Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 17 września 2026

Tajemnice najstarszej wiedzy budowlanej


          Rozważając niezwykłe budowle pozostawione przez dawne społeczności — Puma Punku, Tiwanaku, piramidy w Gizie, Stonehenge, monumentalne grobowce megalityczne, a także Göbekli Tepe w Boliwii — trudno oprzeć się wrażeniu, że patrzymy na fragment znacznie większej historii, której pełnego obrazu wciąż nie potrafimy odtworzyć.

          Istnieją hipotezy, według których niektóre z tych konstrukcji mogą być znacznie starsze, niż przyjmuje obecnie główny nurt archeologii. W przypadku Puma Punku pojawiają się sugestie przesuwające jego początki nawet w okolice 15 tysięcy lat przed Chr., natomiast w odniesieniu do piramid w Gizie — a szczególnie Wielkiej Piramidy — niektóre teorie alternatywne proponują daty sięgające nawet 10 tysięcy lat przed Chr. Trzeba jednak podkreślić, że są to hipotezy kontrowersyjne i nie znajdują obecnie potwierdzenia w powszechnie akceptowanych badaniach archeologicznych.

          Gdyby jednak w przyszłości niezależne badania wykazały, że niektóre monumentalne konstrukcje rzeczywiście powstały znacznie wcześniej, niż obecnie sądzimy, obraz pradziejów musiałby ulec zasadniczej zmianie. Oznaczałoby to bowiem, że monumentalna architektura — wymagająca zaawansowanej organizacji pracy, planowania, transportu ciężkich materiałów i precyzyjnej obróbki kamienia — pojawiła się znacznie wcześniej, niż zakłada obecny model rozwoju społeczności ludzkich.

          Samo pytanie o wiek tych budowli jest jednak interesujące niezależnie od tego, czy alternatywne datowania okażą się prawdziwe. Prowadzi bowiem do bardziej fundamentalnej kwestii: skąd ich twórcy czerpali wiedzę i jak długo mogła ona rozwijać się przed powstaniem samych monumentów?

          Każda wielka budowla jest przecież końcem pewnego procesu. Zanim pierwszy kamień został ustawiony, ktoś musiał już wiedzieć, jak go wydobyć, przetransportować, obrobić, dopasować i umieścić we właściwym miejscu. Wiedza pozwalająca tego dokonać musiała mieć własną historię — być może znacznie starszą niż kamienie, które są dziś jej niemym świadectwem.

          Warto więc cofnąć się jeszcze dalej, do czasów sprzed dziesięciu tysięcy lat przed Chr., i zastanowić się, co właściwie wiemy o ludziach, którzy żyli w tamtej epoce.

          Nasza wiedza jest niewątpliwie fragmentaryczna, ale obraz pradziejów w ostatnich dziesięcioleciach uległ ogromnej zmianie. Coraz wyraźniej widać, że społeczności zamieszkujące świat u schyłku epoki lodowcowej nie były jedynie niewielkimi grupami wędrownych łowców i zbieraczy, pozbawionymi trwałych struktur społecznych czy bardziej złożonych umiejętności.

           Około 10 tysięcy lat przed Chr. ludzkość znajdowała się na progu wielkiej przemiany. Klimat stawał się cieplejszy, ustępowały lodowce, a wraz z nimi zmieniały się środowisko, roślinność i dostępność pożywienia. W różnych częściach świata ludzie zaczynali coraz częściej pozostawać w jednym miejscu, tworzyć większe skupiska oraz rozwijać nowe sposoby zdobywania i przechowywania żywności.

          Proces ten prowadził ostatecznie do rozwoju rolnictwa i coraz bardziej osiadłych społeczności, a wiele tysięcy lat później — do powstania pierwszych państw i cywilizacji.

          Jednak szczególnie interesujące jest to, że monumentalna architektura pojawia się bardzo wcześnie — niemal na samym początku tej wielkiej przemiany.

          Najbardziej niezwykłym przykładem jest Göbekli Tepe na terenie dzisiejszej Turcji. Najstarsze monumentalne konstrukcje tego stanowiska datowane są na około 9600 r. przed Chr. Powstały więc w czasach, które tradycyjnie kojarzono raczej z niewielkimi społecznościami łowiecko-zbierackimi niż z grupami zdolnymi do realizowania wielkich i skomplikowanych przedsięwzięć budowlanych.

          A jednak w Göbekli Tepe odnajdujemy potężne kamienne filary, niektóre ważące wiele ton, starannie obrobione i ozdobione przedstawieniami zwierząt. Ich ustawienie nie było przypadkowe. Wymagało planowania, współpracy, transportu materiału oraz znajomości właściwości kamienia.

          Niezależnie od tego, jak dokładnie interpretujemy funkcję tego miejsca, jedno wydaje się szczególnie istotne: człowiek epoki kamienia posiadał zdolności organizacyjne i techniczne, które jeszcze do niedawna przypisywano przede wszystkim znacznie późniejszym społeczeństwom.

          I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które może mieć znaczenie dla całej historii monumentalnej architektury. Jeżeli około 9600 r. przed Chr. ludzie byli już zdolni do wznoszenia tak wymagających konstrukcji, to jak długa była droga, która doprowadziła ich do tego poziomu? Czy umiejętności te powstały stosunkowo szybko, czy też były rezultatem doświadczeń gromadzonych przez wiele wcześniejszych pokoleń?

          Problem polega na tym, że im dalej cofamy się w czasie, tym mniej śladów pozostaje. Jeżeli społeczności sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy lat budowały przede wszystkim z drewna, trzciny, skóry, gliny lub innych materiałów organicznych, większość ich dzieł mogła po prostu zniknąć. Przetrwały przede wszystkim te wykonane z kamienia — a i one często pozostają dziś jedynie fragmentami pierwotnych konstrukcji.

          Dlatego obraz pradziejów, który widzimy, może przypominać oglądanie pojedynczych stron wyrwanych z dawno zaginionej księgi. Nie wiemy, ile stron znajduje się pomiędzy tymi, które udało nam się odnaleźć.

          Nie oznacza to jednak, że powinniśmy automatycznie zakładać istnienie nieznanej, wysoko rozwiniętej cywilizacji. Na obecnym etapie nie ma wystarczających dowodów, aby takie twierdzenie uznać za fakt. Możliwe, że podobne osiągnięcia powstawały niezależnie w różnych społecznościach. Możliwe również, że wiedza była stopniowo przekazywana i rozwijana, a czasami tracona, by później zostać odkryta na nowo.

