że ludzkość nieustannie otacza jakaś tajemnica – coś, co wymyka się naszemu poznaniu, doświadczeniu i rozumieniu. Im bardziej próbujemy zgłębiać rzeczywistość, tym wyraźniej dostrzegamy, jak wiele pozostaje poza granicami naszej wiedzy. Być może właśnie na tym polega istota ludzkiego istnienia: na nieustannym zadawaniu pytań, poszukiwaniu odpowiedzi i odkrywaniu kolejnych warstw rzeczywistości. Każda odpowiedź zdaje się bowiem rodzić następne pytania, a zdobywana wiedza nie tyle zamyka drogę do poznania, ile otwiera przed nami kolejne, jeszcze bardziej fascynujące obszary niewiedzy.

          Czy nie kryje się za tym jakaś głębsza zasada Wszechświata? Może tajemnica nie jest czymś, co mamy ostatecznie rozwiązać, lecz czymś, co ma nas nieustannie prowadzić ku poznaniu. Być może nasza ciekawość, potrzeba zrozumienia i zdolność do zadawania pytań są częścią większego porządku, którego sens dopiero próbujemy odczytać. A może Wszechświat nie tyle ukrywa przed nami odpowiedzi, ile uczy nas, że najważniejsza jest sama droga do ich odkrywania?

          Jednym z najbardziej intrygujących pytań pozostaje kwestia istnienia życia poza Ziemią. Jak długo ludzkość będzie musiała czekać na naukowe rozstrzygnięcie, czy jesteśmy jedynymi rozumnymi istotami we Wszechświecie? Czy rzeczywiście można zakładać, że życie, a w szczególności życie zdolne do świadomego poznawania rzeczywistości, powstało wyłącznie na naszej planecie?

          Kiedy uświadomimy sobie ogrom Wszechświata, liczbę galaktyk, gwiazd i krążących wokół nich planet, trudno nie odnieść wrażenia, że przekonanie o wyjątkowości Ziemi może być zbyt daleko idącym założeniem. Z punktu widzenia skali kosmosu wykluczanie możliwości istnienia innych form życia wydaje się co najmniej przedwczesne. Nie oznacza to oczywiście, że nauka udowodniła już istnienie pozaziemskich cywilizacji. Oznacza jednak, że brak dowodów nie powinien być utożsamiany z dowodem nieistnienia.

         Ta kwestia prowadzi mnie do jeszcze bardziej fundamentalnych rozważań. Jeżeli życie nie jest wyłączną właściwością Ziemi, jeżeli gdzieś w ogromie kosmosu istnieją inne istoty zdolne do myślenia, odczuwania i zadawania pytań o sens własnego istnienia, to jakie konsekwencje miałoby to dla naszego dotychczasowego rozumienia człowieka, religii i miejsca ludzkości w porządku stworzenia?

          Szczególnie interesująca staje się w tym kontekście teologiczna koncepcja zbawienia. Czy należy ją rozumieć jako wydarzenie odnoszące się wyłącznie do człowieka i historii Ziemi, czy też jako element znacznie szerszego, kosmicznego planu? Jeżeli Bóg jest Stwórcą całego Wszechświata, trudno nie postawić pytania, czy Jego zamysł miałby ograniczać się jedynie do jednej planety i jednej formy rozumnego życia.

          Czy zatem nasze dotychczasowe interpretacje teologiczne nie są w pewnym stopniu wytworem ludzkiej perspektywy, ograniczonej wiedzą, doświadczeniem i historycznymi uwarunkowaniami? Być może niektóre z nich wymagają głębszej refleksji w świetle przyszłych odkryć naukowych. Nie musi to jednak oznaczać odrzucenia wiary. Może przeciwnie – powinno skłaniać do poszukiwania jej głębszego wymiaru.

          Nie twierdzę, że nauka i teologia muszą pozostawać ze sobą w sprzeczności. Nauka próbuje wyjaśniać mechanizmy rządzące rzeczywistością, natomiast wiara podejmuje próbę odpowiedzi na pytania o sens, przyczynę i ostateczny cel istnienia. Problem pojawia się wtedy, gdy ludzkie interpretacje uznajemy za ostateczne i niepodważalne, zapominając, że zarówno nasze poznanie naukowe, jak i rozumienie rzeczywistości duchowej mają swoje granice.

