Łączna liczba wyświetleń

sobota, 15 sierpnia 2026

Potwory biblijne — między mitem a teologią


          Potwory biblijne, takie jak Lewiatan, Behemot, Rahab czy morski Tannîn, należą do najbardziej fascynujących obrazów obecnych w Biblii. Nie są jednak przede wszystkim opisami rzeczywistych zwierząt. Pełnią funkcję symboliczną i teologiczną: uosabiają chaos, siły niszczące, pychę, potęgę wrogich imperiów, zło i śmierć — wszystko to, czego człowiek nie jest w stanie w pełni opanować. Najważniejsze pozostaje jednak przesłanie, że żadna z tych sił nie jest dla Boga równorzędnym przeciwnikiem.

          Obrazy te wyrastają z kultury starożytnego Bliskiego Wschodu. Motywy morza, węża, smoka i potwora chaosu występowały w tradycjach mezopotamskich, ugaryckich i kananejskich. Biblia przejmuje część tego języka, ale nadaje mu nowe znaczenie. Nie odrzuca dawnych wyobrażeń, lecz podporządkowuje je wierze w jednego Boga. W świecie starożytnym morze często symbolizowało chaos, zagrożenie i nieprzewidywalność. Dlatego właśnie potwór morski stał się naturalnym obrazem sił przeciwstawiających się porządkowi.

          Najlepszym przykładem jest Lewiatan. W Psalmie 74 czytamy: "Ty skruszyłeś głowy Lewiatana” (Ps 74,14), a Izajasz zapowiada dzień, w którym Pan "ukarze swoim mieczem (…) Lewiatana (…) i zabije smoka, który jest w morzu” (Iz 27,1). Obrazy te pokazują Boga jako Pana chaosu i Tego, który jest w stanie pokonać każdą siłę zagrażającą ustanowionemu przez Niego porządkowi.

          Najbliższe odpowiedniki Lewiatana można znaleźć w mitologiach regionu. W tradycji ugaryckiej występuje Lotan, wielki wąż morski związany z chaosem, natomiast w mitologii mezopotamskiej pojawia się Tiamat, pierwotna morska siła chaosu. Nie oznacza to jednak, że Lewiatan jest po prostu biblijną wersją tych postaci. Podobieństwa wskazują raczej na wspólny język kulturowy. Biblia przekształca jednak jego znaczenie: potwór nie jest już boskim przeciwnikiem Boga, lecz stworzeniem całkowicie podległym Jego władzy.

          Szczególnie wymownie pokazuje to Psalm 104: "Tam pływa Lewiatan, którego stworzyłeś, aby igrał w morzu” (Ps 104,26). To, co w mitologiach mogło oznaczać pierwotną siłę chaosu, w Biblii staje się jednym ze stworzeń Boga. Lewiatan może budzić lęk człowieka, ale dla Boga nie jest zagrożeniem. W tym sensie Biblia dokonuje swoistej demitologizacji potwora: zachowuje jego majestat i grozę, ale odbiera mu boską niezależność.

          Podobną funkcję pełni Behemot, przedstawiony w Księdze Hioba jako potężne stworzenie, którego człowiek nie jest w stanie ujarzmić. W rozdziałach 40–41 Bóg pyta Hioba: "Czy potrafisz wyciągnąć Lewiatana na haczyku? (Hi 41,1). Nie jest to przede wszystkim pytanie zoologiczne, lecz pytanie o granice ludzkiej wiedzy i władzy. Człowiek nie panuje nad wszystkim i nie jest w stanie podporządkować sobie całego stworzenia. Bóg natomiast panuje także nad tym, czego człowiek nie potrafi okiełznać.

          Motyw węża i smoka jest jeszcze starszy. Hebrajskie słowo Tannîn może oznaczać wielkie stworzenie morskie, smoka lub potężnego węża. Rahab natomiast pojawia się jako obraz potwora morskiego pokonanego przez Boga i może symbolizować chaos lub potęgę przeciwną Bożemu porządkowi. W Izajasza 27,1 Lewiatan zostaje nazwany „wężem zwinnym” i „wężem krętym”, co przywołuje znany na starożytnym Bliskim Wschodzie obraz kosmicznego węża chaosu.

