Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 20 września 2026

Świat może wydawać się „bajkowy”


          Po wieloletnich studiach, lekturze bogatej literatury oraz konfrontowaniu ze sobą różnych poglądów, interpretacji i ocen wyłania się pewien ogólny obraz religii i wiary. Kiedy zestawi się ze sobą treści zawarte w źródłach, tradycjach, przekazach historycznych oraz późniejszych interpretacjach, trudno oprzeć się wrażeniu, że obraz ten wymaga krytycznego spojrzenia.

          Wszystkie religie, choć w różny sposób i w różnym stopniu, wydają się nosić ślady ludzkiego przekształcania tego, co pierwotnie mogło być postrzegane jako prawda. To, co być może zaczynało się od poszukiwania sensu, próby zrozumienia rzeczywistości czy odpowiedzi na najważniejsze pytania człowieka, z czasem zostało ujęte w systemy doktryn, nakazów, zakazów i przekonań. W procesie tym nie sposób pominąć wpływu ludzi, ich ambicji, interesów, lęków, potrzeb oraz dążenia do sprawowania przewodnictwa nad innymi.

          Ograniczając się jedynie do religii chrześcijańskiej, z przykrością stwierdzam, że rzeczywistość historyczna była najprawdopodobniej znacznie bardziej złożona niż obraz przedstawiany w późniejszych przekazach religijnych. To, co dziś znamy jako ukształtowany system chrześcijańskiej wiary, nie powstało w jednej chwili ani nie było prostym i niezmiennym przekazem od samego początku. Było rezultatem długiego procesu, w którym splatały się ze sobą wiara, pamięć, interpretacja, polityka, kultura oraz ludzkie potrzeby.

          Najbliższe prawdy wydaje mi się więc stwierdzenie, że wszystko, co dotyczy tej religii, jest w pewnym sensie obrazem namalowanym przez ludzi – obrazem tworzonym, poprawianym i dostosowywanym do potrzeb kolejnych pokoleń oraz do warunków, w których rozwijały się wspólnoty religijne. Wraz z upływem czasu poszczególne wydarzenia otrzymywały nowe znaczenia, przekazy były interpretowane na nowo, a pewne treści utrwalano, inne zaś pomijano lub odsuwano na dalszy plan.

          Nie oznacza to jednak, że za tym wszystkim nie mogło kryć się autentyczne doświadczenie duchowe czy szczere poszukiwanie prawdy. Wręcz przeciwnie – być może właśnie dlatego rozdzielenie pierwotnego doświadczenia człowieka od późniejszych konstrukcji religijnych jest tak trudne, ale jednocześnie tak potrzebne. Człowiek może bowiem przeżywać coś autentycznego, a następnie próbować opisać to za pomocą języka, pojęć i symboli dostępnych w jego epoce. Z czasem opis może zacząć żyć własnym życiem i zostać uznany za samą rzeczywistość.

          Być może największym problemem nie jest więc sama wiara, lecz przekonanie, że człowiek posiada wyłączność na prawdę i może ją zamknąć w określonych dogmatach, księgach czy instytucjach. Historia pokazuje bowiem, że wszędzie tam, gdzie pojawia się człowiek, pojawia się również interpretacja, a wraz z nią możliwość zniekształcenia tego, co pierwotnie miało być poszukiwaniem prawdy.

          Dlatego po latach studiów coraz trudniej przyjmować religijne przekazy wyłącznie na zasadzie wiary i autorytetu. Potrzebne stają się pytania, porównywanie źródeł, krytyczne myślenie i gotowość do zakwestionowania również tego, co przez wieki uznawano za niepodważalne. Być może dopiero wtedy można rozpocząć rzeczywiste poszukiwanie prawdy – prawdy wolnej od ludzkich ambicji, interesów i potrzeby podporządkowania sobie innych.

          Odpowiedzi na wiele z tych pytań warto jednak szukać nie tylko w księgach i historycznych przekazach, lecz również w samej rzeczywistości. To ona jest sceną, na której możemy obserwować niezwykłe rozwiązania, jakie powstały bez udziału ludzkiego projektanta. Przyroda nieustannie dostarcza przykładów struktur i mechanizmów, których poznanie inspiruje człowieka do tworzenia nowych technologii.

          Uczeni i inżynierowie wielokrotnie czerpali z rozwiązań występujących w świecie przyrody. Analizowali kształty, powierzchnie, sposoby poruszania się organizmów, konstrukcję tkanek, przepływ płynów czy sposoby gospodarowania energią. W wielu przypadkach okazuje się, że rozwiązania obecne w przyrodzie są niezwykle oszczędne, funkcjonalne i dostosowane do warunków, w których muszą działać. Biomimetyka – naśladowanie rozwiązań występujących w naturze – jest jednym z przykładów tego, jak poznawanie rzeczywistości może prowadzić człowieka do rozwiązań, których wcześniej sam nie potrafił wymyślić.

          Wystarczy przyjrzeć się bliżej budowie skrzydeł ptaków, płetw ryb, konstrukcji pajęczej sieci, sposobowi poruszania się owadów, strukturze kości czy właściwościom powierzchni liści. W świecie przyrody można znaleźć rozwiązania, które z punktu widzenia człowieka wydają się niemal niewiarygodnie precyzyjne. Nie oznacza to jeszcze, że nauka potwierdza określoną religijną interpretację tych zjawisk. Jest to jednak powód do zadziwienia i do stawiania pytań o naturę samej rzeczywistości.

          Im więcej poznajemy, tym bardziej okazuje się, że świat nie jest prostym zbiorem przedmiotów, lecz niezwykle złożonym systemem zależności. Prawa fizyki, chemii i biologii pozwalają opisywać procesy zachodzące w skali od najmniejszych cząstek po ogromne struktury kosmiczne. Z kolei rozwój nauki nieustannie pokazuje, jak niewielka jest część rzeczywistości, którą rzeczywiście rozumiemy.