          Ta druga możliwość jest szczególnie fascynująca, ponieważ historia człowieka nie musiała być prostą linią prowadzącą od prostych narzędzi do coraz bardziej zaawansowanych cywilizacji. Mogła przypominać raczej ciąg wzlotów i upadków, migracji, eksperymentów, zapomnianych doświadczeń oraz ponownych odkryć.

 

          W takim ujęciu Göbekli Tepe nie musi być początkiem monumentalnej architektury. Może być jedynie najstarszym znanym nam fragmentem znacznie dłuższej historii.

          Co zatem znajdowało się przed Göbekli Tepe? Czy istniały wcześniejsze społeczności, których ślady wciąż czekają na odkrycie? Czy rozwijały się tradycje budowlane, których pozostałości uległy zniszczeniu? Czy też człowiek osiągnął zdolność do monumentalnego budowania niezależnie w kilku różnych miejscach świata?

          Na tle tych pytań warto patrzeć również na późniejsze dzieła — megality Europy, piramidy w Gizie, monumentalne konstrukcje Andów czy Puma Punku w Boliwii. Nie muszą być ze sobą bezpośrednio związane, a ich powstanie dzielą tysiące lat. Nie ma też podstaw, by zakładać istnienie jednej, wspólnej tradycji łączącej wszystkie te miejsca.

          Łączy je jednak coś bardziej podstawowego: świadectwo niezwykłej zdolności człowieka do organizowania pracy, przekształcania ogromnych bloków kamienia i tworzenia konstrukcji, które miały przetrwać znacznie dłużej niż ich twórcy.

          Być może więc największą tajemnicą nie jest samo pytanie, kto zbudował konkretny monument. Znacznie ciekawsze może okazać się to, jak długo człowiek rozwijał wiedzę potrzebną do jego wzniesienia, zanim pozostawił po sobie pierwszy ślad, który możemy dziś odnaleźć.

          Każda znana nam budowla jest bowiem tylko punktem na końcu znacznie dłuższej drogi.

          A gdzie znajdował się jej początek? Tego wciąż nie wiemy.

środa, 16 września 2026

Kto raz zachwyci się Bogiem


          Odnalazłem mój wpis na blogu „Wiara Rozumna” z dnia 23 marca 2011 roku. zatytułowany: "Tytułem wstępu". Sam jestem ciekaw, czy przez te piętnaście lat moje poglądy uległy zmianie, a jeśli tak, to w jakim stopniu?

          Piętnaście lat to wystarczająco dużo czasu, aby człowiek zmienił niektóre poglądy, zweryfikował wcześniejsze przekonania, ale też utwierdził się w tym, co uznał za ważne i prawdziwe. Dlatego jestem sam ciekaw tej konfrontacji z własnym tekstem sprzed lat. Czy odnajdę w nim siebie z dzisiaj, czy raczej człowieka, który dopiero szukał odpowiedzi na wiele pytań?

          Po lekturze jestem zaskoczony, ponieważ nie znalazłem oczekiwanych różnic. Okazało się, że moje ówczesne poglądy w dużej mierze pozostały takie same. Dlatego, po drobnej korekcie, przytoczę ten wpis w całości.

Oto retrospekcja.

          Przez pojęcie „wiary rozumnej” (filozoteizm) rozumiem ogląd wszystkich aspektów religijnych pod kątem znanych praw przyrody, logiki i podejścia filozoficznego. „Wiara rozumna” różni się od czystej filozofii tym, że dopuszcza pojęcia i zjawiska transcendentne oraz wiarę w istnienie Stworzyciela świata. Ważnym instrumentem jest zdroworozsądkowe podejście do religii. Zjawiska nadprzyrodzone (cuda, znaki) nie są odrzucane, ale przyjmowane z dużą ostrożnością i sceptycyzmem. „Wiara rozumna” opiera się na tezie, że Bóg nie może zbyt często łamać praw, które sam ustanowił.

          Wiara jest dobrowolnym przyjęciem pewnej wiedzy, którą uznajemy za prawdziwą. Wiedza zawsze wyprzedza wiarę. Jeżeli ma się zaufanie do źródła, nabyta wiedza staje się własnością odbiorcy. Człowiek integruje się z nią. Przekonany o jej słuszności będzie jej bronił. Naturalną tarczą obronną staje się wówczas źródło tej wiary.

          Wszystko jest dobrze, dopóki ktoś nie podważy źródła wiary. Jedni będą zaskoczeni, ale zdolni do zmiany optyki, inni zaś będą jej fanatycznie bronić.

          Z fanatyzmem nie dyskutuję, bo nie ma to sensu. Natomiast nowe ujęcie wiary rozumnej powinno prowokować do zadawania pytań. Aby odpowiedź była wiarygodna, należy podeprzeć się wieloma źródłami (nauką, filozofią, teologią...). Choć mogą być one jedynie poszlakowe, to jednak wraz z ich liczbą i wzajemnym potwierdzaniem nabierają wiarygodności.

          Można postawić pytanie: co jest najczęściej źródłem wiary? Na pierwszym miejscu będzie przekaz rodzinny. Na tym etapie kształtuje się w człowieku religijność. Mały człowiek poznaje, że istnieje coś dziwnego: nie widać, a jest. Dziecko wierzy rodzicom. Przyjmuje wiarę rodziców bezkrytycznie (moralność heteronomiczna).

          Drugim źródłem wiary jest katecheza. Za nią stoją takie autorytety jak kapłan, katecheta i Kościół. Najczęściej autorytet nauczycieli jest wysoki (dzisiaj nie podzielam tej tezy). Ich przekaz zostaje dołączony do wiary rodzinnej. Na tym etapie dochodzi do pierwszych zgrzytów. Na przykład rodzice mówią dziecku, że tatusia urodziła babcia, a katecheta przekonuje, że tatę stworzył Bóg. Dziecko dokonuje wyboru źródła. Wyraża pogląd, że jedna z tych informacji jest kłamstwem.

          Wraz z wiekiem dziecka pojawiają się własne pytania. Rozum podpowiada, że nie wszystkie przekazy są zdroworozsądkowe. Coś tu nie gra. Komu wierzyć? Gdzie jest Prawda?

          Niektórzy sięgają po Pismo Święte. Brak przygotowania merytorycznego powoduje, że odczytują je przeważnie literalnie, przez co rozumieją je opacznie. Na tym etapie można się załamać. Obraz Boga starotestamentalnego jest inny niż obraz Boga nowotestamentalnego. Rozbieżność ta może powodować, że wiara zaczyna słabnąć.