          Właśnie tutaj najwyraźniej widać różnicę między Biblią a mitologiami sąsiednich ludów. W wielu opowieściach kosmogonicznych świat powstaje w wyniku walki bogów z pierwotnymi siłami chaosu. Bóg lub bóg-bohater musi pokonać potwora, aby ustanowić kosmiczny porządek. W Biblii Bóg nie zdobywa jednak władzy dzięki zwycięstwu nad równorzędnym przeciwnikiem. Jego władza jest pierwotna i absolutna. Lewiatan może być potężny, ale nie jest bogiem i nie może zagrozić Bożej suwerenności.

          Można więc powiedzieć, że Biblia przejmuje język kosmicznej walki, ale nadaje mu monoteistyczną interpretację. Nie chodzi o to, że bóg pokonuje potwora i dopiero dzięki temu zdobywa władzę. Chodzi o to, że Bóg jest Stwórcą, a nawet najbardziej przerażające stworzenie pozostaje pod Jego panowaniem. To jedna z najważniejszych cech biblijnego sposobu przekształcania dawnych motywów mitologicznych.

          Motyw potwora zostaje następnie zastosowany również do rzeczywistości politycznej. W Księdze Daniela 7 cztery ogromne bestie wychodzą z morza. Nie są one przede wszystkim zoologicznymi stworzeniami, lecz symbolami imperiów i potęg politycznych. Ich wygląd ma ukazywać brutalność, siłę i niszczący charakter władzy. Potwór staje się więc językiem symbolicznym, za pomocą którego Biblia opisuje również chaos polityczny i historyczny. Imperium może wydawać się niezwyciężone, ale jego potęga nie jest absolutna i również podlega Bożemu sądowi.

          Trzeba jednak uważać, aby wszystkich niezwykłych istot biblijnych nie wrzucać do jednej kategorii. Lewiatan, Behemot, Rahab i Tannîn mają inną funkcję niż demony, złe duchy czy Szatan. Również obraz Szatana zmieniał się w historii tradycji biblijnej. W najstarszych tekstach hebrajskich ha-satan oznacza przede wszystkim „oskarżyciela” lub „adwersarza” pełniącego określoną funkcję w boskim porządku. Dopiero późniejsza tradycja rozwinęła obraz Szatana jako wielkiego przeciwnika Boga.

          Nowy Testament rozwija natomiast motyw Smoka w Apokalipsie św. Jana. W Ap 12 i 20 Smok zostaje utożsamiony z diabłem i Szatanem. Jego obraz nawiązuje do wcześniejszej symboliki węża i potwora chaosu, ale zostaje wpisany w chrześcijańską wizję ostatecznej historii świata. Smok, choć potężny, zostaje ostatecznie pokonany. W ten sposób wcześniejsza idea Boga panującego nad chaosem zostaje rozwinięta w obraz ostatecznego zwycięstwa Boga nad złem.

piątek, 14 sierpnia 2026

Z troski o dobre imię obecnego rządu


          Z troski o dobre imię obecnego rządu zabieram głos jako zwyczajny obywatel w sprawie pomysłu kandydowania Macieja Berka, dotychczasowego ministra do spraw wdrażania polityki rządu, na sędziego Trybunału Konstytucyjnego.

          Uważam, że taka kandydatura może narazić obecny rząd na falę krytyki – i to z wielu stron sceny politycznej. Nie chodzi wyłącznie o ocenę samego Macieja Berka, jego kompetencji czy dotychczasowej działalności publicznej. Problemem jest przede wszystkim kontekst polityczny oraz wiarygodność zasad, które obecny obóz rządzący deklarował w odniesieniu do Trybunału Konstytucyjnego.

          Krytyka tych, którzy wskazują na hipokryzję, jest więc w mojej ocenie częściowo uzasadniona. Trudno bowiem oczekiwać, że wyborcy zapomną, iż obecny obóz rządzący w przeszłości zdecydowanie krytykował poprzednią władzę za dokonywanie podobnych nominacji oraz za obsadzanie instytucji państwowych osobami związanymi z rządem.