          Można więc patrzeć na świat na dwa sposoby. Można próbować podporządkować go wcześniej przyjętej doktrynie i szukać w nim potwierdzenia własnych przekonań. Można też rozpocząć drogę w przeciwnym kierunku: najpierw obserwować, badać i poznawać, a dopiero później formułować wnioski. Ta druga droga wymaga większej pokory, ponieważ pozostawia miejsce na niewiedzę, zmianę poglądów i odkrycie, że rzeczywistość może być zupełnie inna, niż wcześniej sądziliśmy.

          W tym sensie świat może rzeczywiście wydawać się „bajkowy” – nie dlatego, że jest nierzeczywisty, lecz właśnie dlatego, że jego rzeczywista złożoność, różnorodność i piękno przekraczają często ludzką wyobraźnię. Najbardziej niezwykłe historie nie muszą być zapisane w dawnych księgach. Można je odnaleźć w budowie komórki, w narodzinach gwiazdy, w ewolucji życia, w strukturze materii czy w ogromie kosmosu.

          Być może więc prawdziwe poszukiwanie Stwórcy nie powinno zaczynać się od przekonania, że znamy już Jego wolę, zamiary i oczekiwania. Powinno raczej prowadzić przez uważne poznawanie świata takim, jaki jest naprawdę. Jeśli bowiem u podstaw istnienia świata kryje się jakiś głębszy zamysł, to jego śladów należałoby szukać przede wszystkim w samym dziele stworzenia – w jego prawach, harmonii, złożoności i niezwykłości – a nie jedynie w ludzkich opowieściach, interpretacjach i wyobrażeniach na jego temat.

          W takim ujęciu nauka i duchowe poszukiwanie prawdy nie muszą być swoimi przeciwieństwami. Nauka pozwala pytać „jak?”, badać zależności, sprawdzać hipotezy i oddzielać wiedzę od przypuszczeń. Filozofia może pytać „dlaczego?”, a refleksja duchowa może stawiać pytania o sens, istnienie i miejsce człowieka w świecie. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy którąkolwiek z tych dróg próbuje się zamknąć w dogmacie i uznać, że wszystkie odpowiedzi zostały już raz na zawsze udzielone.

          Być może zatem największą wartością nie jest posiadanie gotowej odpowiedzi, lecz zachowanie odwagi, aby nieustannie zadawać pytania. Prawda, jeśli rzeczywiście istnieje, nie powinna bać się pytań, badań ani krytycznego myślenia. Nie potrzebuje również przymusu, autorytetu ani strachu, aby ją podtrzymywać.

          Dlatego ostatecznie warto pozostawić sobie otwartą drogę: między wiarą a niewiarą, między tym, co już poznaliśmy, a tym, czego jeszcze nie rozumiemy. Człowiek nie musi wybierać pomiędzy bezkrytycznym przyjęciem religijnego przekazu a całkowitym odrzuceniem wszystkiego, co duchowe. Może przyjąć postawę poszukującego – obserwować, badać, porównywać, wątpić i zachwycać się tym, co odkrywa.

          Być może właśnie w takim podejściu kryje się najuczciwsza forma poszukiwania prawdy: nie w przekonaniu, że już ją posiadamy, lecz w gotowości, by pozwolić rzeczywistości nieustannie nas zaskakiwać.

 

sobota, 19 września 2026

Ewangelia Tomasza


          Ewangelia Tomasza to jeden z najważniejszych tekstów związanych z wczesnym chrześcijaństwem, choć nie należy do kanonu Nowego Testamentu. Jest zatem tekstem apokryficznym, czyli niekanonicznym – nie został włączony do Nowego Testamentu.

          Na pytanie, czy Ewangelia Tomasza jest dziełem gnostyckim, nie można udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Tekst zawiera elementy kojarzone z gnostycyzmem, zwłaszcza nacisk na poznanie (gnosis), jednak nie przedstawia wprost całego zespołu poglądów charakterystycznych dla późniejszych systemów gnostyckich. Dlatego współcześni badacze często unikają prostego określania jej mianem „ewangelii gnostyckiej”.

          Ewangelia Tomasza jest bardzo ważnym źródłem do badań nad wczesnym chrześcijaństwem i różnorodnością poglądów chrześcijańskich w pierwszych wiekach. Dla osób poszukujących historycznych informacji o Jezusie stanowi interesujący materiał porównawczy z innymi tekstami wczesnochrześcijańskimi. Nie oznacza to jednak, że zawarte w niej wypowiedzi można automatycznie uznać za autentyczne słowa historycznego Jezusa.

          Pełny tekst Ewangelii Tomasza odnaleziono w 1945 roku w Nag Hammadi w Egipcie, w zbiorze koptyjskich rękopisów. Sam utwór powstał wcześniej. Jego datowanie pozostaje przedmiotem dyskusji – część badaczy umieszcza jego ostateczną redakcję w II wieku, inni dopuszczają możliwość, że niektóre zawarte w nim tradycje lub powiedzenia sięgają I wieku. Tekst zachował się w języku koptyjskim, ale wcześniej znane były również fragmenty greckie, odnalezione w Oxyrhynchus, w starożytnym mieście w środkowym Egipcie położone około 160 km na południowy zahód Kairu.

          Autorstwo przypisuje się Apostołowi Tomaszowi, jednak nie ma pewności, czy rzeczywiście był on autorem tekstu. Imię Tomasza należy przede wszystkim do tradycji związanej z przypisywaniem mu tego dzieła.

          Ewangelia Tomasza jest zbiorem 114 wypowiedzi (logiów) przypisywanych Jezusowi. Nie jest typową opowieścią o jego życiu – prawie nie ma w niej narracji, opisów cudów, ukrzyżowania czy zmartwychwstania. W przeciwieństwie do czterech Ewangelii kanonicznych – Mateusza, Marka, Łukasza i Jana – tekst skupia się przede wszystkim na słowach Jezusa, jego naukach i przypowieściach.

