Łączna liczba wyświetleń

sobota, 23 maja 2026

Prawda odsłania się stopniowo


          Pomimo ponad czterdziestu lat poszukiwania prawdy wciąż jestem w drodze. Kiedy patrzę wstecz, widzę nie tylko lata pracy, ale także konkretne momenty — rozmowy, które zmieniały mój sposób myślenia, książki burzące mój wewnętrzny spokój i wydarzenia zmuszające mnie do stawiania pytań, od których wcześniej uciekałem. Często powtarzam, że wiem już tyle, iż mógłbym ze spokojem stanąć u progu Domu Pana — ale równie często mam świadomość, jak wiele pozostaje przede mną zakryte.

          Miniony czas był dla mnie okresem intensywnego dojrzewania. Bywały chwile pewności, lecz także takie, w których wszystko zdawało się chwiać. Niejednokrotnie musiałem zdobywać się na rewizję własnych przekonań — nie dlatego, że były słabe, ale dlatego, że życie i doświadczenie domagały się głębszego zrozumienia. Nie zawsze było to łatwe; czasem wiązało się z wewnętrznym oporem, a nawet bólem. Człowiek przywiązuje się przecież nie tylko do poglądów, ale również do poczucia bezpieczeństwa, jakie mu dają. Tym trudniej przyznać, że pewne odpowiedzi wymagają ponownego przemyślenia.

          Moje książki są śladem tej drogi. Każda z nich powstawała w określonym czasie i stanie ducha — są zapisem tego, kim wtedy byłem oraz jak rozumiałem świat i wiarę. Dziś dostrzegam w nich zarówno ciągłość, jak i zmianę. Główny korzeń mojej wiary pozostał niezmienny, lecz jego rozumienie dojrzewało — jak drzewo, które z biegiem lat wypuszcza nowe gałęzie, a stare przycina lub przekształca. Niektóre myśli, które kiedyś uważałem za ostateczne, dziś widzę jedynie jako etapy prowadzące ku dalszemu poznaniu.

          Z biegiem lat coraz wyraźniej dostrzegam, że wiara nie jest zbiorem gotowych odpowiedzi, lecz drogą, na której człowiek uczy się słuchać, rozpoznawać i ufać. Im dłużej idę tą drogą, tym bardziej rozumiem, że prawda nie odsłania się jednorazowo. Przychodzi stopniowo — czasem w ciszy, czasem poprzez doświadczenie, a czasem poprzez niepokój, który nie pozwala zatrzymać się w miejscu. I choć nie mogę powiedzieć, że doszedłem do celu, mam poczucie, że idę właściwym kierunkiem — krok po kroku, z pokorą, ale i z nadzieją.

          Najbardziej zaskoczyło mnie to, że Bóg nie milczy. Przeciwnie — nieustannie odsłania człowiekowi nowe perspektywy i prowadzi ku myślom, do których trzeba stopniowo dorastać. Pismo Święte można czytać wielokrotnie, a mimo to za każdym razem odkrywa się w nim coś nowego, intrygującego i poruszającego. Z biegiem czasu rośnie mój podziw dla tej księgi, ale również świadomość jej złożoności. Dostrzegane w niej nieścisłości czy trudności — których jest wiele — nie odbierają mi wiary, lecz stają się wyzwaniem do dalszych poszukiwań i prób zrozumienia. Nie traktuję ich jako zagrożenia, ale jako zaproszenie do głębszej refleksji.

          Mogę podać wiele przykładów takich wewnętrznych przemian. Przez długi czas unikałem tematu preegzystencji Jezusa. Podobnie było z zagadnieniami związanymi z Trójcą Świętą — wydawały mi się odległe, zbyt abstrakcyjne, a nawet niepotrzebne dla życia wiary. Dopiero później zrozumiałem, że pytania, których człowiek unika, często okazują się najważniejsze. Z czasem umocniłem się również w przekonaniu, że pojęcia aniołów i szatana zostały przez chrześcijaństwo w dużej mierze zmitologizowane i obudowane wyobrażeniami, które oddaliły je od pierwotnego sensu. Jednocześnie, mimo że chrześcijaństwo odsłoniło przede mną wiele nowych prawd, nigdy nie utraciłem szacunku wobec religii żydowskiej, z której przecież wyrasta zarówno historia Biblii, jak i duchowe korzenie wiary chrześcijańskiej.