          Niektórzy zadają pytania. Ci, którzy rozumem próbują zrozumieć katechezę, mają wątpliwości. W przekazie katechetycznym jest tak wiele trudnych do przyjęcia zdarzeń. Wiele z nich nie mieści się w zdroworozsądkowym oglądzie rzeczywistości.

          Aby pojąć i zrozumieć, trzeba zacząć wszystko od początku — fenomenologicznie, bez obciążeń. Zawierzyć głównie własnemu rozumowi i odczuciu (intuicji). Rozum będzie ostatecznym decydentem naszej wiary.

          W moim przypadku bardzo pomogła mi znajomość praw przyrody. Narzędziem rozumowania była logika.

          To, co mogę zbadać sam, to bezpośredni ogląd wszystkiego, co się wokół mnie dzieje. Świat nie tylko istnieje, ale jest piękny, logiczny i zorganizowany. Cała rzeczywistość nosi w sobie mniej lub bardziej wyraźne ślady Stwórcy. Dostrzega się w niej pewną koncepcję, pewną myśl. Zjawiska fizyczne można ująć we wzory matematyczne. Pierwszy wniosek, jaki się nasuwa, jest taki, że musi istnieć jakaś przyczyna. Ta myśl robocza staje się podwaliną naszej wiary.

          Jeżeli Przyczyna istnieje, to jaka Ona jest? W jaki sposób sięgnąć po tę wiedzę? Pierwszy sygnał o Bogu pochodzi z głębi człowieka. Każdy z nas ma wszczepioną potrzebę Boga. Tak jak odkrywamy w sobie obecność sumienia i praw naturalnych, tak też czujemy, że istnieje Stwórca.

          Jeżeli istnieje Stwórca, to znaczy, że ma względem nas jakieś oczekiwania. Nierozsądnie byłoby to zlekceważyć. Z serca płynie imperatyw, że Bogu należy się szacunek. Trzeba Mu to okazać. W taki naturalny sposób zaczęła się religia. Rodził się kult.

          Stwórca zrobił pierwszy krok, bo uzdolnił nas do poznania Siebie. Chciał skontaktować się ze swoją istotą stworzoną. Nie było to łatwe. Transcendencja nie jest zmysłowa, dla człowieka pozostaje nieuchwytna. Poprzez naturę duchową człowiek otrzymał zdolność odbierania sygnałów Bożych. Jeden był do tego lepiej predysponowany, inny gorzej.

          Podczas snów i wizji mistycznych sygnały były odbierane, ale musiały zostać przetransponowane przez rozum, aby mogły być odczytane i rozpoznane. Każdy, według swoich uzdolnień, odbierał je inaczej. Ten sam przekaz mógł mieć tyle obrazów, ilu było odbiorców.

 

          Na samym początku drogi poznawania przymiotów Boga natrafiamy na zaporę poznawczą. Każdy widzi świat inaczej. Każdy inaczej wyobraża sobie Boga. Dopiero gdy będziemy w mistycznym zjednoczeniu z Bogiem — po życiu lub w czasie transu mistycznego — poznamy lepiej naszego Stwórcę.

          Na samym początku rozwoju religijności pojawiły się ludzkie interesy. Pojęcie Boga kapitalnie nadawało się do utrzymania posłuszeństwa wobec władzy. Przypisywano Bogu władzę królewską, która nagradzała, ale i karała. Do dnia dzisiejszego powiela się pogląd, że Bóg karze. Później dopisano, że potępia itd.

          Jak Bóg, który jest doskonałą Miłością i Dobrocią, może kogokolwiek karać?! Za co? Bóg dał człowiekowi wolną wolę. To znaczy, że dał mu przyzwolenie, aby człowiek mógł się nawet od Niego odwrócić. Nie może On za to karać. Człowiek, który odwraca się od Boga, pozostaje w obszarze bezsensu — i to jest „piekło”. Kto raz zachwyci się Bogiem, Jezusem i religią, będzie to czynił bez końca.

 

wtorek, 15 września 2026

System sześćdziesiątkowy, granice wiedzy, przyjemność seksual


          To, co szczególnie zdumiewa, to nie tylko sama znajomość wartości √2 (pierwiastek z dwóch), lecz sposób, w jaki starożytni Babilończycy potrafili posługiwać się systemem sześćdziesiątkowym. Nie posługiwali się systemem dziesiętnym, lecz pozycyjnym systemem o podstawie 60. Było to rozwiązanie niezwykle pomysłowe, a jego wielką zaletą była ogromna liczba dzielników liczby 60: 2, 3, 4, 5, 6, 10, 12, 15, 20, 30 i 60. Dzięki temu wiele ułamków, które w systemie dziesiętnym mają nieskończone lub mało wygodne rozwinięcia, w systemie sześćdziesiątkowym można było zapisać bardzo elegancko i dokładnie.

           Bardzo dobrym przykładem wykorzystania tego systemu jest tabliczka babilońska «YBC 7289», powstała mniej więcej między 1800 a 1600 r. przed Chr.  (zwracam uwagą na okres). Zawiera ona przybliżenie √2 w systemie sześćdziesiątkowym: Zapis < 1;24,51,10 > co oznacza:  1 + 24/60  + 51/60²  + 10/60³  =  około 1,41421296 czyli niezwykle blisko rzeczywistego √2 = 1,41421356. Błąd zaczyna się dopiero mniej więcej na piątym–szóstym miejscu dziesiętnym.

          Na tabliczce przedstawiono kwadrat, jego przekątną i liczby związane z proporcją między bokiem a przekątną. Babilończycy znali więc praktycznie rzecz biorąc zależność: przekątna kwadratu = bok × √2 I potrafili podać √2 z zadziwiającą dokładnością. Nie znamy jednak dokładnie algorytmu, którym autor tabliczki doszedł do tej wartości. Mamy tylko materialny ślad wyniku, ale nie zachował się podręcznik z instrukcją „jak go obliczyć”.

          Można postawić pytanie, czy to, co wydaje nam się, że wiemy, nie jest jedynie ułudą — ludzkim pragnieniem, wyobrażeniem lub konstrukcją naszego umysłu, o czym pisał Schopenhauer. Skoro bowiem poznajemy rzeczywistość za pomocą zmysłów, narzędzi i aparatury pomiarowej, zawsze pozostaje pytanie, na ile obraz, który dzięki nim otrzymujemy, odpowiada rzeczywistości samej.

