Uporczywie wracam do tematu wiary w istnienie Boga — Stwórcy całej
rzeczywistości, świata realnego i nadprzyrodzonego. Im dłużej jednak rozważam
religijne przesłania, tym bardziej wydają mi się one zniekształcone przez
ludzkie wyobrażenia, język i kulturę. Człowiek od początku swojej historii
próbuje mówić o Bogu, lecz posługuje się wyłącznie narzędziami należącymi do
świata skończonego. Słowa, symbole i rytuały są jedynie próbą uchwycenia
czegoś, co z natury wymyka się opisowi.
Brakuje pojęć, które mogłyby oddać istotę tego, co niewyrażalne. Mam
wrażenie, że każda próba opisania Boga jest jedynie cieniem czegoś znacznie
większego — przybliżeniem absolutu przekraczającego ludzkie pojęcia,
wyobrażenia i sam język. Im bardziej człowiek próbuje Boga nazwać, tym bardziej
Go ogranicza. Rodzi się więc pytanie: jak zaspokoić w sobie głód Prawdy? Jak
dotknąć czegoś, co wymyka się definicjom, dogmatom i wszelkim systemom
religijnym?
W
Księdze Wyjścia znajdują się słowa skierowane przez Boga do Mojżesza: „Jestem,
który Jestem” (Wj 3,14). To jedno z najbardziej tajemniczych zdań w
historii religii. Można je rozumieć nie jako zwykłe przedstawienie się Boga,
lecz jako wskazanie, że nie jest On jednym z bytów istniejących pośród innych
bytów. Bóg jawi się tutaj raczej jako samo źródło istnienia — fundament
wszelkiego bytu, czasu, świadomości i praw natury. Nie tyle „istnieje”, ile
sprawia, że istnieje wszystko inne.
Jednocześnie religie bardzo często ujmują Boga w kategoriach osobowych.
Przypisują Mu dobroć, miłosierdzie, sprawiedliwość czy miłość. Człowiek
potrzebuje bowiem relacji, dlatego nadaje Bogu cechy umożliwiające dialog
pomiędzy Stwórcą a stworzeniem. Jednak już samo określenie Boga jako Osoby może
być formą ograniczenia. Osoba jest przecież pojęciem związanym z ludzkim
doświadczeniem, psychiką i indywidualnością. Jeśli Bóg jest Absolutem, powinien
przekraczać nawet te kategorie.
Ludzkość, próbując opisać Boga językiem
bytu, paradoksalnie sprowadza Go do rzeczywistości znanej człowiekowi. To, co
nieskończone, zostaje zamknięte w skończonych definicjach. To, co przekracza
przestrzeń i czas, zostaje wtłoczone w obrazy, metafory i religijne systemy.
Być może właśnie dlatego każda religia jest jedynie symbolem lub drogowskazem —
próbą przybliżenia czegoś, czego ludzki umysł nigdy nie będzie w stanie objąć w
pełni.
Problem zaczyna się już w dzieciństwie. Człowiek od najmłodszych lat
otrzymuje uproszczony, często bajkowy obraz Boga. Religijność bywa redukowana
do zbioru rytuałów, nakazów i schematów myślenia. W dorosłym życiu wielu ludzi
nie potrafi już wyjść poza ten infantylny model wiary. Zamiast poszukiwania
tajemnicy pojawia się przywiązanie do formy. Rytuał zastępuje doświadczenie
duchowe, a powtarzane formuły zaczynają przesłaniać pytania najważniejsze.
Jednak również panteistyczny obraz Boga nie daje pełnej satysfakcji.
Jeśli bowiem Bóg jest jedynie bezosobową zasadą przenikającą wszechświat,
człowiek pozostaje sam ze swoimi pytaniami. Kierując się ku Stwórcy, nie szuka
przecież wyłącznie abstrakcyjnego porządku rzeczy ani metafizycznej energii,
lecz oczekuje odpowiedzi — reakcji Osoby, świadomego Podmiotu zdolnego do
relacji.
W
człowieku głęboko zakorzeniona jest potrzeba indywidualnego kontaktu. Nie
potrafi on naprawdę kochać pojęcia, idei czy bezimiennej nieskończoności.
Miłość domaga się obecności „Kogoś”, kto może ją przyjąć i odwzajemnić. Dlatego
doświadczenie religijne tak często przybiera formę dialogu: modlitwy, wołania,
oczekiwania na znak lub odpowiedź. Nawet jeśli rozum podpowiada, że Absolut
powinien przekraczać ludzkie cechy osobowe, serce człowieka nie przestaje
pragnąć Boga, który potrafi słuchać, rozumieć i odpowiadać.
Być
może właśnie w tym napięciu — pomiędzy Bogiem jako nieskończonym Absolutem a
Bogiem jako Kimś bliskim i osobowym — rodzi się największy dramat religijnego
doświadczenia człowieka. Rozum każe przekraczać antropomorficzne wyobrażenia,
lecz potrzeba miłości i relacji nie pozwala zatrzymać się na wizji bezosobowej
rzeczywistości.
Być
może jednak właśnie świadomość tej niewystarczalności jest początkiem
autentycznego poszukiwania Boga. Człowiek, który uznaje ograniczoność własnego
języka i własnych wyobrażeń, staje się bardziej otwarty na tajemnicę. Prawda o
Bogu może bowiem nie polegać na pełnym poznaniu, lecz na nieustannym zbliżaniu
się do czegoś, czego nigdy nie da się ostatecznie zamknąć w słowach.
Dlatego pytanie o Boga pozostaje żywe mimo upływu tysiącleci. Nie
dlatego, że człowiek znalazł odpowiedź, lecz dlatego, że odpowiedzi wciąż nie
posiada. W tym sensie głód Prawdy jest być może najgłębszym doświadczeniem
duchowym człowieka — doświadczeniem, które nie pozwala zatrzymać się na
gotowych formułach i zmusza do ciągłego przekraczania własnych wyobrażeń o
Bogu.
Być
może właśnie dlatego największą uczciwością wobec tajemnicy Boga nie jest
przekonanie, że się już wie, lecz pokora wobec własnej niewiedzy. Im bardziej
człowiek zbliża się do granic poznania, tym wyraźniej dostrzega, że Absolut nie
daje się zamknąć ani w słowach, ani w obrazach, ani w religijnych
konstrukcjach. A jednak potrzeba poszukiwania nie zanika. Człowiek nadal pyta,
modli się, wątpi i tęskni — jakby sam głód Boga był śladem czegoś większego,
obecnego głęboko w ludzkiej naturze.