          Dzisiaj wiem już, że dojrzewanie duchowe nie polega na gromadzeniu pewników, lecz na coraz głębszej gotowości do słuchania i rozumienia. Człowiek wierzący nie powinien bać się pytań ani trudnych tematów. Wiara, która zabrania pytać, łatwo zamienia się w lęk. Tymczasem prawdziwe poszukiwanie Boga wymaga odwagi, cierpliwości i pokory wobec tajemnicy większej od ludzkiego rozumu.

          Nie mam już potrzeby nieustannej konfrontacji z innymi poglądami. Coraz bardziej męczy mnie powierzchowność myślenia, lekceważenie wiedzy i obojętność wobec odkryć nauki. Uważam, że rzeczywistość sama w sobie jest przeniknięta boskością i zawiera w sobie niezliczone tajemnice stworzenia. Człowiek powinien nieustannie próbować je rozumieć, a to, czego jeszcze pojąć nie potrafi, przyjmować z pokorą. Jestem przekonany, że czas odsłoni przed nami nowe horyzonty poznania — zarówno duchowego, jak i naukowego.

          Szczególnie fascynuje mnie natura świata subatomowego: relacje między kwarkami, zagadka dualizmu materii oraz tajemnica pól oddziaływania. Im głębiej nauka przenika strukturę wszechświata, tym bardziej widzę, jak niewiele jeszcze wiemy. Paradoksalnie, rozwój wiedzy nie oddala mnie od poczucia istnienia Boga, lecz jeszcze bardziej pogłębia mój podziw wobec harmonii i złożoności stworzenia.

          Z niepokojem, ale i z zaciekawieniem obserwuję współczesny świat. Zadaję sobie pytania: dokąd zmierza ludzkość? Czy zło z czasem utraci swoją niszczącą moc? Czy człowiek nauczy się korzystać z dóbr otrzymanych od Stwórcy bez zagrożenia wojen, nienawiści i kataklizmów? Czy możliwe stanie się zagospodarowanie kosmosu, a jeśli tak — to w jakiej skali i za jaką cenę duchową?

          Być może przyszłość przyniesie odpowiedzi, których dziś nawet nie potrafimy sobie wyobrazić. A być może najważniejsze pozostanie samo poszukiwanie — droga ku prawdzie, która odsłania się stopniowo i nigdy do końca nie daje się zamknąć w ludzkich definicjach. Im więcej bowiem człowiek rozumie, tym wyraźniej dostrzega ogrom tajemnicy, wobec której pozostaje jedynie pokora, zachwyt i wdzięczność.

piątek, 22 maja 2026

Nie narzekajmy na swój los


          W Liście do List do Rzymian czytamy: „Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20). Zdanie to może pozornie wydawać się sprzeczne z dogmatem o stałości i niezmienności Boga. Sugeruje bowiem jakby „wzrost” lub „nasilenie” Łaski uzależnione jest od zewnętrznych okoliczności, czyli od ludzkiego grzechu. Jak należy to rozumieć?

          Katecheza Kościoła naucza, że Bóg w swej istocie jest niezmienny — nie podlega rozwojowi, przemianie ani wpływowi stworzenia. Jego wola i miłość są odwieczne i doskonałe. Nie oznacza to jednak, że działanie Boga w historii zbawienia objawia się zawsze w jednakowy sposób. Zmienia się nie Bóg, lecz sytuacja człowieka oraz sposób, w jaki człowiek doświadcza Bożej łaski.

          Święty Paweł z Tarsu nie mówi więc, że Łaska „powiększa się” w samym Bogu, jakby Bóg reagował emocjonalnie lub modyfikował swoje zamiary pod wpływem grzechu. Chodzi raczej o to, że im głębiej człowiek pogrąża się w grzechu, tym pełniej objawia się moc Bożego miłosierdzia i zbawczej łaski. Grzech nie zmienia Boga, ale ujawnia bardziej wyraziście to, czym Bóg jest odwiecznie — Miłością i Miłosierdziem.