          Już wiemy, że nawet najbardziej precyzyjne pomiary nie dają wyniku absolutnego. Każdy pomiar obarczony jest pewną niepewnością i określoną dokładnością. Oznacza to, że nasze poznanie świata nigdy nie jest całkowicie wolne od granic, przybliżeń i założeń. Aparatura może być coraz doskonalsza, metody coraz bardziej wyrafinowane, a wyniki coraz dokładniejsze, lecz zawsze pozostaje pewien margines niepewności.

          Nie musi to jednak oznaczać, że wszystko, co nazywamy wiedzą, jest iluzją. Być może trafniejsze jest stwierdzenie, że wiedza ma charakter przybliżony i zależny od sposobu, w jaki poznajemy rzeczywistość. Nauka nie daje nam więc koniecznie „ostatecznej prawdy”, lecz coraz lepsze modele rzeczywistości — modele, które sprawdzają się w określonych warunkach i mogą być korygowane, gdy pojawiają się nowe obserwacje.

          W tym sensie granica między tym, co rzeczywiście wiemy, a tym, co jedynie sądzimy, że wiemy, staje się niezwykle interesująca. Być może prawdziwa mądrość nie polega na przekonaniu, że posiedliśmy prawdę, lecz na świadomości granic własnego poznania.

          Tak na prawdę to niewiele rozumiemy otaczającą nas rzeczywistość. Doraźnie w zależności od potrzeb definiujemy zjawiska, które nam towarzyszą. Opisy są bardziej modelowe niż rzeczywiste.

          Intrygujące jest pytanie. Dlaczego w procesie rozrodczym towarzyszy nam przyjemność? Rozmnażanie jest jednym z najważniejszych procesów zapewniających przetrwanie gatunku. U człowieka zachowaniom seksualnym często towarzyszy przyjemność, ponieważ organizm wykształcił mechanizmy, które zwiększają motywację do podejmowania zachowań prowadzących do rozmnażania.

           Seksualność i towarzysząca jej przyjemność jest instrumentem społecznym i rozwojem więzi międzyludzkich. Nie można więc sprowadzać jej wyłącznie do funkcji biologicznej. Człowiek, w przeciwieństwie do wielu innych organizmów, doświadcza seksualności również jako elementu relacji, emocji, bliskości i wzajemnego zaufania. Może ona wpływać na poczucie bezpieczeństwa, budować więź między partnerami oraz wzmacniać relacje.

            Można więc uznać, że przyjemność seksualna jest połączeniem dwóch wymiarów – biologicznego i społecznego. Z jednej strony pełni funkcję mechanizmu, który zachęca organizm do podejmowania zachowań mogących prowadzić do rozmnażania. Z drugiej strony stała się częścią bardziej złożonego świata ludzkich emocji i relacji. Przyjemność nie musi zatem mieć wyłącznie jednego celu. Może być jednocześnie impulsem biologicznym, źródłem satysfakcji oraz sposobem budowania więzi z drugą osobą.

          Być może właśnie ta wielowymiarowość sprawia, że seksualność człowieka jest tak interesującym zjawiskiem. To, co z perspektywy biologii służyło zwiększeniu szans na przetrwanie gatunku, z czasem zostało powiązane z uczuciami, relacjami i świadomością. Przyjemność seksualna pokazuje więc, że procesy biologiczne mogą mieć również głębszy wymiar psychologiczny i społeczny. Niezależnie od tego, czy postrzegamy ją przede wszystkim jako rezultat ewolucji, czy jako element większego porządku, trudno zaprzeczyć, że odgrywa ona istotną rolę w ludzkim życiu.

poniedziałek, 14 września 2026

Aaron i złoty cielec — lekcja o uległości

          Czytających Księgę Wyjścia może zadziwić fragment, w którym Aaron ulega żądaniom ludu i pozwala na kult złotego cielca. Zamiast przeciwstawić się naciskowi i przypomnieć ludziom o zasadach, którym mieli być wierni, wybiera rozwiązanie łatwiejsze — dostosowuje się do oczekiwań tłumu.

          Ta scena może być przestrogą dla współczesnej polityki. Polityk, który dla zachowania popularności, poparcia czy własnej pozycji rezygnuje z zasad, zaczyna przypominać Aarona. Nie musi sam wierzyć w „złotego cielca”. Wystarczy, że widząc, czego domaga się tłum, powie: „Skoro tego chcecie, zbudujmy go”.

          W polityce takim „złotym cielcem” może stać się wszystko, co społeczeństwo zaczyna stawiać ponad wartościami i odpowiedzialnością: pieniądz, władza, interes partyjny, sondaże czy doraźna korzyść. Najbardziej niepokojące jest nie samo istnienie pokusy, lecz moment, w którym ktoś mający przewodzić innym zaczyna jej ulegać.

          Historia Aarona przypomina więc, że przywództwo zaczyna się tam, gdzie kończy się wygodne przytakiwanie tłumowi.

niedziela, 13 września 2026

Stan Prawdy – rzeczywistość Akaszy

          Wiele lat temu, w ramach mojej metody badawczej nazwanej „filozoteizmem”, wprowadziłem pojęcie „Stanu Prawdy”. W przekazie medialnym odkryłem, że nazywany jest też «polem morficznym» i związane jest z teorią Ruperta Sheldrake’a, biologa i autora koncepcji tzw. rezonansu morficznego.

          «Stan Prawdy» rozumiem je jako konstrukcję myślową, która ma wyjaśniać możliwość istnienia pełnej, uporządkowanej wiedzy o Świecie oraz o wszystkich zdarzeniach, które w nim zaistniały – zarówno tych, które znamy, jak i tych, których jeszcze nie poznaliśmy.

          «Stan Prawdy» można zatem pojmować jako swoistą przestrzeń lub stan pełnej informacji o rzeczywistości  (pełne archiwum wiedzy). W tym ujęciu nie jest on jedynie zbiorem ludzkich wiadomości, lecz hipotetycznym poziomem rzeczywistości, w którym informacja o istnieniu, historii i wzajemnych zależnościach wszystkich rzeczy i zdarzeń jest zachowana. W dużym uproszczeniu Sheldrake proponuje, że: organizmy i systemy mają coś w rodzaju „pola pamięci”, to pole miałoby przechowywać wzorce dotyczące form i zachowania, podobne organizmy miałyby być ze sobą powiązane przez rezonans morficzny, dzięki temu wcześniejsze występowanie jakiegoś wzorca miałoby ułatwiać jego pojawienie się ponownie.