          Nie oznacza to oczywiście, że każda osoba pełniąca funkcję ministra jest z definicji pozbawiona prawa do kandydowania na stanowisko sędziego Trybunału Konstytucyjnego. W państwie prawa o kwalifikacjach powinny decydować przede wszystkim kompetencje, niezależność, dorobek zawodowy i autorytet kandydata. Jednak w przypadku tak ważnej instytucji jak Trybunał Konstytucyjny równie istotne jest zaufanie społeczne oraz przekonanie obywateli, że nominacja nie jest polityczną nagrodą za lojalność wobec aktualnej władzy.

          Dlatego, z troski o dobre imię obecnego rządu, warto zadać proste pytanie: czy w obecnej sytuacji kandydatura byłego ministra na sędziego Trybunału Konstytucyjnego rzeczywiście wzmacnia niezależność tej instytucji i wiarygodność rządu, czy przeciwnie – daje jego przeciwnikom argumenty, które wcześniej sami rządzący kierowali przeciwko swoim poprzednikom?

          Polityka wymaga nie tylko skuteczności, ale także konsekwencji w stosowaniu własnych zasad. Jeśli obecna władza chce odbudowywać zaufanie do państwa i jego instytucji, powinna szczególnie uważać, aby nie powtarzać praktyk, które wcześniej sama uznawała za niewłaściwe.

          To nie jest głos przeciwko konkretnej osobie. To głos za standardami, które powinny obowiązywać niezależnie od tego, kto w danym momencie sprawuje władzę.

Prorok Henoch, Księga Henocha


          Henoch (Enoch) jest postacią biblijną: "Henoch był [potomek Seta] ojcem Irada, Irad ojcem Mechujaela, a Mechujael ojcem Metuszaela, Metuszael zaś Lameka." (Rdz 4,18). Miał wiele synów i córek, wśród nich Mechujaeal ( Metuszelacha).  W Starym Testamencie zawarto o nim niewiele informacji. Henoch został w nim opisany jako żyjący w tak wielkiej przyjaźni z Bogiem, "który „chodził z Bogiem” (Rdz 5,22.24), że nigdy nie umarł, lecz został w wieku 365 lat wzięty cieleśnie do Nieba (Rdz 5,22 i  Hbr 11,5). Henoch jest jedyną postacią, oprócz proroka Eliasza, którego "wniebowzięcie" zostało wprost opisane w Piśmie Świętym. Jego życie stało się symbolem świętości, wierności i bliskiej relacji człowieka z Bogiem.

          O Henochu wspomina również deuterokanoniczna Księga Syracha, ukazując go jako jedną z pozytywnych postaci w historii ludzkości. Wspomniany też jest w Ewangelii    świętego Łukasza oraz w Liście do Hebrajczyków. Wielu autorów apokryfów wydawało swoje dzieła pod jego imieniem. Przykładem są Księgi Henocha.

          Postać Henocha pojawia się również w Koranie, gdzie jest utożsamiana z prorokiem Idrisem (arab. Idrīs). W islamie należy on do grona świętych proroków i jest przedstawiany jako człowiek prawy, cierpliwy oraz całkowicie oddany Bogu. Koran wspomina, że Bóg "wyniósł go na wysokie miejsce” (Koran 19,56–57), co w tradycji muzułmańskiej bywa interpretowane jako szczególne wywyższenie Idrisa, a niekiedy również jako jego wzięcie do nieba.

          W Liście św. Judy (brata Jakuba) 1,14–15 autor przytacza proroctwo przypisywane Henochowi: "Oto przyszedł Pan z miriadami swoich świętych, aby dokonać sądu nad wszystkimi…”. Tekst ten jest niemal dosłownym cytatem z 1 Księgi Henocha (1 Hen 1,9), jednego z najważniejszych utworów żydowskiej literatury apokaliptycznej okresu Drugiej Świątyni. Jest to jedyny przypadek w Nowym Testamencie, w którym autor biblijny cytuje tak wyraźnie dzieło należące do literatury pseudepigraficznej.

          Fakt ten rodzi pytanie o relację między natchnieniem Pisma Świętego a wykorzystaniem źródeł pozakanonicznych. Dla współczesnego czytelnika może wydawać się zaskakujące, że autor księgi należącej do kanonu odwołuje się do utworu, który ostatecznie nie został uznany za księgę kanoniczną ani w judaizmie rabinicznym, ani w większości Kościołów chrześcijańskich. Wyjątek stanowi tradycja Kościoła etiopskiego, w której 1 Księga Henocha zachowała status księgi kanonicznej.