Centralnym motywem jest poznanie – odkrycie prawdy o sobie i o rzeczywistości. Jezus często przedstawiany jest jako nauczyciel przekazujący tajemnicze, symboliczne lub paradoksalne wypowiedzi. Już początek tekstu sugeruje, że właściwe zrozumienie słów Jezusa prowadzi do szczególnego rodzaju poznania i przezwyciężenia śmierci.

          Odkrycie Ewangelii Tomasza stało się ważne również dla badań nad hipotetycznym  «źródłem Q», które według jednej z najważniejszych teorii dotyczących powstania Ewangelii Mateusza i Łukasza miało być zbiorem wypowiedzi Jezusa wykorzystywanym przez obu ewangelistów.

          Nie można jednak powiedzieć, że odkrycie Ewangelii Tomasza „udowodniło” istnienie źródła «Q». Pokazało natomiast, że wczesnochrześcijańska literatura rzeczywiście mogła przyjmować formę zbiorów wypowiedzi Jezusa bez rozbudowanej narracji o jego życiu. W związku z tym część badaczy rozważa możliwość, że Ewangelia Tomasza i hipotetyczne źródło «Q» mogą być świadectwami podobnych tradycji lub że Ewangelia Tomasza mogła korzystać z tradycji związanych z «Q». Nie ma jednak w tej kwestii zgody naukowej.

          W filmie "Stygmaty" Ewangelia Tomasza została przedstawiona w sposób charakterystyczny dla spiskowej interpretacji historii Kościoła. W filmie sugeruje się, że Kościół katolicki miał ukrywać treść Ewangelii Tomasza, ponieważ miała ona podważać podstawy oficjalnej wiary. W kilku scenach filmu cytowane są słowa przypisywane Ewangelii Tomasza: „Jezus rzekł: Królestwo Boże jest w was i wokół was. Nie w domach z drewna i kamienia. Rozłup kawałek drewna, a będę tam, podnieś głaz, a znajdziesz mnie”. W rzeczywistości jest to filmowa kompilacja i parafraza fragmentów logionów 3 i 77. Ewangelia Tomasza nie zawiera dokładnie zdania: „Nie w domach z drewna i kamienia”. Film nadaje więc tekstowi znaczenie odpowiadające jego fabule. Ważne jest również, że Ewangelia Tomasza nie jest po prostu „ukrywanym przez Kościół” tekstem. Jej koptyjski rękopis został odnaleziony w XX wieku, ale fragmenty greckiego tekstu były znane uczonym już wcześniej. Sam fakt, że dzieło nie znalazło się w kanonie Nowego Testamentu, nie oznacza, że jego treść była całkowicie nieznana starożytnym chrześcijanom.

Najważniejsze cytaty (logia)

Logion 1   „Kto odnajdzie znaczenie tych słów, nie zakosztuje śmierci”.

Logion 2 „Niech ten, który szuka, nie ustaje w poszukiwaniu, aż znajdzie. I gdy znajdzie, zadrży, a jeśli zadrży, będzie się dziwił i będzie panował nad Pełnią”.

Logion 3  „Królestwo jest wewnątrz was i wokół was. Kiedy poznacie samych siebie, zrozumiecie, że jesteście dziećmi Ojca żywego. Jeśli nie znacie samych siebie, żyjecie w ubóstwie”. Logion ten należy do najbardziej charakterystycznych fragmentów Ewangelii Tomasza. Łączy motyw Królestwa z poznaniem samego siebie. Warto jednak zaznaczyć, że poszczególne polskie przekłady mogą różnić się między sobą.

Logion 7  „Szczęśliwy lew, którego zje człowiek. I lew stanie się człowiekiem. Przeklęty człowiek, którego zje lew. I człowiek stanie się lwem”. Jest to jeden z najbardziej zagadkowych logiów. Można go interpretować symbolicznie, ale tekst nie podaje jednoznacznego wyjaśnienia jego znaczenia.

Logion 13  Rzekł Jezus uczniom swoim: „Porównajcie i powiedzcie mi, kogo przypominam?”. Powiedział Mu Szymon Piotr: „Jesteś podobny do sprawiedliwego anioła”. Powiedział Mu Mateusz:„Jesteś podobny do człowieka, który miłuje wiedzę i jest rozumny”. Powiedział Mu Tomasz: „Nauczycielu, moje usta nie są w stanie powiedzieć, do kogo jesteś podobny”.

Rzekł Jezus: „Ja nie jestem twoim nauczycielem, ponieważ wypiłeś i napoiłeś się ze źródła kipiącego, które ja odmierzyłem”. I wziął go na bok i powiedział mu trzy słowa. Gdy zaś Tomasz przyszedł do swoich przyjaciół, zapytali go: „Co Jezus ci powiedział?”

Rzekł im Tomasz:„Jeśli wam powiem jedno ze słów, które mi powiedział, podniesiecie kamienie, aby rzucić we mnie, a ogień wyjdzie z kamieni, aby was spalić”. Logion ten jest szczególnie interesujący, ponieważ Tomasz otrzymuje od Jezusa tajemnicze „trzy słowa”, których nie przekazuje pozostałym uczniom. Fragment ten wzmacnia obraz Tomasza jako ucznia posiadającego szczególne poznanie.

Logion 18  „Szczęśliwi jesteście, gdy poznacie początek. Wtedy poznacie koniec i nie zakosztujecie śmierci”.

Logion 22  „Kiedy uczynicie dwoje jednym (...) wtedy wejdziecie do Królestwa”.

Motyw „uczynienia dwojga jednym” jest jednym z charakterystycznych elementów symboliki Ewangelii Tomasza. Może odnosić się do przezwyciężenia przeciwieństw i osiągnięcia stanu jedności.

Logion 24  „Jest światłość wewnątrz człowieka światłości i ona oświetla cały świat”.

