Słowa Jezusa: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.” (Mt 10,37–39) mogą na pierwszy rzut oka szokować. Odczytane dosłownie, bez uwzględnienia całego przesłania Ewangelii, mogą sprawiać wrażenie, że Jezus domaga się dla siebie najwyższej czci kosztem więzi rodzinnych. Mogłyby więc zostać odebrane jako uzurpacja prawa do chwały należnej jedynie Bogu.
Takie rozumienie byłoby jednak powierzchowne. Jezus nie przeciwstawia miłości do Boga miłości do rodziny, lecz wskazuje na właściwą hierarchię wartości. Człowiek nie może uczynić żadnego dobra stworzonego – nawet najbliższych osób – dobrem absolutnym. Miłość do rodziców, dzieci czy współmałżonka jest wielką wartością, lecz pozostaje częścią porządku stworzenia. Jeżeli zostaje postawiona ponad prawdą, dobrem i Bogiem, traci swój właściwy fundament i łatwo może przerodzić się w przywiązanie prowadzące do egoizmu lub zniewolenia.
Słowa Jezusa nie są więc wezwaniem do odrzucenia rodziny, lecz do uporządkowania miłości. Tylko wtedy, gdy Bóg zajmuje pierwsze miejsce, człowiek potrafi naprawdę kochać drugiego człowieka bez zawłaszczania go i bez czynienia z niego celu ostatecznego. W tym sensie pierwszeństwo Boga nie umniejsza miłości rodzinnej, lecz ją oczyszcza, nadaje jej właściwy kierunek i chroni przed przekształceniem się w bałwochwalstwo wobec tego, co przemijające.
Również wezwanie do wzięcia własnego krzyża nie jest pochwałą cierpienia dla samego cierpienia. Krzyż oznacza gotowość do zachowania wierności prawdzie i dobru nawet wtedy, gdy wiąże się to z wyrzeczeniem, odrzuceniem lub cierpieniem. Paradoks kończący tę wypowiedź – „Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” – wyraża jedną z podstawowych prawd Ewangelii: człowiek odnajduje pełnię życia nie przez skoncentrowanie się na sobie, lecz przez dar z siebie. To, co wydaje się utratą z perspektywy doczesności, może okazać się zyskiem w perspektywie życia wiecznego.
Trzeba głębiej przemyśleć różnicę między Stwórcą a stworzeniem. Człowiek, gdyby nie otrzymał daru rozumu, pozostałby jedynie zwierzęciem o ludzkim kształcie. Miałby instynkty, potrzeby i zdolność przetrwania, lecz nie miałby możliwości świadomego rozeznania własnego istnienia, zadawania pytań o jego sens ani poszukiwania prawdy o sobie, świecie i źródle własnego istnienia.
To właśnie rozum pozwala człowiekowi przekroczyć granice własnej biologiczności. Dzięki niemu człowiek może poznawać, pytać, wątpić, wybierać, odróżniać dobro od zła i świadomie kształtować własne życie. Może również zwrócić się ku Stwórcy i próbować zrozumieć relację między Tym, który daje istnienie, a tym, który to istnienie otrzymuje.
Dar rozumu jest więc jednym z największych darów, jakie człowiek otrzymał od Stwórcy. Jest zarazem tym, co w szczególny sposób czyni człowieka podobnym do Niego. Nie oznacza to oczywiście, że człowiek staje się równy Bogu. Oznacza jedynie, że otrzymał zdolność poznawania, tworzenia i świadomego uczestniczenia w rzeczywistości, której sam nie jest źródłem.
I właśnie dlatego trudno zrozumieć, dlaczego człowiek tak często rezygnuje z używania tego daru w odniesieniu do własnej wiary.
Kiedy obserwuję współczesne chrześcijaństwo, ogarnia mnie zdumienie. Jak to możliwe, że człowiek żyjący w epoce niezwykłego rozwoju nauki, filozofii, technologii i wiedzy o świecie tak często pozostaje w sprawach wiary na poziomie wyobrażeń, które ukształtowały się w jego dzieciństwie?
Jak to możliwe, że wiara, która powinna prowadzić do największych pytań o istnienie, sens, prawdę, dobro, wolność, świadomość i naturę Boga, bywa sprowadzana do powtarzania prostych formuł, rytuałów i odpowiedzi, których znaczenia wielu ludzi nigdy naprawdę nie próbuje zgłębić?
Jeszcze bardziej zastanawia poziom niektórych katechez. Zamiast rozwijać rozum i prowadzić człowieka ku dojrzałej refleksji nad wiarą, często utrwalają one uproszczony, niemal dziecięcy obraz Boga, człowieka i świata. Człowiek dorasta biologicznie, zdobywa wykształcenie, poznaje skomplikowane prawa przyrody, posługuje się zaawansowaną technologią, a jednocześnie jego obraz Boga pozostaje taki sam jak wtedy, gdy miał kilka lub kilkanaście lat.
To jest paradoks, którego nie można przemilczeć. Nie chodzi o to, aby odrzucić wiarę. Przeciwnie — chodzi o to, aby potraktować ją poważnie. Tak poważnie, jak poważnie traktujemy własny rozum.