          W mojej koncepcji «Stan Prawdy» pełni również funkcję platformy komunikacyjnej między Bogiem a ludzką świadomością. Oznaczałoby to, że ludzka świadomość nie musi być całkowicie odcięta od pełni informacji o rzeczywistości, lecz może – w określonych warunkach i poprzez odpowiednie formy poznania – uzyskiwać dostęp do jej fragmentów. Z niego korzystali hagiografowie, ewangeliści, wszyscy, którzy posiadają tę możliwość nadprzyrodzonej komunikacji.

          Pojęcie to wykazuje pewne podobieństwo do tradycyjnej «koncepcji Akaszy», znanej w różnych nurtach filozoficznych i religijnych jako subtelna przestrzeń lub zapis zawierający informacje o istnieniu i wydarzeniach. Współczesne określenie «Kroniki Akaszy» bywa natomiast używane dla idei uniwersalnego zapisu doświadczeń, myśli i wydarzeń. Należy jednak wyraźnie oddzielić te tradycje od współczesnej wiedzy naukowej.

          «Kroniki Akaszy» to pojęcie wywodzące się z tradycji ezoterycznych, według których istnieje swoisty uniwersalny zapis informacji o rzeczywistości. Nie jest to koncepcja potwierdzona naukowo, lecz można ją opisać jako system wierzeń i metaforę dotyczącą pamięci Wszechświata.

           «Kroniki Akaszy» mają zawierać informacje dotyczące:

- przeszłości – wydarzeń, które już się wydarzyły, zarówno w życiu jednostek, jak i w szerszej historii;

- teraźniejszości – informacji o aktualnym stanie człowieka, jego doświadczeniach, relacjach i sytuacji życiowej;

- myśli, emocji i doświadczeń – nie tylko samych wydarzeń, lecz także przeżyć i 

   intencji związanych z tymi wydarzeniami;

- losów poszczególnych osób – ich wyborów, relacji, doświadczeń oraz możliwych 

  kierunków rozwoju;

- zależności między wydarzeniami – przyczyn i skutków, które mogą być

- niewidoczne z perspektywy pojedynczego człowieka;

- możliwych przyszłości – w niektórych interpretacjach nie jako jednej ustalonej  

  przyszłości, lecz jako różnych potencjalnych scenariuszy wynikających z obecnych

  wyborów;

- wiedzy duchowej – informacji dotyczących natury człowieka, świadomości, duszy,

  Boga czy sensu istnienia.

          «Akasza» jest przedstawiana jako swego rodzaju uniwersalne pole informacji, w którym miałby być zapisany ślad wszystkich wydarzeń, myśli, emocji i doświadczeń — przeszłych, teraźniejszych, a w niektórych interpretacjach także możliwych przyszłych. Akasza jako „pamięć wszechświata” lub subtelna przestrzeń, do której można uzyskać dostęp poprzez medytację czy intuicję.

          Warto jednak zaznaczyć ważne rozróżnienie: «Kroniki Akaszy» nie są w tradycjach ezoterycznych rozumiane zawsze w identyczny sposób. Dla jednych są czymś w rodzaju kosmicznej biblioteki, dla innych polem świadomości lub metafizyczną pamięcią Wszechświata.

          Nie ma obecnie wiarygodnych, empirycznie potwierdzonych dowodów naukowych na istnienie «Akaszy», «Kronik Akaszy», «pól morficznych» ani «Stanu Prawdy» jako rzeczywistego i dostępnego człowiekowi magazynu informacji. Z tego powodu koncepcja «Stanu Prawdy» nie powinna być przedstawiana jako ustalony fakt naukowy. Może natomiast funkcjonować jako model filozoficzny i metafizyczny, który stawia pytania o naturę informacji, pamięci, świadomości, poznania oraz o możliwość istnienia rzeczywistości zawierającej pełny zapis zdarzeń.

          Istotne jest przy tym rozróżnienie pomiędzy hipotezą ontologiczną a metaforą poznawczą. Jeśli «Stan Prawdy» istnieje rzeczywiście, byłby szczególnym wymiarem lub poziomem rzeczywistości, niezależnym od ludzkiego poznania. Jeśli natomiast traktujemy go jako konstrukcję filozoficzną, może on stanowić model opisujący nasze dążenie do prawdy absolutnej – prawdy, która obejmuje nie tylko to, co obecnie wiemy, lecz również wszystko, co było, jest i potencjalnie może zostać poznane.

          W tym sensie «Akasza» może być rozpatrywana jako symboliczny odpowiednik «Stanu Prawdy», natomiast filozoteizm próbuje nadać temu pojęciu własną strukturę filozoficzną. Nie chodzi więc o przyjęcie istnienia Akaszy jako dogmatu, lecz o postawienie pytania: czy cała informacja o rzeczywistości może istnieć niezależnie od człowieka i czy świadomość może mieć do niej dostęp?

          To pytanie pozostaje otwarte. Na obecnym etapie nie możemy uznać «Stanu Prawdy» ani «rzeczywistości Akaszy» za potwierdzony fakt. Możemy jednak traktować je jako hipotezę filozoficzną, która łączy refleksję nad Bogiem, świadomością, informacją i naturą rzeczywistości.

          W takim ujęciu  «Stan Prawdy» jest granicznym pojęciem poznawczym – ideą pełnej informacji o Świecie, ku której może zmierzać ludzkie poznanie, choć być może nigdy nie będzie ono w stanie objąć jej w całości.

          Tu pojawia się bardzo ciekawe podobieństwo. Można powiedzieć, że «Kroniki Akaszy» są bliższe idei „uniwersalnego zapisu”, natomiast „Stan Prawdy” może być pojęciem szerszym.

           «Stan Prawdy» obejmuje nie tylko zapis tego, co się wydarzyło, ale również ma pełną strukturę prawdy o rzeczywistości: co istnieje, dlaczego istnieje, jakie są związki przyczynowe między zdarzeniami oraz jaka jest relacja między świadomością a rzeczywistością:

«Kroniki Akaszy» to zapis informacji o rzeczywistości.