          Można powiedzieć, że jest to język relacyjny i pedagogiczny. Pismo Święte często opisuje działanie Boga z perspektywy ludzkiego doświadczenia. Podobnie mówimy, że słońce „wschodzi” i „zachodzi”, choć wiemy, że samo słońce nie zmienia położenia względem Ziemi w taki sposób, jak sugeruje potoczne wyrażenie. Analogicznie: nie Bóg się zmienia, lecz człowiek coraz pełniej doświadcza skutków Jego niezmiennej łaski.

          Dlatego słowa z Rz 5,20 nie przeczą nauce o Boskiej niezmienności. Przeciwnie — podkreślają, że Boża Łaska jest większa niż każdy grzech, a Boże Miłosierdzie pozostaje niewyczerpane niezależnie od ludzkiej niewierności.

          Trudniejsze do wyjaśnienia pozostaje współuczestnictwo człowieka w męce Chrystusa: „dawny człowiek został razem z Nim ukrzyżowany po to, abyśmy już więcej nie byli w niewoli grzechu” (Rz 6,6). Ukrzyżowanie nieodłącznie wiąże się z cierpieniem, dlatego właśnie w tej frazie można odnaleźć częściową odpowiedź na pytanie, dlaczego człowiek doświadcza cierpienia? Nie jest ono jedynie konsekwencją biologicznej natury czy przypadkowości świata, lecz może stać się uczestnictwem w duchowej walce ze złem, grzechem i własną słabością. Cierpienie nabiera wtedy wymiaru przemiany — prowadzi do wewnętrznego oczyszczenia i odrodzenia człowieka.

          Aby głębiej zrozumieć tę tajemnicę, trzeba cofnąć się do idei preegzystencji Jezusa Chrystusa. Chrześcijaństwo głosi, że Syn Boży istnieje odwiecznie, współistotnie z Ojcem, jeszcze przed stworzeniem świata. Nie jest więc bytem powstałym w czasie ani jedynie historyczną postacią pojawiającą się w określonym momencie dziejów. Syn istnieje „od początku” jako Logos — odwieczne Słowo Boga, przez które wszystko zostało stworzone.

          Wcielenie Chrystusa nie oznacza początku istnienia Syna Bożego, lecz moment objawienia się Boga człowiekowi w sposób widzialny i dostępny ludzkiemu poznaniu. Można powiedzieć, że ludzkość dojrzewała duchowo i historycznie do przyjęcia prawdy o Bogu, który staje się człowiekiem. To, co odwieczne i niewidzialne, weszło w czas i historię. W Chrystusie Boskość spotkała się z ludzką naturą, a nieskończoność z ograniczonością człowieka.

          Dlatego uczestnictwo człowieka w męce Chrystusa nie jest jedynie symbolicznym naśladowaniem cierpienia człowieka żyjącego dwa tysiące lat temu. Jest wejściem w odwieczny plan zbawienia, w którym śmierć i cierpienie nie są końcem, lecz drogą prowadzącą do nowego życia. „Ukrzyżowanie dawnego człowieka” oznacza duchową śmierć egoizmu, pychy i zniewolenia grzechem, aby mógł narodzić się „nowy człowiek” żyjący w jedności z Bogiem.

          W tym sensie cierpienie otrzymuje znaczenie paradoksalne. Z jednej strony pozostaje doświadczeniem bólu, straty i kruchości istnienia, z drugiej — może stać się miejscem najgłębszego spotkania człowieka z Bogiem. Krzyż nie jest już wyłącznie znakiem śmierci, ale także znakiem przemiany. To właśnie dlatego w chrześcijaństwie zmartwychwstanie nie jest oddzielone od krzyża: nowe życie rodzi się poprzez ofiarę, a światło objawia się najpełniej pośród ciemności. Tu znajdujemy wyjaśnienie istnienia cierpienia sprzed narodzeniem się Jezusa.

            Można zwrócić się z apelem – nie narzekajmy na swój los, tylko cieszmy się, że możemy uczestniczyć w Boskiej koncepcji Zbawienia. Jest to trudne, ale wzniosłe.

czwartek, 21 maja 2026

Wiara poza logiką uczynków


          W Liście do Rzymian intrygują mnie słowa św. Pawła: „Jeżeli bowiem Abraham został usprawiedliwiony z uczynków, ma powód do chlubienia się, ale nie przed Bogiem” (Rz 4,2). Czy nie potwierdzają one tego, o czym wcześniej pisałem? Abraham pozostaje przecież w tradycji biblijnej wzorem bezgranicznej ufności wobec Boga. Gotów jest nawet złożyć w ofierze własnego syna. A jednak św. Paweł zdaje się umniejszać znaczenie tego czynu, mówiąc, że Abraham „ma powód do chlubienia się, ale nie przed Bogiem”. Na pierwszy rzut oka brzmi to niemal niesprawiedliwie.

