Także doktryna grzechu pierworodnego pokazuje, jak złożony bywa proces kształtowania chrześcijańskich przekonań. Jej podstawy wiążą się z biblijną opowieścią o Adamie i Ewie oraz z późniejszą interpretacją tej opowieści, szczególnie w tradycji Pawłowej i w teologii Augustyna. Jej dojrzała postać nie jest prostym powtórzeniem jednej wypowiedzi Jezusa, lecz rezultatem rozwoju refleksji teologicznej. Można zatem pytać, w jakim stopniu doktryna ta stanowi interpretację tekstów biblijnych, w jakim zaś odzwierciedla określone założenia antropologiczne i teologiczne, ukształtowane w konkretnych warunkach historycznych. Takie pytania nie muszą oznaczać automatycznego odrzucenia tradycji. Mogą natomiast pomóc oddzielić treść źródłowego przekazu od późniejszych sposobów jego rozumienia.
Im głębiej analizuję te zagadnienia, tym wyraźniej dostrzegam potrzebę oddzielenia przesłania Chrystusa od tych elementów historycznie ukształtowanej religijności, które mogą pozostawać z nim w napięciu. Mam na myśli nie tylko niektóre interpretacje tekstów biblijnych, lecz także struktury kapłańskie, mechanizmy instytucjonalnego autorytetu i odziedziczone oceny moralne, które nie zawsze poddawano wystarczająco krytycznej refleksji. Nie chodzi mi o odrzucenie judaizmu ani o przypisywanie jednej tradycji odpowiedzialności za późniejsze problemy chrześcijaństwa. Chodzi o uznanie, że każda religia rozwija się w określonym kontekście kulturowym i historycznym, a jej późniejsze formy nie są prostym odbiciem pierwotnego doświadczenia religijnego.
Chrześcijaństwo miało potencjał głębokiej odnowy duchowej i moralnej. Mogło stać się przestrzenią ponownego namysłu nad naturą Boga, godnością człowieka i odpowiedzialnością za drugiego człowieka. Mogło skłaniać do przezwyciężania lęku, przemocy i pragnienia dominacji, a także do odróżniania autentycznej wartości moralnej od zewnętrznego podporządkowania nakazom. W jego przesłaniu można dostrzec wezwanie do wewnętrznej wolności, która nie polega na dowolności, lecz na świadomym wyborze dobra. Tymczasem w różnych okresach historii chrześcijaństwo bywało sprowadzane do systemu nakazów, zakazów, rytuałów i doktryn, których przyjęcie stawało się ważniejsze niż samodzielne rozumienie ich sensu.
Wraz z rozwojem struktur kościelnych religia wchodziła w coraz ściślejsze związki z władzą polityczną, gospodarką i porządkiem społecznym. Przynosiło to zarówno pozytywne skutki, takie jak rozwój instytucji edukacyjnych, opieki nad potrzebującymi i kultury, jak i niebezpieczeństwa wynikające z połączenia autorytetu duchowego z interesami doczesnymi. Zdarzało się, że w imię obrony wiary usprawiedliwiano przemoc, prześladowania i przymus, a posłuszeństwo wobec instytucji stawiano ponad niezależnością sumienia. W takich sytuacjach szczególnie wyraźnie ujawniała się sprzeczność między głoszoną nauką o miłości i miłosierdziu a sposobem, w jaki niektórzy jej przedstawiciele traktowali innych ludzi.
W tym kontekście tytułowe „Chrześcijaństwo na sprzedaż” nabiera znaczenia wykraczającego poza dosłowny handel dobrami religijnymi czy finansowe wykorzystywanie wiary. Jest metaforą sytuacji, w której to, co święte, zostaje podporządkowane interesom doczesnym, a duchowe przesłanie staje się środkiem budowania wpływów, prestiżu i zależności. Religia może wówczas przypominać przedmiot targu, w którym wartość prawdy ustępuje miejsca potrzebie zachowania autorytetu, a troska o człowieka przegrywa z troską o trwałość instytucjonalnych struktur.
Najbardziej niepokojące jest to, że proces ten nie musi przybierać postaci jawnego oszustwa. Może rozwijać się stopniowo, pod osłoną dobrych intencji, przywiązania do tradycji i przekonania o konieczności ochrony wiary przed błędem. Wystarczy, że instytucja zacznie utożsamiać własne trwanie z dobrem religii, a krytykę jej decyzji będzie postrzegać jako zagrożenie dla samego przesłania. Wówczas obrona autorytetu może stać się ważniejsza niż poszukiwanie prawdy, a utrzymanie posłuszeństwa — ważniejsze niż kształtowanie dojrzałego sumienia.
Nie oznacza to, że całe chrześcijaństwo można sprowadzić do historii manipulacji i walki o władzę. Jego dzieje obejmują również niezliczone przykłady autentycznej wiary, poświęcenia, pomocy potrzebującym i odwagi w obronie godności człowieka. Właśnie dlatego niepokojące zjawiska wymagają rzetelnej analizy, a nie uproszczonego osądu. Nie można jednak pozwolić, by pozytywne aspekty historii służyły jako usprawiedliwienie dla jej ciemniejszych kart. Jeżeli religia uznaje się za strażniczkę prawdy, powinna być gotowa do uczciwego rozliczenia własnych błędów, a nie jedynie do ich wyjaśniania lub pomniejszania.