          Współczesna biblistyka podkreśla jednak, że cytowanie utworu nie jest równoznaczne z uznaniem całego dzieła za natchnione. W świecie starożytnym autorzy często odwoływali się do tekstów powszechnie znanych i cieszących się autorytetem, wykorzystując je jako argument retoryczny lub świadectwo utrwalonej tradycji. Analogiczne zjawisko występuje również w innych księgach biblijnych. Autor Księgi Liczb (Lb 21,14) wspomina Księgę Wojen Pana, Jozue cytuje Księgę Sprawiedliwego (Joz 10,13), św. Paweł przywołuje słowa greckich poetów (Dz 17,28; Tt 1,12), nie oznacza to jednak, że dzieła te uzyskały status Pisma Świętego.

          Istotne znaczenie ma również kontekst historyczny. W okresie Drugiej Świątyni literatura henochiczna cieszyła się ogromnym autorytetem w wielu środowiskach żydowskich. O jej popularności świadczą liczne aramejskie fragmenty odnalezione w Qumran, datowane na II–I w. przed Chr., co dowodzi, że 1 Księga Henocha była znana na długo przed powstaniem Nowego Testamentu. Jej wpływ widoczny jest nie tylko w Liście Judy, lecz także w licznych motywach apokaliptycznych obecnych w literaturze międzytestamentalnej oraz w niektórych tekstach nowotestamentalnych.

          Zdaniem wielu badaczy, zwłaszcza Richarda Bauckhama, autor Listu Judy świadomie wykorzystuje autorytet tradycji henochicznej, ponieważ była ona dobrze znana adresatom listu. Cytat z 1 Hen 1,9 pełni funkcję argumentu potwierdzającego nieuchronność sądu Bożego nad fałszywymi nauczycielami. Nie jest to zatem rozstrzygnięcie kwestii kanoniczności Księgi Henocha, lecz zabieg retoryczny mający wzmocnić przesłanie listu. George W. E. Nickelsburg zwraca uwagę, że autor Listu Judy traktuje cytowane proroctwo jako autorytatywną tradycję religijną, nie rozstrzygając jednocześnie statusu całego dzieła.

          Warto zauważyć, że proces kształtowania się kanonu biblijnego trwał kilka stuleci i zakończył się znacznie później niż powstanie większości ksiąg Nowego Testamentu. W czasach św. Judy granice kanonu nie były jeszcze w pełni ustalone, a wiele dzieł religijnych funkcjonowało równolegle z księgami uznawanymi później za kanoniczne. Autorzy nowotestamentalni posługiwali się zatem wspólnym dziedzictwem literackim i teologicznym swojej epoki, wybierając z niego treści służące głoszeniu Ewangelii.

          List Judy 1,14–15 stanowi więc cenny przykład relacji między natchnieniem biblijnym a tradycją pozabiblijną. Pokazuje, że natchnienie odnosi się do autora i jego zamierzonego przekazu, a nie do wszystkich źródeł, z których korzystał. Cytowanie fragmentu dzieła pozakanonicznego oznacza uznanie wartości zawartej w nim tradycji lub argumentu, nie zaś potwierdzenie natchnienia czy kanoniczności całego utworu. Z tego względu obecność cytatu z 1 Księgi Henocha w Liście Judy nie stanowi argumentu za jej kanonicznym charakterem, lecz świadczy o znaczącym miejscu, jakie literatura henochiczna zajmowała w judaizmie przełomu er i w najwcześniejszym chrześcijaństwie.  

         Ksiega Henocha jedna z najstarszych ksiąg religijnych, nie została uwzględniona w Piśmie Świętym. Jest zaliczana do apokryfów i przedstawia wydarzenia oraz nauki, które nie weszły do kanonu biblijnego. Należy do najstarszych zachowanych żydowskich apokalips oraz jednym z najważniejszych utworów literatury międzytestamentalnej.

          Księga Henocha mówi o postaci określanej jako Syn Człowieczy, Wybrany lub Sprawiedliwy, którą chrześcijaństwo interpretuje mesjańsko. Autor księgi nie używa jednak konsekwentnie tytułu „Mesjasz”.