Wiara, która boi się pytań, jest wiarą słabą. Wiara, która wymaga wyłączenia rozumu, staje się jedynie posłuszeństwem wobec określonych schematów. Wiara, która nie pozwala człowiekowi pytać „dlaczego?”, „po co?” i „co to właściwie znaczy?”, zamyka go zamiast otwierać.
Niepokojące jest również to, jak głęboko w ludzkiej świadomości potrafią zakorzenić się poglądy przejęte bez własnej refleksji. Człowiek może przez całe życie uważać coś za prawdę tylko dlatego, że usłyszał to w dzieciństwie od rodziców, katechety, księdza czy wspólnoty. Z czasem przestaje już odróżniać to, co rzeczywiście rozumie, od tego, co jedynie pamięta.
W ten sposób rodzi się wiara zbudowana nie na osobistym poznaniu, lecz na przyzwyczajeniu. A przecież Stwórca dał człowiekowi rozum właśnie po to, aby człowiek nie był bezmyślnym wykonawcą cudzych przekonań.
Człowiek powinien dojrzewać również w swojej wierze. To, co wystarczało dziecku, nie powinno wystarczać człowiekowi dorosłemu. Obraz Boga powinien stawać się coraz głębszy. Pytania powinny stawać się coraz trudniejsze. Rozumienie dobra i zła powinno dojrzewać. Relacja ze Stwórcą powinna przechodzić od lęku przed karą i oczekiwania nagrody do świadomego poszukiwania prawdy oraz uczestnictwa w Miłości i Dobru.
Stwórca nie potrzebuje przecież człowieka, który jedynie powtarza właściwe słowa. Nie potrzebuje bezmyślnego posłuszeństwa. Jeżeli obdarzył człowieka rozumem i wolną wolą, to można przypuszczać, że oczekuje od niego czegoś znacznie większego: świadomego rozwoju, odpowiedzialności i współuczestnictwa w kształtowaniu świata.
Wdzięczność wobec Stwórcy nie powinna więc polegać przede wszystkim na deklaracjach, modlitwach czy zewnętrznych gestach. Najpełniejszą formą wdzięczności jest właściwe wykorzystanie otrzymanego daru.
Jeżeli otrzymałem rozum — powinienem myśleć.
Jeżeli otrzymałem wolną wolę — powinienem świadomie wybierać.
Jeżeli otrzymałem zdolność rozpoznawania dobra — powinienem dobro czynić.
Jeżeli otrzymałem zdolność tworzenia — powinienem tworzyć, a nie niszczyć.
Jeżeli otrzymałem możliwość poznawania prawdy — powinienem jej szukać, nawet wtedy, gdy prowadzi mnie ona poza moje dotychczasowe przekonania.
W tym właśnie może znajdować się prawdziwe powołanie człowieka: nie w biernym oczekiwaniu na Boga, lecz w świadomym uczestnictwie w Jego dziele.
Człowiek pozostaje stworzeniem i nigdy nie stanie się Stwórcą. Nie oznacza to jednak, że ma być bierny. Przeciwnie — został obdarowany w sposób, który pozwala mu stać się współtwórcą rzeczywistości. Może rozwijać świat, pomnażać dobro, tworzyć piękno, chronić życie, pomagać drugiemu człowiekowi i poszerzać przestrzeń, w której obecne są prawda, Miłość i dobro.
Wtedy dopiero można mówić o rzeczywistym oddawaniu chwały Stwórcy. Nie poprzez ludzką próżność, nie poprzez rywalizację o to, kto posiada „właściwą” wiarę, nie poprzez potępianie tych, którzy myślą inaczej, lecz poprzez życie, które staje się świadectwem dobra.
Stwórcy należy się cześć i chwała, ale ich prawdziwy wymiar jest duchowy. Nie jest to chwała podobna do tej, jakiej potrzebuje człowiek. Bóg nie potrzebuje pochlebstw ani potwierdzania własnej wielkości. Jeżeli jest Stwórcą, Jego wielkość nie zależy od ludzkiego uznania. To człowiek potrzebuje zrozumienia tej relacji. I być może największym błędem współczesnego chrześcijaństwa jest właśnie to, że zbyt często próbuje Boga pomniejszyć do rozmiarów ludzkich wyobrażeń, zamiast pozwolić człowiekowi przekraczać własne ograniczenia w poszukiwaniu Boga.
Nie potrzebujemy więc mniej wiary.
Potrzebujemy wiary dojrzalszej.
Wiary, która nie boi się rozumu.
Wiary, która nie ucieka od pytań.
Wiary, która nie zatrzymuje człowieka na poziomie dziecięcych wyobrażeń.
Wiary, która prowadzi ku prawdzie, a poprzez prawdę — ku Miłości i Dobru.
Bo jeżeli rozum jest jednym z największych darów Stwórcy, to jego odrzucenie w imię wiary byłoby nie tylko paradoksem. Byłoby również zmarnowaniem daru, który miał człowieka do Stwórcy przybliżać.