          Opis próby Abrahama należy zresztą do najbardziej niepokojących fragmentów Biblii. Człowiek otrzymuje polecenie zabicia własnego dziecka — syna obietnicy, którego sam wcześniej otrzymał od Boga. W tej scenie Bóg wydaje się wręcz okrutny. Dopiero w ostatniej chwili atmosfera się zmienia: okazuje się, że była to próba wiary i posłuszeństwa. Rodzi się jednak pytanie: dlaczego taka próba była w ogóle potrzebna? Czy Bóg musi sprawdzać człowieka? Czy jest Bogiem zazdrosnym, jak mówi Księga Wyjścia: „Ja, Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym” (Wj 20,5)?

          Być może klucz do zrozumienia tej historii znajduje się głębiej niż w samym czynie Abrahama? Św. Paweł próbuje pokazać, że usprawiedliwienie nie rodzi się jedynie z zewnętrznych uczynków, nawet najbardziej heroicznych. Sednem jest relacja z Bogiem oparta na zaufaniu. Abraham nie zostaje wywyższony dlatego, że był gotów dokonać straszliwego czynu, lecz dlatego, że całkowicie zawierzył Bogu, nawet wtedy, gdy nie rozumiał Jego zamiarów. To nie sam czyn zbawia, ale wiara wyrażająca się w posłuszeństwie.

          Jednocześnie opowieść ta odsłania także ograniczenia ludzkiego pojmowania Boga. Człowiek spontanicznie ocenia tę scenę według własnej wrażliwości moralnej i emocjonalnej — i trudno się temu dziwić. Właśnie dlatego historia Abrahama od wieków budzi niepokój, sprzeciw i pytania. Być może jej celem nie jest dostarczenie łatwej odpowiedzi, lecz pokazanie dramatu wiary: sytuacji, w której człowiek staje wobec Boga przekraczającego ludzkie wyobrażenia, a mimo to próbuje Mu zaufać. W tym sensie historia Abrahama pozostaje aktualna również dzisiaj. Człowiek często chciałby Boga całkowicie zrozumieć, sprowadzić Go do własnych kategorii dobra, sprawiedliwości i logiki.  Często czyni się Bogu zarzuty, że nie powstrzymuje złego losu i pozwala na cierpienia. Tymczasem wiara zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się pełna kontrola i pewność. Nie oznacza to ślepego okrucieństwa ani pochwały cierpienia, lecz uznanie, że relacja z Bogiem nie opiera się wyłącznie na kalkulacji uczynków, ale na zaufaniu, które czasem przechodzi przez doświadczenie niezrozumienia.

          Jednym z największych „piewców pokory wobec Boga” w tradycji chrześcijańskiej jest Święty Augustyn. To właśnie on podkreślał, że człowiek nie zbawia się własnymi zasługami, lecz Łaską Boga. Według niego pycha jest źródłem oddalenia od Boga, natomiast pokora stanowi fundament prawdziwej wiary. Znane jest przypisywane mu zdanie: „Jeśli pytasz mnie, jaka jest pierwsza cnota religii — odpowiem: pokora; druga — pokora; trzecia — pokora”.

          Bardzo mocno temat pokory rozwija również Święty Paweł Apostoł, zwłaszcza w Liście do Rzymian i Liście do Galatów. To on pisze, że człowiek zostaje usprawiedliwiony przez wiarę, a nie przez chlubienie się własnymi uczynkami. Właśnie u Pawła pojawia się myśl, że wobec Boga człowiek nie może stawiać siebie w centrum ani uważać się za samowystarczalnego.

          W tradycji mistycznej wielkim nauczycielem pokory był także Święty Franciszek z Asyżu. Pokora nie oznaczała dla niego poniżania siebie, lecz uznanie własnej małości wobec Boga i jednocześnie wdzięczność za samo istnienie. Franciszek widział człowieka jako część stworzenia, a nie jego pana.