2026-08-15

czwartek, 13 sierpnia 2026

Eliasz już przyszedł


          Po Przemienieniu Pańskim na górze Tabor uczniowie zadali Jezusowi pytanie, które nurtowało wielu Izraelitów: "Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz?” (Mt 17,10). Pytanie to nie było przypadkowe. Przed chwilą Piotr, Jakub i Jan widzieli Eliasza rozmawiającego z Jezusem. Skoro więc Jezus jest Mesjaszem, jak należy rozumieć proroctwo zapowiadające przyjście Eliasza? Odpowiedź Jezusa była zaskakująca: "Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go, lecz uczynili z nim, co chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał.” (Mt 17,12)

          Ewangelista dodaje zaraz wyjaśnienie: "Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu” (Mt 17,13). Słowa Jezusa nie oznaczają więc, że starotestamentowy prorok Eliasz powrócił na ziemię. Chrystus wskazuje raczej na głębszy sposób wypełniania się Bożych obietnic.

          Prorok Malachiasz zapowiedział bowiem: |"Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego” (Ml 3,23). Wielu Żydów rozumiało to proroctwo dosłownie i oczekiwało powrotu Eliasza. Tymczasem Bóg wypełnił swoją obietnicę inaczej, niż wyobrażali to sobie ludzie. Zamiast ponownego pojawienia się Eliasza posłał Jana Chrzciciela – proroka, który otrzymał tę samą misję.

          Już podczas zwiastowania narodzin anioł Gabriel oznajmił Zachariaszowi: „On sam pójdzie przed Nim w duchu i mocy Eliasza” (Łk 1,17). Te słowa stanowią klucz do zrozumienia wypowiedzi Jezusa. Jan nie był Eliaszem jako osoba, lecz działał „w duchu i mocy Eliasza”. Oznacza to, że został obdarzony tym samym zapałem do obrony prawdy, tą samą gorliwością o chwałę Boga oraz tym samym prorockim posłannictwem przygotowania ludu na spotkanie z Panem.

          Między Eliaszem a Janem Chrzcicielem można dostrzec wiele podobieństw. Obaj żyli surowo, nawoływali do nawrócenia, odważnie upominali władców i nie obawiali się prześladowań. Eliasz wystąpił przeciw bałwochwalstwu króla Achaba i królowej Izebel. Jan Chrzciciel zganił Heroda Antypasa za jego grzeszne życie. Obaj stali się znakiem sprzeciwu wobec świata, który odrzuca Bożą prawdę.

          Jezus zwraca jednak uwagę na coś jeszcze. Mówi: „nie poznali go, lecz uczynili z nim, co chcieli”. Ludzie nie rozpoznali w Janie posłańca Boga. Odrzucili jego wezwanie do nawrócenia, uwięzili go i skazali na śmierć. Los Jana stał się zapowiedzią losu samego Chrystusa. Tak jak odrzucono poprzednika Mesjasza, tak odrzucony zostanie również Mesjasz. Dlatego Jezus dodaje: „Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał”.

          W tym świetle słowa „Eliasz już przyszedł” nabierają głębokiego znaczenia. Nie są jedynie wyjaśnieniem proroctwa Malachiasza, ale także zapowiedzią męki Chrystusa. Historia Jana Chrzciciela staje się zapowiedzią historii Jezusa. Odrzucenie proroka poprzedza odrzucenie Zbawiciela.

          Może jednak pojawić się pytanie: skoro Jan Chrzciciel jest zapowiedzianym Eliaszem, dlaczego podczas Przemienienia na górze ukazuje się sam Eliasz? Odpowiedź jest prosta. Jan nie był Eliaszem w sensie dosłownym, lecz pełnił jego misję. Eliasz pozostał tym samym prorokiem, którego Bóg przed wiekami zabrał do siebie na ognistym rydwanie (2 Krl 2,11). Dlatego mógł ukazać się wraz z Mojżeszem podczas Przemienienia Pańskiego. Mojżesz reprezentuje Prawo, Eliasz – Proroków. Ich obecność przy Chrystusie oznacza, że całe objawienie Starego Testamentu znajduje swoje wypełnienie w Jezusie.