Logion 57  „Kto poznał świat, znalazł trupa, a kto znalazł trupa, świat nie jest go wart”.

Logion 70  „Jeśli wydobędziecie z siebie to, co jest w was, to, co macie w sobie, zbawi was. Jeśli nie wydobędziecie tego z siebie, to, czego nie macie w sobie, was zniszczy”.

Logion 77  „Ja jestem światłością, która jest nad wszystkimi. Ja jestem wszystkim. Ze mnie wszystko wyszło i do mnie wszystko powróci”.

Logion 77 jest szczególnie ważny dla interpretacji Ewangelii Tomasza. Jezus zostaje w nim przedstawiony w języku bardzo szerokim i kosmicznym – jako światłość oraz źródło wszystkiego.

Logion 97  Jezus powiedział: „Królestwo [Ojca] jest jak kobieta, która niosła [dzban] pełen mąki. Idąc [po] dalekiej drodze, rączka dzbana złamała się i mąka wysypywała się za nią na drogę. Nie wiedziała o tym. Kiedy dotarła do domu, postawiła dzban i stwierdziła, że jest pusty”. Przypowieść ta jest interesująca między innymi dlatego, że jej sens nie jest oczywisty. Królestwo Boże zostaje porównane do sytuacji, w której coś istotnego zostaje utracone, a bohaterka opowieści przez długi czas nie jest tego świadoma.

Logion 109  Jezus powiedział: „Królestwo [Ojca] jest jak człowiek, który miał skarb ukryty na swoim polu, ale o nim nie wiedział. A gdy umarł, zostawił go swojemu synowi. Syn również o nim nie wiedział. Przejął pole i je sprzedał. Kupujący zaczął orać, [odkrył] skarb i zaczął pożyczać pieniądze na procent każdemu, komu chciał”.

Logion ten można odczytywać jako obraz ukrytej rzeczywistości, której człowiek nie dostrzega, mimo że znajduje się ona bardzo blisko niego. Motyw ukrytego skarbu dobrze współgra z głównym tematem Ewangelii Tomasza – poznaniem tego, co już istnieje, ale pozostaje niewidoczne.

Logion 113  Uczniowie powiedzieli Mu: „Kiedy przyjdzie królestwo?”

Jezus powiedział:  „Nie przyjdzie przez oczekiwanie. Nie powiedzą: «Oto tutaj!» ani «Oto tam!». Lecz królestwo Ojca jest rozprzestrzenione po całej ziemi, a ludzie go nie widzą”.  To jedno z najbardziej znanych zdań Ewangelii Tomasza.

Sens logionu można odczytać jako wskazanie, że Królestwo Boże nie jest przede wszystkim wydarzeniem zewnętrznym, które dopiero nastąpi, lecz rzeczywistością już obecną – choć pozostającą niewidoczną dla człowieka, który nie potrafi jej dostrzec. W tym sensie Ewangelia Tomasza przedstawia Królestwo nie tylko jako przyszłe wydarzenie, ale również jako rzeczywistość, którą można odkryć poprzez właściwe poznanie. Jest to jedna z najważniejszych cech odróżniających ten tekst od wielu innych wczesnochrześcijańskich sposobów przedstawiania nauczania Jezusa.

piątek, 18 września 2026

List ks. M. W. Lemańskiego do pana Nawrockiego


          List ks. Michała, Wojciecha Lemańskiego do pana Nawrockiego opublikowany na FC w dniu 02.09.2026.

 

Panie Nawrocki

          "A mogłeś pan milczeć. Wszak był pan kiedyś szefem Instytutu Pamięci Narodowej. Z pewnością wie pan o Litwinach z wioski Dubinki wymordowanych przez polskich nacjonalistów. I o Białorusinach, kobietach i dzieciach wymordowanych przez Burego i jego ludzi w Zaniach, Puchałach Starych, Zaleszczanach, Szpakach czy Końcowiźnie.

          Słyszał pan o tysiącach Ukraińców, kobiet i dzieci wymordowanych przez Polaków w Pawłokomie, Sahryniu, Wierzchowinach, Piskorowicach, Gorajcu i innych ukraińskich wioskach. A o Żydach mam panu przypomnieć? Tych zamordowanych w Szczuczynie, Wąsoszu, Radziłowie, Jedwabnem, w lesie pod Bzurami, w Rajgrodzie, Goniadzu...  Że o powojennych Kielcach wspomnę na końcu. Tym zamordowanym już nijak pomóc nie możemy. Pamiętać, pokłonić się ich mogiłom, przypomnieć tamte zbrodnie jako przestrogę dla kolejnych pokoleń. A pan i jego otoczenie, tyle dziesiątek lat po wojnie, rozdzieracie zabliźnione rany i szczujecie jednych na drugich.  Wstyd mi za was. Wasze imiona okryły się hańbą.

I takimi zostaniecie zapamiętani. Niestety nie tylko w Polsce."

 

ks. Michał Wojciech Lemański

czwartek, 17 września 2026

Tajemnice najstarszej wiedzy budowlanej


          Rozważając niezwykłe budowle pozostawione przez dawne społeczności — Puma Punku, Tiwanaku, piramidy w Gizie, Stonehenge, monumentalne grobowce megalityczne, a także Göbekli Tepe w Boliwii — trudno oprzeć się wrażeniu, że patrzymy na fragment znacznie większej historii, której pełnego obrazu wciąż nie potrafimy odtworzyć.

          Istnieją hipotezy, według których niektóre z tych konstrukcji mogą być znacznie starsze, niż przyjmuje obecnie główny nurt archeologii. W przypadku Puma Punku pojawiają się sugestie przesuwające jego początki nawet w okolice 15 tysięcy lat przed Chr., natomiast w odniesieniu do piramid w Gizie — a szczególnie Wielkiej Piramidy — niektóre teorie alternatywne proponują daty sięgające nawet 10 tysięcy lat przed Chr. Trzeba jednak podkreślić, że są to hipotezy kontrowersyjne i nie znajdują obecnie potwierdzenia w powszechnie akceptowanych badaniach archeologicznych.