         W filozofii religijnej temat ten silnie wybrzmiewa u Søren Kierkegaard. Analizując historię Abrahama w książce Bojaźń i drżenie, pokazuje on człowieka stojącego samotnie wobec Boga, przekraczającego ludzką logikę i moralne schematy. Dla Kierkegaarda wiara wymaga pokory wobec tajemnicy Boga, której człowiek nie jest w stanie całkowicie pojąć.

          Z kolei w duchowości prawosławnej szczególnym piewcą pokory był Święty Izaak Syryjczyk, który uważał pokorę za najwyższą formę poznania Boga i drogę do miłości.

          W kontekście mojego wywodu św. Paweł i Kierkegaard — obaj podkreślają, że człowiek nie może „zasłużyć” na Boga samym czynem, a wiara zaczyna się tam, gdzie kończy się pewność własnej racji.         

          Ostatnie moje wpisy próbują przekazać, że pojęcie wiary w sensie teologicznym nie ma nic wspólnego z potocznym rozumieniem tego słowa jako bezrefleksyjnego przyjmowania i powtarzania cudzych opinii, często kojarzonego z naiwnością.

środa, 20 maja 2026

Samotność pośród troski

 

          Wczorajszy wpis o usprawiedliwieniu skłania mnie do dalszej refleksji nad znaczeniem uczynków oraz nad relacją dzieci ze starzejącymi się rodzicami. Pomijam tutaj przypadki całkowitego braku zainteresowania rodzicami, ponieważ same w sobie są już bolesnym świadectwem rozpadu więzi. Bardziej interesuje mnie sytuacja znacznie częstsza i zarazem trudniejsza do jednoznacznej oceny — sytuacja, w której dzieci troszczą się o swoich rodziców, zapewniają im bezpieczeństwo, godne warunki życia, opiekę medyczną i materialny byt, a mimo to pozostawiają w nich poczucie emocjonalnej pustki.

          Współczesny człowiek bardzo często utożsamia miłość z działaniem. Jeśli ktoś wypełnia obowiązki, organizuje leczenie, pomaga finansowo czy dba o codzienne potrzeby, uznaje, że zrobił wszystko, co należało. Tymczasem starsi ludzie nierzadko oczekują czegoś zupełnie innego — obecności, rozmowy, cierpliwego wysłuchania i zwyczajnego zainteresowania. Dla człowieka znajdującego się u kresu życia czas poświęcony przez bliską osobę ma często większą wartość niż materialne zabezpieczenie. Można bowiem otoczyć kogoś opieką, a jednocześnie pozostawić go w głębokiej samotności.

          To prowadzi do pytania o istotę samej miłości. Czym ona właściwie jest? Czy można ją sprowadzić do uczynków? Czyny są niewątpliwie ważne, lecz wydają się jedynie zewnętrznym wyrazem czegoś znacznie głębszego. Miłość obejmuje całe spektrum postaw, zachowań i relacji. Jest obecnością, empatią, uważnością i gotowością do trwania przy drugim człowieku także wtedy, gdy nie przynosi to żadnej korzyści ani wygody. Można bowiem wypełniać obowiązki z poczucia konieczności, a jednocześnie nie otwierać serca.

          Szczególnie wyraźnie odczuwa się to w sytuacjach słabości i choroby. Sam doświadczam tego po przebytym udarze. Nie zawsze potrafię płynnie wyrażać swoje myśli. Zdarza się, że moje zacięcia, przerwy i trudności w mówieniu budzą zniecierpliwienie rozmówców. Często kończą za mnie zdania lub próbują odgadnąć sens moich słów, jakby chcieli przyspieszyć rozmowę i szybciej ją zakończyć. Problem polega jednak na tym, że ich słowa nie zawsze oddają to, co naprawdę chciałem powiedzieć. W takich chwilach szczególnie boleśnie odczuwa się znaczenie cierpliwego słuchania. Człowiek odkrywa wtedy, że największym wyrazem miłości nie muszą być wielkie deklaracje ani spektakularne czyny, lecz spokojna obecność i gotowość wysłuchania drugiej osoby do końca.