          To właśnie jest jedna z najpiękniejszych cech Pisma Świętego. Poszczególne wydarzenia nie są od siebie oderwane, lecz tworzą jedną historię zbawienia. Eliasz przygotowuje drogę Janowi przez swoje proroctwo i przykład życia, Jan przygotowuje drogę Chrystusowi przez wezwanie do nawrócenia, a Chrystus wypełnia wszystkie obietnice dane Izraelowi. W ten sposób Stary i Nowy Testament wzajemnie się wyjaśniają i prowadzą czytelnika do odkrycia, że centrum całej historii zbawienia stanowi Jezus Chrystus – obiecany Mesjasz i Syn Boży.

          Dlatego słowa Jezusa: „Eliasz już przyszedł” są nie tylko odpowiedzią na pytanie uczniów. Są także zachętą dla każdego wierzącego, aby umiał rozpoznawać sposób działania Boga. Bóg pozostaje wierny swoim obietnicom, lecz często wypełnia je inaczej, niż oczekuje człowiek. Kto patrzy jedynie na zewnętrzne znaki, może nie dostrzec ich spełnienia. Kto natomiast czyta Pismo Święte z wiarą i pokorą, odkrywa niezwykłą jedność Bożego planu oraz mądrość Tego, który „na różne sposoby i wielokrotnie przemawiał niegdyś do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” (por. Hbr 1,1–2).

środa, 12 sierpnia 2026

Wiara i potrzeba zrozumienia


          Nie wszyscy odczuwają potrzebę głębszego rozumienia wiary. Dla wielu wystarcza przekaz katechetyczny: wiara w istnienie Stwórcy, podstawowe zasady moralne oraz zbiór prawd uznawanych za niepodważalne. Życie jest krótkie, a zagłębianie się w kwestie złożone, niejednoznaczne i często trudne do ostatecznego rozstrzygnięcia nie wydaje się warte wysiłku. Takich wyznawców są miliony.

          To, co może budzić niepokój, to brak postawy krytycznej wobec własnych przekonań. Przekaz katechetyczny oraz literatura religijna utwierdzają ich w przyjętym obrazie świata, który z czasem przestaje być przedmiotem refleksji, a staje się niezmiennym kanonem myślenia. W efekcie pytania nie są traktowane jako sposób dochodzenia do prawdy, lecz jako zagrożenie dla wiary. Tymczasem każda dziedzina ludzkiego poznania rozwija się dzięki stawianiu pytań, weryfikowaniu poglądów i gotowości do zmiany stanowiska w świetle nowych argumentów. Wiara również może być przedmiotem takiej refleksji, jeśli nie obawia się konfrontacji z rozumem.

          Są jednak tacy, którzy chcą wiedzieć, skąd wzięła się religia, kim jest Stwórca, dlaczego obowiązują takie, a nie inne zasady moralne. Dla nich odpowiedź, że „tak należy wierzyć”, nie jest wystarczająca. Szukają źródeł, pytają o genezę ludzkich wierzeń, rozwój religii oraz o to, czy można pogodzić wiarę z rozumem. Nie traktują pytań jako zagrożenia dla wiary, lecz jako drogę do jej głębszego zrozumienia. Są przekonani, że jeśli prawda istnieje, nie powinna obawiać się dociekliwości ani krytycznego myślenia.

          Takie poszukiwania nie zawsze prowadzą do tych samych wniosków. Jednych umacniają w wierze, innych skłaniają do jej przewartościowania, a jeszcze innych prowadzą do całkowicie odmiennego spojrzenia na świat. Łączy ich jednak jedno – potrzeba zrozumienia, a nie jedynie przyjęcia gotowych odpowiedzi.

          Czytając Ewangelie, odnoszę wrażenie, że nie przedstawiają one rzeczywistość taką, jaka była, lecz przede wszystkim wizję ich autorów – ludzi, którzy nadali kształt rodzącej się religii chrześcijańskiej i stali się jej pierwszymi interpretatorami. Opisy wydarzeń, postaci i nauk wydają się podporządkowane określonemu przesłaniu religijnemu bardziej niż dążeniu do możliwie wiernego odtworzenia nauczania Jezusa. Dlatego odbieram Ewangelie przede wszystkim jako świadectwo wiary ich autorów oraz próbę nadania sensu wydarzeniom związanym z osobą Jezusa.