          Gdyby jednak w przyszłości niezależne badania wykazały, że niektóre monumentalne konstrukcje rzeczywiście powstały znacznie wcześniej, niż obecnie sądzimy, obraz pradziejów musiałby ulec zasadniczej zmianie. Oznaczałoby to bowiem, że monumentalna architektura — wymagająca zaawansowanej organizacji pracy, planowania, transportu ciężkich materiałów i precyzyjnej obróbki kamienia — pojawiła się znacznie wcześniej, niż zakłada obecny model rozwoju społeczności ludzkich.

          Samo pytanie o wiek tych budowli jest jednak interesujące niezależnie od tego, czy alternatywne datowania okażą się prawdziwe. Prowadzi bowiem do bardziej fundamentalnej kwestii: skąd ich twórcy czerpali wiedzę i jak długo mogła ona rozwijać się przed powstaniem samych monumentów?

          Każda wielka budowla jest przecież końcem pewnego procesu. Zanim pierwszy kamień został ustawiony, ktoś musiał już wiedzieć, jak go wydobyć, przetransportować, obrobić, dopasować i umieścić we właściwym miejscu. Wiedza pozwalająca tego dokonać musiała mieć własną historię — być może znacznie starszą niż kamienie, które są dziś jej niemym świadectwem.

          Warto więc cofnąć się jeszcze dalej, do czasów sprzed dziesięciu tysięcy lat przed Chr., i zastanowić się, co właściwie wiemy o ludziach, którzy żyli w tamtej epoce.

          Nasza wiedza jest niewątpliwie fragmentaryczna, ale obraz pradziejów w ostatnich dziesięcioleciach uległ ogromnej zmianie. Coraz wyraźniej widać, że społeczności zamieszkujące świat u schyłku epoki lodowcowej nie były jedynie niewielkimi grupami wędrownych łowców i zbieraczy, pozbawionymi trwałych struktur społecznych czy bardziej złożonych umiejętności.

           Około 10 tysięcy lat przed Chr. ludzkość znajdowała się na progu wielkiej przemiany. Klimat stawał się cieplejszy, ustępowały lodowce, a wraz z nimi zmieniały się środowisko, roślinność i dostępność pożywienia. W różnych częściach świata ludzie zaczynali coraz częściej pozostawać w jednym miejscu, tworzyć większe skupiska oraz rozwijać nowe sposoby zdobywania i przechowywania żywności.

          Proces ten prowadził ostatecznie do rozwoju rolnictwa i coraz bardziej osiadłych społeczności, a wiele tysięcy lat później — do powstania pierwszych państw i cywilizacji.

          Jednak szczególnie interesujące jest to, że monumentalna architektura pojawia się bardzo wcześnie — niemal na samym początku tej wielkiej przemiany.

          Najbardziej niezwykłym przykładem jest Göbekli Tepe na terenie dzisiejszej Turcji. Najstarsze monumentalne konstrukcje tego stanowiska datowane są na około 9600 r. przed Chr. Powstały więc w czasach, które tradycyjnie kojarzono raczej z niewielkimi społecznościami łowiecko-zbierackimi niż z grupami zdolnymi do realizowania wielkich i skomplikowanych przedsięwzięć budowlanych.

          A jednak w Göbekli Tepe odnajdujemy potężne kamienne filary, niektóre ważące wiele ton, starannie obrobione i ozdobione przedstawieniami zwierząt. Ich ustawienie nie było przypadkowe. Wymagało planowania, współpracy, transportu materiału oraz znajomości właściwości kamienia.

          Niezależnie od tego, jak dokładnie interpretujemy funkcję tego miejsca, jedno wydaje się szczególnie istotne: człowiek epoki kamienia posiadał zdolności organizacyjne i techniczne, które jeszcze do niedawna przypisywano przede wszystkim znacznie późniejszym społeczeństwom.

          I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które może mieć znaczenie dla całej historii monumentalnej architektury. Jeżeli około 9600 r. przed Chr. ludzie byli już zdolni do wznoszenia tak wymagających konstrukcji, to jak długa była droga, która doprowadziła ich do tego poziomu? Czy umiejętności te powstały stosunkowo szybko, czy też były rezultatem doświadczeń gromadzonych przez wiele wcześniejszych pokoleń?

          Problem polega na tym, że im dalej cofamy się w czasie, tym mniej śladów pozostaje. Jeżeli społeczności sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy lat budowały przede wszystkim z drewna, trzciny, skóry, gliny lub innych materiałów organicznych, większość ich dzieł mogła po prostu zniknąć. Przetrwały przede wszystkim te wykonane z kamienia — a i one często pozostają dziś jedynie fragmentami pierwotnych konstrukcji.

          Dlatego obraz pradziejów, który widzimy, może przypominać oglądanie pojedynczych stron wyrwanych z dawno zaginionej księgi. Nie wiemy, ile stron znajduje się pomiędzy tymi, które udało nam się odnaleźć.

          Nie oznacza to jednak, że powinniśmy automatycznie zakładać istnienie nieznanej, wysoko rozwiniętej cywilizacji. Na obecnym etapie nie ma wystarczających dowodów, aby takie twierdzenie uznać za fakt. Możliwe, że podobne osiągnięcia powstawały niezależnie w różnych społecznościach. Możliwe również, że wiedza była stopniowo przekazywana i rozwijana, a czasami tracona, by później zostać odkryta na nowo.

          Ta druga możliwość jest szczególnie fascynująca, ponieważ historia człowieka nie musiała być prostą linią prowadzącą od prostych narzędzi do coraz bardziej zaawansowanych cywilizacji. Mogła przypominać raczej ciąg wzlotów i upadków, migracji, eksperymentów, zapomnianych doświadczeń oraz ponownych odkryć.