«Stan Prawdy» to  rzeczywistość pełnej informacji i prawdy o rzeczywistości. Można  uzyskać dostęp do niej poprzez medytację czy intuicję.

sobota, 12 września 2026

Stan Prawdy a reinkarnacja

 

          Wracam do tematu reinkarnacji nie dlatego, że stałem się zwolennikiem hipotezy o jej istnieniu, lecz dlatego, że o reinkarnacji mówi i pisze wiele osób, a opisy przypadków przypisywanych temu zjawisku są na tyle interesujące, że trudno przejść obok nich obojętnie. Chcę więc tym razem spojrzeć na reinkarnację nie od strony samej wiary w nią, lecz od strony faktu występowania określonych relacji i prób ich wyjaśnienia. Interesuje mnie zatem przede wszystkim zjawisko, jego dokumentowanie oraz pytanie, czy można je interpretować także inaczej niż poprzez założenie kolejnego wcielenia.

          Jednym z najbardziej znanych badaczy tego zagadnienia był Ian Stevenson (1918–2007), psychiatra związany z University of Virginia. Przez kilkadziesiąt lat zbierał, dokumentował i analizował przypadki dzieci twierdzących, że pamiętają wydarzenia z życia osoby, którą miały być w poprzednim wcieleniu. Nie poprzestawał przy tym na samych opowieściach dzieci. Starał się sprawdzać podawane przez nie informacje i porównywać je z faktami dotyczącymi konkretnych, zmarłych osób.

          W jego materiałach pojawiały się przypadki spontanicznych wspomnień rzekomego poprzedniego życia, szczegółowych informacji o miejscach, osobach i wydarzeniach, a nawet opisów okoliczności śmierci, które miały odpowiadać faktom znanym z biografii zmarłych. Stevenson zwracał również uwagę na znamiona i wady wrodzone, które w niektórych przypadkach wiązał z obrażeniami lub ranami odniesionymi przez zmarłą osobę. Co istotne, podobne relacje pochodziły z różnych krajów i kultur, a więc nie były ograniczone wyłącznie do jednego kręgu religijnego czy kulturowego.

          Nie oznaczało to jednak, że Stevenson uważał reinkarnację za udowodnioną. Wręcz przeciwnie. Określał swoje przypadki „sugerujące reinkarnację” albo „wskazujące na możliwość reinkarnacji”. To rozróżnienie jest bardzo ważne. Stwierdzenie, że jakiś przypadek jest trudny do wyjaśnienia, nie jest przecież równoznaczne ze stwierdzeniem, że znamy jego wyjaśnienie.

          Można bowiem przyjąć, że dziecko rzeczywiście wypowiedziało określone słowa, podało konkretne informacje, a później okazało się, że część z nich odpowiada faktom dotyczącym zmarłej osoby. Jest to pewien fakt wymagający wyjaśnienia. Czym innym jest jednak odpowiedź na pytanie, skąd te informacje się wzięły. Tutaj rozpoczyna się dopiero właściwy problem.

          Możliwe są przecież różne wyjaśnienia. Dziecko mogło uzyskać informacje w sposób zwyczajny, mogło usłyszeć je od rodziny lub innych osób, mogło je nieświadomie przejąć, a następnie zapamiętać jako własne. Możliwe są również konfabulacja, fantazjowanie, sugestia, przypadkowa zbieżność informacji, a w niektórych sytuacjach także świadome oszustwo. Dopiero gdy takie możliwości zostaną wykluczone, pojawia się pytanie, czy mamy do czynienia ze zjawiskiem, którego nie potrafimy wyjaśnić przy pomocy znanych mechanizmów.

          I właśnie w tym miejscu chciałbym powrócić do pojęcia, którego niedawno przywoływałem —  «Stanu Prawdy».

          W filozoteizmie, czyli rozwijanej przeze mnie własnej metodzie interpretowania rzeczywistości, Stan Prawdy jest hipotetyczną przestrzenią (wirtualną), w której zapisane są wszystkie wydarzenia, jakie miały miejsce w historii. Nie chodzi tu o pamięć pojedynczego człowieka ani o zwykłe archiwum dokumentów. Mam na myśli coś znacznie bardziej podstawowego: hipotetyczny zapis rzeczywistości, w którym znajdują się informacje o tym, co się wydarzyło.

          Jeżeli taka przestrzeń rzeczywiście istnieje, pojawia się możliwość postawienia pytania, czy człowiek może w pewnych szczególnych okolicznościach uzyskać dostęp do zawartych w niej informacji. Nie musiałby wówczas pamiętać własnego poprzedniego życia. Mógłby natomiast odczytywać informacje dotyczące życia innego człowieka, a następnie doświadczać ich w taki sposób, jakby były one jego własnymi wspomnieniami.

          Taka interpretacja prowadziłaby do zasadniczej zmiany sposobu patrzenia na niektóre przypadki przypisywane reinkarnacji. Zamiast pytać wyłącznie: „Czy ten człowiek żył wcześniej?”, można byłoby zapytać: „Skąd ten człowiek uzyskał informacje o wydarzeniach, których sam nie przeżył?”. Są to dwa różne pytania i nie muszą prowadzić do tej samej odpowiedzi.

          Jeżeli bowiem informacja może istnieć niezależnie od osoby, która ją później odczytuje, to samo posiadanie takiej informacji nie musi jeszcze oznaczać, że osoba odczytująca była wcześniej uczestnikiem opisywanych wydarzeń. Możliwe byłoby więc rozdzielenie źródła informacji od osoby, która tę informację odbiera.

          Tak właśnie można, w ramach filozoteizmu, rozumieć niektóre doświadczenia mistyczne i religijne. W historii ludzkości nie brakowało ludzi, którzy twierdzili, że otrzymują wiedzę, której nie zdobyli poprzez zwykłe doświadczenie. Hagiografowie, mistycy, prorocy czy ludzie określani jako natchnieni przekazywali następnie te doświadczenia za pomocą ludzkiego języka. To, co zostało odczytane, było więc retransmitowane w postaci słów, opowieści i zapisów.

          W tym sensie można również spojrzeć na przekazy religijne. Człowiek może mieć doświadczenie, które interpretuje jako kontakt z Bogiem, objawienie lub natchnienie, a następnie przekazać je innym ludziom za pomocą dostępnych mu pojęć i języka. W mojej koncepcji można powiedzieć, że słuchanie Boga jest odczytywaniem Stanu Prawdy. Pisałem o tym wcześniej: „Słuchanie Boga jest odczytywaniem stanu Prawdy” ("Nowatorskie koncepcje teologiczne", Coriolanum, Kielce, s. 63).