          Człowiek przekonany o prawdziwości religijnego przesłania, obdarzony naturalną wrażliwością duchową, przyjmuje je jako własne i z czasem uznaje za wiedzę, która nadaje sens jego życiu i zasługuje na celebrację. Treści religijne przekazywane od dzieciństwa są przyswajane z ufnością wobec tych, którzy je głoszą, oraz z przekonaniem, że nad ich autentycznością czuwa Duch Święty. W ten sposób rodzi się pobożność.

          Nie ma w tym nic niewłaściwego, dopóki wierze towarzyszy rozumowe rozeznanie. Wiara pozbawiona refleksji może stać się niebezpieczna, ponieważ prowadzi do fanatyzmu, dewocji i zamknięcia na dialog. Z czasem utrwala się w umyśle jako system przekonań odporny na wszelką rewizję i niezdolny do przyjęcia nowych argumentów.

          Towarzyszy temu często błędnie rozumiana bojaźń Boża. Jeżeli Bóg jest uosobieniem dobra i miłości, to lęk przed Jego karą wydaje się sprzeczny z tym obrazem. Bojaźni Bożej nie należy więc rozumieć jako strachu przed Bogiem, lecz jako obawę przed odwróceniem się od Niego i sprzeniewierzeniem się wartościom, których jest źródłem. Jest to nie lęk przed karą, lecz szacunek wobec Miłości i odpowiedzialność za własne wybory.

          Studiując Nowy Testament, warto pamiętać, że jego księgi zostały spisane wiele lat po opisywanych wydarzeniach. Jest rzeczą naturalną, że ludzka pamięć nie pozwala na wierne odtworzenie wszystkich wypowiedzi Jezusa w ich dosłownym brzmieniu. Dlatego cytaty zawarte w Ewangeliach należy postrzegać przede wszystkim jako przekaz treści i sensu Jego nauczania, utrwalony przez autorów i wspólnoty, z których się wywodzili. Niewielkie różnice w sposobie przekazania słów mogą bowiem prowadzić do odmiennych akcentów interpretacyjnych.

          Trzeba również brać pod uwagę, że żaden autor nie jest jedynie biernym kronikarzem faktów. Każda relacja jest w pewnym stopniu wyborem wydarzeń i ich interpretacją. Autorzy Ewangelii pragnęli nie tylko opisać to, co się wydarzyło, lecz także ukazać religijny sens tych wydarzeń i umocnić wiarę swoich odbiorców.

          Dlatego uczciwe podejście do tekstów religijnych polega na możliwie wyraźnym oddzielaniu faktografii od interpretacji. Fakty stanowią punkt wyjścia, natomiast interpretacja pozostaje propozycją odczytania ich znaczenia, otwartą na refleksję i osobiste przemyślenia czytelnika.

          Po latach studiowania zagadnień religijnych doszedłem do przekonania, że życie duchowe kształtuje się u każdego człowieka w sposób indywidualny. Każdy przeżywa wiarę, zwątpienie, poszukiwanie i odkrywanie sensu na własnej drodze. Właśnie ta różnorodność doświadczeń wydaje mi się czymś pięknym. Nie musi prowadzić do podziałów – przeciwnie, może być źródłem wzajemnego ubogacenia, jeśli towarzyszy jej pokora, szacunek i gotowość do dialogu.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Własne doświadczenia "dziwne"

          Zdecydowałem się napisać o własnych „dziwnych obserwacjach” z racji mojego wrodzonego zamiłowania do dokumentowania wszelakich zdarzeń. Być może te, z pozoru nieistotne i trudne do jednoznacznej interpretacji obserwacje, mogą kiedyś posłużyć do szerszych analiz statystycznych lub porównawczych.

          Ograniczę się tutaj tylko do dwóch zdarzeń zmysłowych, których byłem bezpośrednim świadkiem. Wydarzenia pozazmysłowe, których wielokrotnie doświadczałem, zachowam dla siebie. Są to przeżycia bardzo osobiste, a przede wszystkim trudne do poprawnego i wiernego przekazania za pomocą słów. Nie chcę też, aby ich opis został potraktowany jako próba narzucenia jakiejkolwiek interpretacji.

          Poniżej podaję więc wyłącznie to, co zapamiętałem i co rzeczywiście zaobserwowałem.