 

          W takim ujęciu Göbekli Tepe nie musi być początkiem monumentalnej architektury. Może być jedynie najstarszym znanym nam fragmentem znacznie dłuższej historii.

          Co zatem znajdowało się przed Göbekli Tepe? Czy istniały wcześniejsze społeczności, których ślady wciąż czekają na odkrycie? Czy rozwijały się tradycje budowlane, których pozostałości uległy zniszczeniu? Czy też człowiek osiągnął zdolność do monumentalnego budowania niezależnie w kilku różnych miejscach świata?

          Na tle tych pytań warto patrzeć również na późniejsze dzieła — megality Europy, piramidy w Gizie, monumentalne konstrukcje Andów czy Puma Punku w Boliwii. Nie muszą być ze sobą bezpośrednio związane, a ich powstanie dzielą tysiące lat. Nie ma też podstaw, by zakładać istnienie jednej, wspólnej tradycji łączącej wszystkie te miejsca.

          Łączy je jednak coś bardziej podstawowego: świadectwo niezwykłej zdolności człowieka do organizowania pracy, przekształcania ogromnych bloków kamienia i tworzenia konstrukcji, które miały przetrwać znacznie dłużej niż ich twórcy.

          Być może więc największą tajemnicą nie jest samo pytanie, kto zbudował konkretny monument. Znacznie ciekawsze może okazać się to, jak długo człowiek rozwijał wiedzę potrzebną do jego wzniesienia, zanim pozostawił po sobie pierwszy ślad, który możemy dziś odnaleźć.

          Każda znana nam budowla jest bowiem tylko punktem na końcu znacznie dłuższej drogi.

          A gdzie znajdował się jej początek? Tego wciąż nie wiemy.

środa, 16 września 2026

Kto raz zachwyci się Bogiem


          Odnalazłem mój wpis na blogu „Wiara Rozumna” z dnia 23 marca 2011 roku. zatytułowany: "Tytułem wstępu". Sam jestem ciekaw, czy przez te piętnaście lat moje poglądy uległy zmianie, a jeśli tak, to w jakim stopniu?

          Piętnaście lat to wystarczająco dużo czasu, aby człowiek zmienił niektóre poglądy, zweryfikował wcześniejsze przekonania, ale też utwierdził się w tym, co uznał za ważne i prawdziwe. Dlatego jestem sam ciekaw tej konfrontacji z własnym tekstem sprzed lat. Czy odnajdę w nim siebie z dzisiaj, czy raczej człowieka, który dopiero szukał odpowiedzi na wiele pytań?

          Po lekturze jestem zaskoczony, ponieważ nie znalazłem oczekiwanych różnic. Okazało się, że moje ówczesne poglądy w dużej mierze pozostały takie same. Dlatego, po drobnej korekcie, przytoczę ten wpis w całości.

Oto retrospekcja.

          Przez pojęcie „wiary rozumnej” (filozoteizm) rozumiem ogląd wszystkich aspektów religijnych pod kątem znanych praw przyrody, logiki i podejścia filozoficznego. „Wiara rozumna” różni się od czystej filozofii tym, że dopuszcza pojęcia i zjawiska transcendentne oraz wiarę w istnienie Stworzyciela świata. Ważnym instrumentem jest zdroworozsądkowe podejście do religii. Zjawiska nadprzyrodzone (cuda, znaki) nie są odrzucane, ale przyjmowane z dużą ostrożnością i sceptycyzmem. „Wiara rozumna” opiera się na tezie, że Bóg nie może zbyt często łamać praw, które sam ustanowił.

          Wiara jest dobrowolnym przyjęciem pewnej wiedzy, którą uznajemy za prawdziwą. Wiedza zawsze wyprzedza wiarę. Jeżeli ma się zaufanie do źródła, nabyta wiedza staje się własnością odbiorcy. Człowiek integruje się z nią. Przekonany o jej słuszności będzie jej bronił. Naturalną tarczą obronną staje się wówczas źródło tej wiary.

          Wszystko jest dobrze, dopóki ktoś nie podważy źródła wiary. Jedni będą zaskoczeni, ale zdolni do zmiany optyki, inni zaś będą jej fanatycznie bronić.

          Z fanatyzmem nie dyskutuję, bo nie ma to sensu. Natomiast nowe ujęcie wiary rozumnej powinno prowokować do zadawania pytań. Aby odpowiedź była wiarygodna, należy podeprzeć się wieloma źródłami (nauką, filozofią, teologią...). Choć mogą być one jedynie poszlakowe, to jednak wraz z ich liczbą i wzajemnym potwierdzaniem nabierają wiarygodności.

          Można postawić pytanie: co jest najczęściej źródłem wiary? Na pierwszym miejscu będzie przekaz rodzinny. Na tym etapie kształtuje się w człowieku religijność. Mały człowiek poznaje, że istnieje coś dziwnego: nie widać, a jest. Dziecko wierzy rodzicom. Przyjmuje wiarę rodziców bezkrytycznie (moralność heteronomiczna).

          Drugim źródłem wiary jest katecheza. Za nią stoją takie autorytety jak kapłan, katecheta i Kościół. Najczęściej autorytet nauczycieli jest wysoki (dzisiaj nie podzielam tej tezy). Ich przekaz zostaje dołączony do wiary rodzinnej. Na tym etapie dochodzi do pierwszych zgrzytów. Na przykład rodzice mówią dziecku, że tatusia urodziła babcia, a katecheta przekonuje, że tatę stworzył Bóg. Dziecko dokonuje wyboru źródła. Wyraża pogląd, że jedna z tych informacji jest kłamstwem.

          Wraz z wiekiem dziecka pojawiają się własne pytania. Rozum podpowiada, że nie wszystkie przekazy są zdroworozsądkowe. Coś tu nie gra. Komu wierzyć? Gdzie jest Prawda?