          Nie twierdzę oczywiście, że w ten sposób można wyjaśnić wszystkie doświadczenia religijne ani że istnienie «Stanu Prawdy» zostało naukowo dowiedzione. Jest to hipoteza filozoficzna, którą proponuję jako element własnej metody interpretacji rzeczywistości. Jej znaczenie polega dla mnie przede wszystkim na tym, że pozwala postawić inne pytania wobec zjawisk, które dotychczas wyjaśniano przede wszystkim w kategoriach religijnych lub paranormalnych.

          Do tej koncepcji należy także moje przekonanie, że każdemu wydarzeniu zachodzącemu w rzeczywistości widzialnej towarzyszy światło. Światło nie znika natychmiast wraz z wydarzeniem, lecz rozchodzi się w przestrzeni i niesie informację o tym, co się wydarzyło. W zwykłym doświadczeniu człowiek odbiera tylko niewielką część tej informacji i robi to za pomocą ograniczonych możliwości swoich zmysłów. Można jednak postawić hipotezę, że istnieją sposoby odbierania informacji, których jeszcze nie potrafimy opisać ani wyjaśnić.

          Tę szczególną możliwość nazwałem »Stanem Prawdy». Nie chodzi więc wyłącznie o samą przestrzeń, w której informacja miałaby być zapisana, ale również o możliwość jej odczytania. Stan Prawdy można zatem rozumieć jednocześnie jako hipotetyczny uniwersalny zapis rzeczywistości oraz jako stan świadomości umożliwiający dostęp do zawartych w nim informacji.

          Jeżeli przyjąć taką hipotezę, przypadki przypisywane reinkarnacji można rozpatrywać w nowym świetle. Dziecko może rzeczywiście mówić rzeczy, których nie powinno znać. Informacje mogą rzeczywiście odpowiadać faktom dotyczącym osoby zmarłej. Nie wynika z tego jednak automatycznie, że dziecko jest ponownym wcieleniem tej osoby. Można bowiem postawić alternatywną hipotezę: dziecko odczytuje informacje o cudzym życiu ze «Stanu Prawdy».

          W takim przypadku nie byłoby konieczne przyjmowanie koncepcji «wędrówki dusz». Nie byłoby również konieczne zakładanie, że jedna osobowość po śmierci zostaje przeniesiona do innego organizmu. Wystarczyłoby założenie, że informacja o wydarzeniu pozostaje dostępna i że w pewnych wyjątkowych sytuacjach człowiek może ją odczytać.

          Byłoby to zatem zupełnie inne rozumienie tego, co nazywamy „pamięcią poprzedniego życia”. Być może nie jest to pamięć w znaczeniu, w jakim pamiętamy własne dzieciństwo. Być może jest to dostęp do informacji o wydarzeniach, które rzeczywiście miały miejsce, ale których osoba odczytująca sama nigdy nie przeżyła.

          Oczywiście również ta koncepcja wymaga dowodów. Nie chciałbym popełnić błędu polegającego na zastąpieniu jednej niewykazanej hipotezy inną niewykazaną hipotezą. Jeżeli krytykujemy reinkarnację za brak wystarczających dowodów, musimy z równą ostrożnością traktować «Stan Prawdy». Nie może on być odpowiedzią tylko dlatego, że jest zgodny z naszym światopoglądem.

          Właściwa postawa powinna więc polegać na pozostawieniu pytania otwartego.

Reinkarnacja może być jednym z możliwych wyjaśnień niezwykłych przypadków dzieci twierdzących, że pamiętają poprzednie życie. Innym wyjaśnieniem mogą być mechanizmy psychologiczne i społeczne. Jeszcze innym — uzyskanie informacji w sposób, którego obecnie nie potrafimy wyjaśnić. A w ramach filozoteizmu można postawić hipotezę, że informacja ta pochodzi ze «Stanu Prawdy».

          Nie wiem, czy tak właśnie jest. I właśnie dlatego nie chcę przedstawiać tej koncepcji jako dowiedzionej prawdy. Traktuję ją jako pytanie skierowane do rzeczywistości.

 

          Być może największą wartością takich pytań nie jest natychmiastowe znalezienie odpowiedzi, lecz poszerzenie pola możliwych wyjaśnień. Reinkarnacja nie musi być ani przyjęta, ani odrzucona tylko na podstawie niezwykłych opowieści. Można najpierw zapytać, czy informacja o przeszłości może istnieć niezależnie od pamięci człowieka i czy człowiek może mieć do niej dostęp.

          Jeżeli odpowiedź na to pytanie byłaby kiedyś twierdząca, wówczas wiele zjawisk, które dziś nazywamy tajemniczymi, mogłoby otrzymać zupełnie nowe wyjaśnienie.

          A wtedy pytanie o reinkarnację przestałoby być wyłącznie pytaniem o to, kto żył wcześniej, a stałoby się pytaniem o coś bardziej fundamentalnego: gdzie znajduje się informacja o tym, co już się wydarzyło, i czy człowiek może ją odczytać?

piątek, 11 września 2026

Energia szeroko rozumiana

 


 

          Ujmując rzecz fizycznie, to istnieją różne formy energii. Najważniejsze z nich to: energia mechaniczna – związana z ruchem i położeniem ciała, energia cieplna – związana z temperaturą, energia elektryczna – związana z przepływem prądu, energia chemiczna – zgromadzona w substancjach, np. w paliwach i żywności, energia świetlna – przenoszona przez światło, energia jądrowa – zgromadzona w jądrze atomu, energia dźwiękowa – przenoszona przez fale dźwiękowe.

          Energia może zmieniać jedną formę w inną, np. w żarówce energia elektryczna zamienia się w energię świetlną i cieplną. Jeśli chodzi o odmiany energii występujące w naturze, to. można wyróżnić m.in.: energię słoneczną, energię wiatru, energię wody, energię geotermalną, energię biomasy, energię chemiczną – np. w żywności i paliwach, energię jądrową – występującą w jądrach atomów.

          Ale czy istnieje energia metafizyczna, energia życiowa? Tak — „energia metafizyczna” istnieje, ale trzeba odróżnić ją od energii w fizyce. W fizyce energia jest wielkością, którą można mierzyć (np. w dżulach). Nie ma potwierdzonej naukowo „energii metafizycznej” jako osobnego rodzaju energii. W metafizyce, filozofii czy duchowości słowo „energia” bywa używane w przenośni, np. do opisywania ducha, siły życiowej, świadomości czy czegoś niematerialnego. Takie pojęcia mogą być przedmiotem filozofii lub wierzeń, ale nie są tym samym, co energia fizyczna. „Energia metafizyczna” jest pojęciem filozoficznym/duchowym, a nie naukowo potwierdzoną formą energii.

