Wczorajszy wpis o usprawiedliwieniu skłania mnie do dalszej refleksji nad znaczeniem uczynków oraz nad relacją dzieci ze starzejącymi się rodzicami. Pomijam tutaj przypadki całkowitego braku zainteresowania rodzicami, ponieważ same w sobie są już bolesnym świadectwem rozpadu więzi. Bardziej interesuje mnie sytuacja znacznie częstsza i zarazem trudniejsza do jednoznacznej oceny — sytuacja, w której dzieci troszczą się o swoich rodziców, zapewniają im bezpieczeństwo, godne warunki życia, opiekę medyczną i materialny byt, a mimo to pozostawiają w nich poczucie emocjonalnej pustki.
Współczesny człowiek bardzo często utożsamia miłość z działaniem. Jeśli ktoś wypełnia obowiązki, organizuje leczenie, pomaga finansowo czy dba o codzienne potrzeby, uznaje, że zrobił wszystko, co należało. Tymczasem starsi ludzie nierzadko oczekują czegoś zupełnie innego — obecności, rozmowy, cierpliwego wysłuchania i zwyczajnego zainteresowania. Dla człowieka znajdującego się u kresu życia czas poświęcony przez bliską osobę ma często większą wartość niż materialne zabezpieczenie. Można bowiem otoczyć kogoś opieką, a jednocześnie pozostawić go w głębokiej samotności.
To prowadzi do pytania o istotę samej miłości. Czym ona właściwie jest? Czy można ją sprowadzić do uczynków? Czyny są niewątpliwie ważne, lecz wydają się jedynie zewnętrznym wyrazem czegoś znacznie głębszego. Miłość obejmuje całe spektrum postaw, zachowań i relacji. Jest obecnością, empatią, uważnością i gotowością do trwania przy drugim człowieku także wtedy, gdy nie przynosi to żadnej korzyści ani wygody. Można bowiem wypełniać obowiązki z poczucia konieczności, a jednocześnie nie otwierać serca.
Szczególnie wyraźnie odczuwa się to w sytuacjach słabości i choroby. Sam doświadczam tego po przebytym udarze. Nie zawsze potrafię płynnie wyrażać swoje myśli. Zdarza się, że moje zacięcia, przerwy i trudności w mówieniu budzą zniecierpliwienie rozmówców. Często kończą za mnie zdania lub próbują odgadnąć sens moich słów, jakby chcieli przyspieszyć rozmowę i szybciej ją zakończyć. Problem polega jednak na tym, że ich słowa nie zawsze oddają to, co naprawdę chciałem powiedzieć. W takich chwilach szczególnie boleśnie odczuwa się znaczenie cierpliwego słuchania. Człowiek odkrywa wtedy, że największym wyrazem miłości nie muszą być wielkie deklaracje ani spektakularne czyny, lecz spokojna obecność i gotowość wysłuchania drugiej osoby do końca.
Refleksja nad miłością prowadzi jednak jeszcze dalej. Czy można kochać kogoś, kogo się nie widzi, jak Boga? Czy można kochać człowieka, którego ciało zostało naznaczone przez chorobę, cierpienia i upływ czasu? Współczesna kultura bardzo mocno koncentruje się na atrakcyjności, młodości i powierzchowności. Człowiek oceniany jest często przez pryzmat wyglądu, sprawności i zewnętrznego wizerunku. Tymczasem prawdziwa miłość zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się fascynacja powierzchownością.
Nietrudno spotkać ludzi, którzy nie odpowiadają współczesnym kanonom piękna, a mimo to emanują wzajemnym oddaniem i bliskością. Ich relacje pokazują, że miłość nie jest jedynie doświadczeniem estetycznym ani chwilowym zauroczeniem. Jest raczej porozumieniem dusz, duchową jednością, wzajemną akceptacją i zdolnością do trwania przy sobie mimo cierpienia, choroby i przemijania. Miłość, która przetrwa próbę czasu, odsłania swoją prawdziwą wartość właśnie wtedy, gdy zanika uroda, słabnie ciało i pojawiają się ograniczenia. Dopiero w takich chwilach okazuje się, czy człowiek kochał jedynie obraz drugiej osoby, czy naprawdę pokochał samego człowieka.