          Niektórzy sięgają po Pismo Święte. Brak przygotowania merytorycznego powoduje, że odczytują je przeważnie literalnie, przez co rozumieją je opacznie. Na tym etapie można się załamać. Obraz Boga starotestamentalnego jest inny niż obraz Boga nowotestamentalnego. Rozbieżność ta może powodować, że wiara zaczyna słabnąć.

          Niektórzy zadają pytania. Ci, którzy rozumem próbują zrozumieć katechezę, mają wątpliwości. W przekazie katechetycznym jest tak wiele trudnych do przyjęcia zdarzeń. Wiele z nich nie mieści się w zdroworozsądkowym oglądzie rzeczywistości.

          Aby pojąć i zrozumieć, trzeba zacząć wszystko od początku — fenomenologicznie, bez obciążeń. Zawierzyć głównie własnemu rozumowi i odczuciu (intuicji). Rozum będzie ostatecznym decydentem naszej wiary.

          W moim przypadku bardzo pomogła mi znajomość praw przyrody. Narzędziem rozumowania była logika.

          To, co mogę zbadać sam, to bezpośredni ogląd wszystkiego, co się wokół mnie dzieje. Świat nie tylko istnieje, ale jest piękny, logiczny i zorganizowany. Cała rzeczywistość nosi w sobie mniej lub bardziej wyraźne ślady Stwórcy. Dostrzega się w niej pewną koncepcję, pewną myśl. Zjawiska fizyczne można ująć we wzory matematyczne. Pierwszy wniosek, jaki się nasuwa, jest taki, że musi istnieć jakaś przyczyna. Ta myśl robocza staje się podwaliną naszej wiary.

          Jeżeli Przyczyna istnieje, to jaka Ona jest? W jaki sposób sięgnąć po tę wiedzę? Pierwszy sygnał o Bogu pochodzi z głębi człowieka. Każdy z nas ma wszczepioną potrzebę Boga. Tak jak odkrywamy w sobie obecność sumienia i praw naturalnych, tak też czujemy, że istnieje Stwórca.

          Jeżeli istnieje Stwórca, to znaczy, że ma względem nas jakieś oczekiwania. Nierozsądnie byłoby to zlekceważyć. Z serca płynie imperatyw, że Bogu należy się szacunek. Trzeba Mu to okazać. W taki naturalny sposób zaczęła się religia. Rodził się kult.

          Stwórca zrobił pierwszy krok, bo uzdolnił nas do poznania Siebie. Chciał skontaktować się ze swoją istotą stworzoną. Nie było to łatwe. Transcendencja nie jest zmysłowa, dla człowieka pozostaje nieuchwytna. Poprzez naturę duchową człowiek otrzymał zdolność odbierania sygnałów Bożych. Jeden był do tego lepiej predysponowany, inny gorzej.

          Podczas snów i wizji mistycznych sygnały były odbierane, ale musiały zostać przetransponowane przez rozum, aby mogły być odczytane i rozpoznane. Każdy, według swoich uzdolnień, odbierał je inaczej. Ten sam przekaz mógł mieć tyle obrazów, ilu było odbiorców.

 

          Na samym początku drogi poznawania przymiotów Boga natrafiamy na zaporę poznawczą. Każdy widzi świat inaczej. Każdy inaczej wyobraża sobie Boga. Dopiero gdy będziemy w mistycznym zjednoczeniu z Bogiem — po życiu lub w czasie transu mistycznego — poznamy lepiej naszego Stwórcę.

          Na samym początku rozwoju religijności pojawiły się ludzkie interesy. Pojęcie Boga kapitalnie nadawało się do utrzymania posłuszeństwa wobec władzy. Przypisywano Bogu władzę królewską, która nagradzała, ale i karała. Do dnia dzisiejszego powiela się pogląd, że Bóg karze. Później dopisano, że potępia itd.

          Jak Bóg, który jest doskonałą Miłością i Dobrocią, może kogokolwiek karać?! Za co? Bóg dał człowiekowi wolną wolę. To znaczy, że dał mu przyzwolenie, aby człowiek mógł się nawet od Niego odwrócić. Nie może On za to karać. Człowiek, który odwraca się od Boga, pozostaje w obszarze bezsensu — i to jest „piekło”. Kto raz zachwyci się Bogiem, Jezusem i religią, będzie to czynił bez końca.

 

wtorek, 15 września 2026

System sześćdziesiątkowy, granice wiedzy, przyjemność seksual


          To, co szczególnie zdumiewa, to nie tylko sama znajomość wartości √2 (pierwiastek z dwóch), lecz sposób, w jaki starożytni Babilończycy potrafili posługiwać się systemem sześćdziesiątkowym. Nie posługiwali się systemem dziesiętnym, lecz pozycyjnym systemem o podstawie 60. Było to rozwiązanie niezwykle pomysłowe, a jego wielką zaletą była ogromna liczba dzielników liczby 60: 2, 3, 4, 5, 6, 10, 12, 15, 20, 30 i 60. Dzięki temu wiele ułamków, które w systemie dziesiętnym mają nieskończone lub mało wygodne rozwinięcia, w systemie sześćdziesiątkowym można było zapisać bardzo elegancko i dokładnie.

           Bardzo dobrym przykładem wykorzystania tego systemu jest tabliczka babilońska «YBC 7289», powstała mniej więcej między 1800 a 1600 r. przed Chr.  (zwracam uwagą na okres). Zawiera ona przybliżenie √2 w systemie sześćdziesiątkowym: Zapis < 1;24,51,10 > co oznacza:  1 + 24/60  + 51/60²  + 10/60³  =  około 1,41421296 czyli niezwykle blisko rzeczywistego √2 = 1,41421356. Błąd zaczyna się dopiero mniej więcej na piątym–szóstym miejscu dziesiętnym.