          Refleksja nad miłością prowadzi jednak jeszcze dalej. Czy można kochać kogoś, kogo się nie widzi, jak Boga? Czy można kochać człowieka, którego ciało zostało naznaczone przez chorobę, cierpienia i upływ czasu? Współczesna kultura bardzo mocno koncentruje się na atrakcyjności, młodości i powierzchowności. Człowiek oceniany jest często przez pryzmat wyglądu, sprawności i zewnętrznego wizerunku. Tymczasem prawdziwa miłość zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się fascynacja powierzchownością.

          Nietrudno spotkać ludzi, którzy nie odpowiadają współczesnym kanonom piękna, a mimo to emanują wzajemnym oddaniem i bliskością. Ich relacje pokazują, że miłość nie jest jedynie doświadczeniem estetycznym ani chwilowym zauroczeniem. Jest raczej porozumieniem dusz, duchową jednością, wzajemną akceptacją i zdolnością do trwania przy sobie mimo cierpienia, choroby i przemijania. Miłość, która przetrwa próbę czasu, odsłania swoją prawdziwą wartość właśnie wtedy, gdy zanika uroda, słabnie ciało i pojawiają się ograniczenia. Dopiero w takich chwilach okazuje się, czy człowiek kochał jedynie obraz drugiej osoby, czy naprawdę pokochał samego człowieka.

wtorek, 19 maja 2026

Usprawiedliwienie przez wiarę

 

          Wiara chrześcijańska w swej istocie jest wymagająca zarówno intelektualnie, jak i duchowo. Można ją porównać do trudności związanych ze zrozumieniem fizyki kwantowej — nie każdy potrafi od razu uchwycić jej głębię i wewnętrzną logikę. Dotyczy to szczególnie zagadnienia „usprawiedliwienia przez wiarę” opisanego w Liście do Rzymian (Rz 3,28)., a nie przez uczynki.

        Według katechezy usprawiedliwienie oznacza, że człowiek zostaje uznany przez Boga za sprawiedliwego nie dlatego, że sam jest bezgrzeszny, lecz dzięki wierze i Łasce Boga. Święty Paweł z Tarsu podkreśla, że wszyscy ludzie są grzeszni i że człowiek nie może „zasłużyć” na zbawienie jedynie własnymi uczynkami lub przestrzeganiem Prawa. Usprawiedliwienie dokonuje się przez wiarę w Jezusa Chrystusa i jest darem Bożej łaski.

          Kluczowym przesłaniem Pawła jest stwierdzenie, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od uczynków Prawa. Nie oznacza to jednak odrzucenia dobrych uczynków. Apostoł wskazuje raczej, że same uczynki, pozbawione żywej wiary i relacji z Bogiem, nie są w stanie przynieść człowiekowi zbawienia. Dobre czyny są owocem wiary, a nie jej zastępstwem.

          W katechezie katolickiej usprawiedliwienie rozumie się jako odpuszczenie grzechów, pojednanie człowieka z Bogiem oraz wewnętrzną przemianę dokonywaną przez Łaskę uświęcającą. Szeroko omawia to Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 1987–2029). Katechizm podkreśla, że wiara jest początkiem zbawienia, lecz człowiek powinien współpracować z otrzymaną Łaską poprzez miłość, nawrócenie i dobre uczynki.

          Dla św. Pawła usprawiedliwienie nie jest jedynie formalnym „uniewinnieniem” człowieka przez Boga, ale początkiem nowego życia w Chrystusie — życia przemienionego duchowo, opartego na wierze, nadziei i miłości. Dlatego chrześcijaństwo nie sprowadza się wyłącznie do przestrzegania zasad moralnych, lecz przede wszystkim do żywej relacji człowieka z Bogiem.      

          W prostej ludzkiej logice wydaje się, że dobre uczynki są gwarancją dobrej relacji ze Stwórcą. Tak często rozumują zwyczajni wyznawcy religii: jeśli człowiek postępuje moralnie, pomaga innym i unika zła, powinien automatycznie zasługiwać na Bożą przychylność. Według nauki chrześcijańskiej problem jest jednak bardziej złożony.