            Zostałem zapytany o energię Kirlianową” (efekt Kirliana). Jest to określenie związane z tzw. fotografią kirlianowską — techniką, w której wokół obiektów pojawia się świecąca poświata podczas działania pola elektrycznego o wysokim napięciu. Ważne: nie udowodniono, że ta poświata jest jakąś metafizyczną energią ani że pokazuje „aurę” człowieka. Zjawisko można wyjaśnić fizycznie jako wyładowanie koronowe, zależne m.in. od wilgotności, nacisku i właściwości badanego obiektu.

          Teoria „aury Kirliana” powstała głównie dlatego, że fotografie wykonane metodą Kirliana rzeczywiście pokazują efektowną, świecącą poświatę wokół przedmiotów. W latach 30. XX wieku rosyjski małżonek Siemion i Walentina Kirlianowie eksperymentowali z fotografowaniem przedmiotów znajdujących się w silnym polu elektrycznym. Na kliszy pojawiały się charakterystyczne świetliste wzory. Niektórzy uznali, że jest to „aura” albo energia życiowa otaczająca organizmy. Zaczęto więc interpretować różne kształty i kolory poświaty jako oznaki: zdrowia lub choroby, emocji, poziomu energii życiowej,a nawet stanu duchowego człowieka. Ale co mówi nauka?

          Tutaj pojawia się ważne rozróżnienie. Samo zjawisko jest prawdziwe, ale jego interpretacja jako „aury” nie została potwierdzona. Poświata powstaje przede wszystkim wskutek wyładowania koronowego – nazywaneteż ulotem, to wyładowania elektryczne, które powstają wokół przewodnika pod wysokim napięciem. Dochodzi do niego, gdy pole elektryczne w pobliżu przewodnika staje się na tyle silne, że jonizuje otaczający gaz (np. powietrze), ale nie powoduje jeszcze pełnego przebicia elektrycznego czy powstania łuku. Na jej wygląd wpływają m.in.: wilgotność skóry,nacisk palca na powierzchnię, temperatura, przewodnictwo elektryczne, napięcie i warunki wykonywania zdjęcia. Dlatego np. zmiana wilgotności palca może spowodować zmianę obrazu „aury” — bez jakiejkolwiek zmiany „energii duchowej”.

          Fotografia Kirliana może więc wyglądać jak obraz czegoś niewidzialnego i tajemniczego, ale nie oznacza to automatycznie, że przedstawia energię metafizyczną.

          Według współczesnej nauki nie ma wiarygodnych dowodów na istnienie aury człowieka jako odrębnej, niewidzialnej energii otaczającej ciało. Nie oznacza to jednak, że człowiek nie wytwarza żadnych pól ani energii. Nasze ciało rzeczywiście ma mierzalne zjawiska fizyczne, np.: impulsy elektryczne w mózgu i nerwach,aktywność elektryczną serca (EKG), ciepło emitowane przez ciało, bardzo słabe pola elektromagnetyczne związane z pracą serca i mózgu. Są to jednak zjawiska fizyczne, a nie dowód na istnienie metafizycznej „energii życiowej”.

          Zdjęcia Kirliana pokazują coś, co wygląda jak aura, ale niekoniecznie jest to aura. Wyładowanie koronowe wokół palca może mieć różny kształt w zależności np. od wilgotności skóry. Gdy człowiek jest spocony, obraz może wyglądać inaczej niż wtedy, gdy ma suchą skórę. To pozwala wyjaśnić wiele zmian obrazu bez odwoływania się do energii duchowej.

         Słowo energia m zastosowanie do opisu równie emocji. Np. ktoś może powiedzieć: „czuję dobrą energię tego miejsca”. Może mieć na myśli swoje emocje, atmosferę, poczucie spokoju czy intuicję. To jest realne doświadczenie człowieka, ale nie oznacza automatycznie istnienia nieznanej fizycznej energii.

          Pojęcie energii życiowej występuje w wielu tradycjach i może mieć znaczenie filozoficzne lub religijne. „Energia życiowa” pojawia się w wielu kulturach, choć różnie ją rozumiano.

 «Chi» — tradycja chińska

W tradycyjnej medycynie i filozofii chińskiej qi (chi) oznacza siłę lub energię życiową, która ma przepływać przez organizm. Z qi związane są m.in. praktyki takie jak qigong i tai chi.

Z punktu widzenia nauki nie wykazano jednak, że qi jest osobnym rodzajem energii fizycznej.

«Prana» — tradycja indyjska

W filozofii indyjskiej prana jest siłą życiową związaną m.in. z oddechem. W jodze pracuje się z nią poprzez oddech, koncentrację i określone ćwiczenia. Co ciekawe, ćwiczenia oddechowe mogą rzeczywiście wpływać na układ nerwowy, tętno, poziom pobudzenia i odczuwanie stresu. To jednak nie stanowi dowodu na istnienie prany jako fizycznej substancji czy energii.

Kundalini

W niektórych tradycjach jogicznych kundalini przedstawiana jest jako potencjalna energia znajdująca się u podstawy kręgosłupa. Jej „przebudzenie” ma prowadzić do szczególnych doświadczeń duchowych.

Ludzie rzeczywiście mogą doświadczać bardzo silnych doznań podczas medytacji czy praktyk duchowych — ale ich interpretacja jako przepływu konkretnej energii nie została naukowo potwierdzona.

«Aura»

Aura jest opisywana jako pole otaczające człowieka, czasem przedstawiane jako wielobarwne. Tu warto pamiętać o wcześniejszym przykładzie Kirliana: efekty elektryczne wokół ciała są realne, ale nie dowodzą istnienia duchowej aury.

          Tu nasuwa się pytanie natury filozoficznej: „Czy świadomość, życie lub rzeczywistość mogą mieć aspekt, którego obecna fizyka jeszcze nie opisuje?”

Ta kwestia jest szczególnie interesująca, bo „nie mamy dowodu” nie jest logicznie tym samym co „na pewno tego nie ma”. Nauka może powiedzieć, czego obecnie nie potrafimy potwierdzić, ale nie zawsze może rozstrzygnąć pytania metafizyczne.