          Na tabliczce przedstawiono kwadrat, jego przekątną i liczby związane z proporcją między bokiem a przekątną. Babilończycy znali więc praktycznie rzecz biorąc zależność: przekątna kwadratu = bok × √2 I potrafili podać √2 z zadziwiającą dokładnością. Nie znamy jednak dokładnie algorytmu, którym autor tabliczki doszedł do tej wartości. Mamy tylko materialny ślad wyniku, ale nie zachował się podręcznik z instrukcją „jak go obliczyć”.

          Można postawić pytanie, czy to, co wydaje nam się, że wiemy, nie jest jedynie ułudą — ludzkim pragnieniem, wyobrażeniem lub konstrukcją naszego umysłu, o czym pisał Schopenhauer. Skoro bowiem poznajemy rzeczywistość za pomocą zmysłów, narzędzi i aparatury pomiarowej, zawsze pozostaje pytanie, na ile obraz, który dzięki nim otrzymujemy, odpowiada rzeczywistości samej.

          Już wiemy, że nawet najbardziej precyzyjne pomiary nie dają wyniku absolutnego. Każdy pomiar obarczony jest pewną niepewnością i określoną dokładnością. Oznacza to, że nasze poznanie świata nigdy nie jest całkowicie wolne od granic, przybliżeń i założeń. Aparatura może być coraz doskonalsza, metody coraz bardziej wyrafinowane, a wyniki coraz dokładniejsze, lecz zawsze pozostaje pewien margines niepewności.

          Nie musi to jednak oznaczać, że wszystko, co nazywamy wiedzą, jest iluzją. Być może trafniejsze jest stwierdzenie, że wiedza ma charakter przybliżony i zależny od sposobu, w jaki poznajemy rzeczywistość. Nauka nie daje nam więc koniecznie „ostatecznej prawdy”, lecz coraz lepsze modele rzeczywistości — modele, które sprawdzają się w określonych warunkach i mogą być korygowane, gdy pojawiają się nowe obserwacje.

          W tym sensie granica między tym, co rzeczywiście wiemy, a tym, co jedynie sądzimy, że wiemy, staje się niezwykle interesująca. Być może prawdziwa mądrość nie polega na przekonaniu, że posiedliśmy prawdę, lecz na świadomości granic własnego poznania.

          Tak na prawdę to niewiele rozumiemy otaczającą nas rzeczywistość. Doraźnie w zależności od potrzeb definiujemy zjawiska, które nam towarzyszą. Opisy są bardziej modelowe niż rzeczywiste.

          Intrygujące jest pytanie. Dlaczego w procesie rozrodczym towarzyszy nam przyjemność? Rozmnażanie jest jednym z najważniejszych procesów zapewniających przetrwanie gatunku. U człowieka zachowaniom seksualnym często towarzyszy przyjemność, ponieważ organizm wykształcił mechanizmy, które zwiększają motywację do podejmowania zachowań prowadzących do rozmnażania.

           Seksualność i towarzysząca jej przyjemność jest instrumentem społecznym i rozwojem więzi międzyludzkich. Nie można więc sprowadzać jej wyłącznie do funkcji biologicznej. Człowiek, w przeciwieństwie do wielu innych organizmów, doświadcza seksualności również jako elementu relacji, emocji, bliskości i wzajemnego zaufania. Może ona wpływać na poczucie bezpieczeństwa, budować więź między partnerami oraz wzmacniać relacje.

            Można więc uznać, że przyjemność seksualna jest połączeniem dwóch wymiarów – biologicznego i społecznego. Z jednej strony pełni funkcję mechanizmu, który zachęca organizm do podejmowania zachowań mogących prowadzić do rozmnażania. Z drugiej strony stała się częścią bardziej złożonego świata ludzkich emocji i relacji. Przyjemność nie musi zatem mieć wyłącznie jednego celu. Może być jednocześnie impulsem biologicznym, źródłem satysfakcji oraz sposobem budowania więzi z drugą osobą.

          Być może właśnie ta wielowymiarowość sprawia, że seksualność człowieka jest tak interesującym zjawiskiem. To, co z perspektywy biologii służyło zwiększeniu szans na przetrwanie gatunku, z czasem zostało powiązane z uczuciami, relacjami i świadomością. Przyjemność seksualna pokazuje więc, że procesy biologiczne mogą mieć również głębszy wymiar psychologiczny i społeczny. Niezależnie od tego, czy postrzegamy ją przede wszystkim jako rezultat ewolucji, czy jako element większego porządku, trudno zaprzeczyć, że odgrywa ona istotną rolę w ludzkim życiu.

poniedziałek, 14 września 2026

Aaron i złoty cielec — lekcja o uległości

          Czytających Księgę Wyjścia może zadziwić fragment, w którym Aaron ulega żądaniom ludu i pozwala na kult złotego cielca. Zamiast przeciwstawić się naciskowi i przypomnieć ludziom o zasadach, którym mieli być wierni, wybiera rozwiązanie łatwiejsze — dostosowuje się do oczekiwań tłumu.

          Ta scena może być przestrogą dla współczesnej polityki. Polityk, który dla zachowania popularności, poparcia czy własnej pozycji rezygnuje z zasad, zaczyna przypominać Aarona. Nie musi sam wierzyć w „złotego cielca”. Wystarczy, że widząc, czego domaga się tłum, powie: „Skoro tego chcecie, zbudujmy go”.

          W polityce takim „złotym cielcem” może stać się wszystko, co społeczeństwo zaczyna stawiać ponad wartościami i odpowiedzialnością: pieniądz, władza, interes partyjny, sondaże czy doraźna korzyść. Najbardziej niepokojące jest nie samo istnienie pokusy, lecz moment, w którym ktoś mający przewodzić innym zaczyna jej ulegać.

          Historia Aarona przypomina więc, że przywództwo zaczyna się tam, gdzie kończy się wygodne przytakiwanie tłumowi.