          Same uczynki można porównać do pracy, za którą oczekuje się zapłaty. Tymczasem w chrześcijaństwie zbawienie nie jest wynagrodzeniem za wykonane dobre czyny, lecz darem Łaski Boga. Dlatego św. Paweł z Tarsu tak mocno podkreśla znaczenie wiary i usprawiedliwienia przez wiarę.

          Nie oznacza to oczywiście, że dobre uczynki są nieważne. Przeciwnie — są one naturalnym owocem autentycznej wiary. Człowiek prawdziwie wierzący powinien postępować dobrze, ponieważ jego życie ulega przemianie pod wpływem relacji z Bogiem. Same uczynki nie mogą jednak zastąpić wiary ani żywej więzi z Jezusem Chrystusem.

          W chrześcijańskim rozumieniu wiara nie sprowadza się jedynie do uznania, że Bóg istnieje. Jest ona czymś znacznie głębszym — obejmuje zaufanie, posłuszeństwo, otwartość na łaskę, pragnienie poznania Boga oraz budowanie osobowej relacji z Nim. Można powiedzieć, że wiara stanowi całokształt postawy człowieka wobec Boga i Jego działania w świecie.

          Dlatego usprawiedliwienie przez wiarę nie oznacza biernej deklaracji religijnej, lecz wewnętrzną przemianę człowieka. Dobre uczynki pozostają ważne, ale są skutkiem żywej wiary, a nie jedynie środkiem do „zapracowania” na zbawienie.

poniedziałek, 18 maja 2026

O seksualności, wierze i ludzkiej godności


          Nie można uciekać od trudnych problemów, ponieważ życie polega na mierzeniu się z nimi. Pasywność i milczenie często są wyrazem bezradności, a niekiedy także strachu przed opinią innych. Od trudnych pytań nie da się uciec — prędzej czy później i tak powracają.

         Temat dotyczy seksualności i porusza rzeczywisty dylemat moralny oraz religijny. W Listach św. Pawła czytamy: „Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie” (Rz 1,27). Słowa te wydają się przekazywać jednoznaczny osąd współżycia homoseksualnego. Jeśli tak, należałoby na nowo przemyśleć własny stosunek do osób LGBT.

          Trudność polega jednak na tym, że nie czuję się w tej kwestii w pełni wiarygodny. Nie potrafię wyobrazić sobie pociągu seksualnego do osoby tej samej płci. Co więcej, bliskość homoseksualna budzi we mnie naturalny dystans, a nawet odruch niechęci. Tym bardziej rodzi się pytanie: jaką postawę należy przyjąć wobec osób, które odczytują słowa Pawła inaczej albo żyją w sposób z nimi niezgodny?

          Można postawić kilka trudnych pytań:

Czy Apostoł Paweł mógł się mylić?

Czy literalne odczytywanie jego słów jest właściwe?

Czy kontekst historyczny i kulturowy wpływa na znaczenie tych wypowiedzi?

Czy Bóg wystawia człowieka na próbę, której sens nie zawsze potrafimy zrozumieć?

          Argumentacja osób LGBT zwykle nie sprowadza się jedynie do biologicznego popędu czy „doznań”. Dotyczy również potrzeby miłości, więzi, bliskości, trwałej relacji oraz prawa do życia w zgodzie z własną tożsamością. To sprawia, że problemu nie można zamknąć wyłącznie w prostych ocenach moralnych.

          Poruszany temat ujawnia wewnętrzny konflikt między literalnym odczytaniem słów św. Pawła a świadomością, że doświadczenia osób LGBT nie dają się łatwo sprowadzić do prostego potępienia. Powstaje więc pytanie: jak poradzić sobie z takim zmaganiem sumienia?

          Można przyjąć, że użyte przez Pawła słowo „zboczenie” jest wyrazem języka swojej epoki i dziś ma silnie stygmatyzujący wydźwięk. Nie musi być rozumiane jako obelga wobec człowieka, lecz jako moralna ocena określonych czynów w konkretnym kontekście historycznym. Warto pamiętać, że uczucia same w sobie nie rozstrzygają jeszcze o prawdzie etycznej. Człowiek może odczuwać dystans wobec czegoś, czego nie zna lub nie rozumie, a jednocześnie próbować zachować szacunek wobec drugiej osoby.