          A jednak, mimo tych wszystkich wątpliwości, nadal pozostaję przy przekonaniu, że życie rozumne jest na Ziemi wyjątkowym dziełem aktu stwórczego i że być może jesteśmy jedynymi istotami rozumnymi we Wszechświecie. Nie traktuję tego jednak jako naukowo udowodnionego faktu, lecz jako osobiste przekonanie, wynikające z mojego rozumienia aktu stworzenia. Coraz częściej zastanawiam się jednak, czy nie popełniam w ten sposób fundamentalnego błędu epistemologicznego – czy nie próbuję oceniać nieskończonej rzeczywistości przez pryzmat ograniczonego ludzkiego poznania. Czy moje przekonanie jest wynikiem głębszego rozumienia tajemnicy istnienia, czy może jedynie przywiązania do określonego sposobu interpretowania świata?

          Z niecierpliwością oczekuję kolejnych wyników badań naukowych, które być może przybliżą nas do odpowiedzi na pytanie o istnienie życia poza Ziemią. Mam jednak świadomość, że czas, który mi pozostał, jest ograniczony. Być może nie doczekam ostatecznego rozstrzygnięcia tej jednej z największych zagadek ludzkości. Jest w tym pewien paradoks: całe życie poświęciłem poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, na które być może nigdy nie poznam odpowiedzi.

          Z drugiej strony coraz częściej dochodzę do wniosku, że same poszukiwania miały dla mnie wartość większą niż możliwość osiągnięcia ostatecznego celu. Zajęły mi niemal całe życie, kształtowały mój sposób myślenia, zmuszały do przekraczania intelektualnych ograniczeń i nadawały sens mojemu istnieniu. Nie wiem, czy zdołałem zbliżyć się do prawdy, ale wiem, że nie przestałem jej szukać.

          I może właśnie o to chodzi Stwórcy Świata? Może człowiek nie został powołany do tego, aby posiąść całą wiedzę i rozwikłać każdą tajemnicę, lecz aby nieustannie poszukiwać, pytać i odkrywać. Być może sam proces poznawania jest częścią zamysłu Stwórcy, a ludzka ciekawość i naukowy temperament nie stoją w sprzeczności z wiarą, lecz stanowią jeden ze sposobów uczestniczenia w tajemnicy stworzenia.

          Pozostaję więc człowiekiem naukowego temperamentu, a zarazem człowiekiem wiary. Mam świadomość, że moje przekonania dotyczące aktu stworzenia mają charakter dogmatyczny, a nie są wynikiem naukowego dowodu. Nie zamierzam jednak rezygnować ani z wiary, ani z krytycznego myślenia. Być może właśnie w tym napięciu między pewnością a wątpliwością, między nauką a wiarą, między tym, co poznane, a tym, co nieodgadnione, kryje się najgłębszy sens ludzkiego istnienia.

          Może największym błędem człowieka jest przekonanie, że wszystko, co najważniejsze, zostało już wyjaśnione. Tymczasem im dalej sięgamy wzrokiem w przestrzeń kosmiczną i im głębiej zaglądamy w strukturę materii, tym bardziej uświadamiamy sobie ogrom własnej niewiedzy.

          Pozostaje więc pytanie, które wydaje mi się ważniejsze niż wiele gotowych odpowiedzi: czy jesteśmy jedynie przypadkowym epizodem w historii Wszechświata, czy też stanowimy część znacznie większego zamysłu, którego pełnego znaczenia jeszcze nie potrafimy pojąć?

          Być może tajemnica istnienia nie została nam dana po to, abyśmy ją raz na zawsze rozwiązali. Być może jest zaproszeniem do nieustannego poznawania – zarówno Wszechświata, jak i samych siebie.

          A jeśli kiedyś okaże się, że nie wszystkie moje przekonania były słuszne, nie uznam swojego życia za zmarnowane. W końcu nie sama pewność posiadania prawdy, lecz odwaga jej poszukiwania może być największym sensem ludzkiego istnienia.

          Można głęboko wierzyć, a jednocześnie nie przestawać wątpić i pytać.