W mojej ocenie największym problemem nie jest samo istnienie doktryn, tradycji czy instytucji religijnych, lecz możliwość, że zaczynają one funkcjonować jako cele same w sobie. Wówczas człowiek może znać formuły wiary, uczestniczyć w praktykach religijnych i deklarować przywiązanie do Chrystusa, a jednocześnie nie dostrzegać zasadniczej sprzeczności między głoszonymi wartościami a własnym postępowaniem. Religijność staje się zewnętrzną przynależnością, zamiast być procesem wewnętrznej przemiany. Wierność określonej strukturze może wówczas zastępować wierność sumieniu, a obrona tradycji — refleksję nad tym, czy rzeczywiście prowadzi ona ku dobru.
Dlatego uważam, że prawdziwa odnowa chrześcijaństwa powinna rozpocząć się od powrotu do źródeł, ale nie rozumianego jako bezkrytyczne przyjmowanie każdej odziedziczonej interpretacji. Powrót ten powinien oznaczać ponowne, uczciwe odczytanie nauki Jezusa w świetle Ewangelii, wiedzy historycznej, refleksji filozoficznej i doświadczenia ludzkiego. Powinien również obejmować odwagę odróżniania tego, co rzeczywiście wynika z tekstów źródłowych, od tego, co zostało do nich dopowiedziane w toku wielowiekowego rozwoju teologii.
Nie oczekuję, że wszystkie pytania dotyczące Boga i religii znajdą jednoznaczne odpowiedzi. Być może niektóre z nich z natury pozostaną otwarte. Niepokoi mnie jednak sytuacja, w której sam akt zadawania pytań zostaje uznany za zagrożenie, a krytyczne myślenie traktuje się jako przejaw niewiary. Jeżeli prawda ma wyzwalać człowieka, jak głosi Ewangelia, nie powinna obawiać się uczciwego namysłu. A jeśli wiara ma prowadzić ku dojrzałości, nie powinna wymagać rezygnacji z rozumu ani bezwarunkowego podporządkowania się ludzkiemu autorytetowi.
Ostatecznie najważniejsze pozostaje dla mnie pytanie, czy w wielowiekowej historii chrześcijaństwa nie doszło do sytuacji, w której instytucje powołane do strzeżenia nauki Chrystusa niekiedy przesłaniały ją własnym autorytetem, a narzędzia służące jej przekazywaniu stawały się również narzędziami ograniczania jej interpretacji. Czy chrześcijaństwo nie utraciło części swojego pierwotnego potencjału, gdy zamiast koncentrować się na miłości, miłosierdziu i przemianie człowieka, zaczęło w niektórych swoich historycznych formach nadmiernie skupiać się na obronie doktrynalnych granic, instytucjonalnych interesów i odziedziczonych wyobrażeń?
Być może prawdziwym sprawdzianem autentyczności chrześcijaństwa nie jest stopień przywiązania do jego struktur ani bezwarunkowa akceptacja wszystkich sformułowanych w jego dziejach twierdzeń, lecz zdolność do realizowania wartości, które głosi. Nie wystarczy deklarować wiarę w Boga miłości, jeśli w praktyce odmawia się innym godności, nie wystarczy mówić o miłosierdziu, jeśli zastępuje się je potępieniem, i nie wystarczy powoływać się na Chrystusa, jeśli Jego imię służy uzasadnianiu działań sprzecznych z Jego nauką.
Dlatego „chrześcijaństwo na sprzedaż” rozumiem przede wszystkim jako ostrzeżenie przed każdą próbą zawłaszczenia tego, co duchowe, przez ludzkie interesy. Nie chodzi o to, by z góry odrzucić chrześcijaństwo ani zanegować jego historyczne znaczenie, lecz by odzyskać zdolność krytycznego odróżniania jego duchowego przesłania od tych elementów tradycji, które mogą być rezultatem ograniczeń ludzkiego poznania, historycznych uwarunkowań lub dążenia do władzy.
Być może właśnie w tym tkwi największa szansa na odnowę: nie w tworzeniu kolejnego systemu niepodważalnych twierdzeń, lecz w odwadze ponownego postawienia pytania o Boga, człowieka i prawdę. Nie w bezwarunkowej obronie każdej odziedziczonej formy religijności, lecz w gotowości do jej krytycznej oceny. Nie w utożsamianiu wiary z posłuszeństwem wobec instytucji, lecz w odpowiedzialnym poszukiwaniu tego, co prowadzi człowieka ku miłości, sprawiedliwości i wewnętrznej wolności.
Jeśli bowiem nauka Chrystusa ma zachować swoje znaczenie, nie może być jedynie przedmiotem kultu ani narzędziem legitymizowania autorytetu. Powinna pozostać żywym wezwaniem do przemiany człowieka i świata. A to wymaga nie tylko wiary, lecz także odwagi myślenia, uczciwości wobec historii i gotowości do zakwestionowania własnych przekonań. Dopiero wtedy można mieć nadzieję, że chrześcijaństwo nie będzie przede wszystkim broniło tego, co przez wieki wokół niego zbudowano, lecz ponownie skupi się na tym, co w przesłaniu Jezusa najważniejsze.
cdn.