          Studiując Pismo Święte, można zauważyć, że w świecie starożytnym praktyki seksualne były często interpretowane inaczej niż współcześnie. Nierzadko miały związek z kultami religijnymi, nierządem sakralnym, relacjami władzy czy wykorzystaniem drugiego człowieka. Dlatego część współczesnych teologów uważa, że nie wszystkie wypowiedzi Pawła można bezpośrednio odnosić do dzisiejszego rozumienia trwałych relacji homoseksualnych opartych na wzajemności i odpowiedzialności.

          Aby pozostać w zgodzie z własnym sumieniem i jednocześnie nie zamykać się na drugiego człowieka, trzeba dostrzec jego przeżycia, cierpienia, lęki, pragnienia i potrzebę miłości. Są one równie realne jak nasze własne doświadczenia. Chrześcijaństwo nie polega jedynie na wydawaniu sądów, lecz także na próbie zrozumienia człowieka oraz niesieniu mu szacunku i współczucia.

          Według mojego rozeznania Bóg nie jest Istotą drobiazgowo rozliczającą człowieka z każdego szczegółu życia, lecz przede wszystkim Bogiem Miłości i Miłosierdzia. Być może bardziej zależy Mu na tym, w jaki sposób odnosimy się do innych ludzi — czy potrafimy okazać dobroć, wrażliwość i miłość wobec braci i sióstr — niż na samym uczestnictwie w ideologicznych sporach. Temat seksualności bardzo często staje się bowiem narzędziem politycznych i światopoglądowych konfrontacji, przez co łatwo zapomina się, że za każdym sporem stoi konkretny człowiek.

niedziela, 17 maja 2026

Nie wódź nas na pokuszenie


          Od lat wyrażałem swoje niezadowolenie wobec katechetycznej wersji Modlitwy Pańskiej (Ojcze Nasz). W ewangelicznym przekazie według św. Mateusza pojawiają się słowa: „i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale zachowaj nas od złego” (Mt 6,13), podczas gdy w katechezie utrwaliła się formuła: „i nie wódź nas na pokuszenie”. Długo próbowałem zrozumieć sens tej zmiany. Wydawało mi się bowiem, że słowo „wodzić” może sugerować, iż Bóg sam prowadzi człowieka ku złu lub staje się źródłem pokusy.

          Dopiero ponowne studium Listu do Rzymian zwróciło moją uwagę na słowa św. Pawła: „Dlatego wydał ich Bóg poprzez pożądania ich serc na łup nieczystości, tak iż dopuszczali się bezczeszczenia własnych ciał” (Rz 1,24). Apostoł wyraźnie wskazuje, że człowiek może zostać pozbawiony szczególnej ochrony i Łaski Bożej, jeśli świadomie odwraca się od dobra. Nie oznacza to jednak, że Bóg kusi do zła, lecz że dopuszcza, aby człowiek doświadczał konsekwencji własnych wyborów, słabości i pożądań.

          Podobną myśl odnajdujemy również w słowach Jezusa: „Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” (Mt 18,7). Człowiek jako istota biologiczna, wyniesiona jednocześnie do godności dziecka Bożego, żyje w nieustannym napięciu pomiędzy swoją naturą a powołaniem duchowym. Bez współdziałania z Łaską Bożą łatwo powraca do własnych instynktów, egoizmu i słabości.

          Łaska nie odbiera człowiekowi wolności, lecz uzdalnia go do przekraczania samego siebie. To ona pomaga człowiekowi zachować wrażliwość sumienia, zdolność miłości, przebaczenia i wyboru dobra. Bez niej człowiek może zatrzymać się jedynie na poziomie własnej biologiczności, podporządkowanej instynktom i doraźnym pragnieniom. W perspektywie chrześcijańskiej zbawienie nie jest więc wyłącznie owocem ludzkiego wysiłku, ale współpracą człowieka z Łaską Boga.

          Przez wiele lat, modląc się, świadomie używałem słów bliższych ewangelicznemu przekazowi. Po głębszym zrozumieniu sensu tych fragmentów mogę jednak bez wewnętrznego sprzeciwu powrócić również do tradycyjnej formuły katechetycznej. Rozumiem już bowiem, że nie mówi ona o Bogu kuszącym człowieka do zła, lecz o dramatycznej prawdzie ludzkiej wolności, która bez Bożej pomocy łatwo może ulec pokusie i zagubieniu.”