 

I zdarzenie

          Było to w Krakowie, w latach 60. XX wieku, podczas letniej nocy, około godziny 23:00. Wracałem do domu ulicą Miodową. Za torami kolejowymi, wzdłuż których przechodziłem, znajdują się wysokie mury cmentarza żydowskiego. W pewnym momencie spojrzałem w górę i za murami zobaczyłem czerwony obiekt. Jego widoczna wielkość była zbliżona do wielkości, w jakiej można dostrzec na niebie Marsa lub Wenus. Obiekt poruszał się pionowo w górę. Nie słyszałem przy tym żadnego dźwięku. Najbardziej zwróciła moją uwagę trajektoria jego ruchu — była idealnie pionowa.

          Nie próbuję określać, czym był ten obiekt ani co mogło powodować jego ruch. To wszystko, co mogę przekazać na podstawie własnej obserwacji.

 

II zdarzenie

          Drugie zdarzenie miało miejsce w pierwszej dekadzie XXI wieku, w Kielcach.

Na bezchmurnym niebie zobaczyłem obiekt w kształcie cylindra, o metalicznym kolorze. Przesuwał się po firmamencie w sposób przypominający ruch samolotu. Widoczność była dobra. Mimo tego nie zauważyłem żadnych skrzydeł ani innych dodatkowych elementów konstrukcyjnych, ani świteł. Obiekt miał dla mnie wyraźnie cylindryczny kształt i metaliczne zabarwienie. Nie podejmuję się określenia, czym był obserwowany obiekt. To wszystko, co zapamiętałem z tego zdarzenia i co mogę uczciwie przekazać.

          Podaję te dwie relacje możliwie oszczędnie, bez dopisywania interpretacji i bez przesądzania, z czym miałem do czynienia. Nie twierdzę, że moje obserwacje stanowią dowód na istnienie jakiegokolwiek konkretnego zjawiska. Są to po prostu dwa zdarzenia, które sam zaobserwowałem i które zapamiętałem jako nietypowe.

 

          Celowo przedstawiam jedynie suche fakty. Nie chcę narzucać czytelnikowi żadnej idei, wyjaśnienia ani gotowego wniosku. Być może właśnie takie pozbawione interpretacji relacje mają większą wartość dokumentacyjną.

 

 

Jutro wracam do tematów teologicznych.

 

 

 

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Najstarsze cywilizacje świata


          Na podstawie wiedzy zdobytej w ostatnich stuleciach można postawić pytanie o istnienie religii starszych od judaizmu i o ich wpływ na rozwój ludzkiej cywilizacji. Studiowanie najstarszych świadectw dotyczących dawnych kultur rozsianych po całym świecie skłania do refleksji, że wiele zjawisk nie daje się łatwo wyjaśnić. Szczególne zdumienie budzą podobieństwa między cywilizacjami oddzielonymi od siebie tysiącami kilometrów, które rozwijały się pozornie niezależnie. Powstaje więc pytanie: czy istniały między nimi kontakty i wymiana wiedzy? A może podobne idee rodziły się niezależnie w różnych miejscach jako odpowiedź na te same wyzwania cywilizacyjne? Niektórzy badacze i autorzy wysuwają również hipotezę o istnieniu wspólnego źródła wiedzy lub tradycji, choć jak dotąd nie ma na to jednoznacznych dowodów archeologicznych.

          Jednym z najbardziej fascynujących przykładów starożytnej cywilizacji jest Caral w Peru – kultura rozwijająca się niemal cztery tysiące lat przed powstaniem państwa Inków. Stanowisko archeologiczne znajduje się na pustyni w Dolinie Supe, około 200 kilometrów na północ od Limy. Caral zostało po raz pierwszy opisane na początku XX wieku, jednak jego rzeczywiste znaczenie odkryto dopiero pod koniec XX wieku dzięki systematycznym badaniom archeologicznym. Miasto było zamieszkane w latach około 3000–1800 p.n.e. i jest uznawane za najstarszy znany ośrodek miejski obu Ameryk oraz jedno z najstarszych centrów cywilizacyjnych świata.

          Na obszarze około 66 hektarów mieszkało kilka tysięcy ludzi. Miasto obejmowało monumentalne piramidy, świątynie, amfiteatr, rozległe place oraz zabudowę mieszkalną. Stanowiło główny ośrodek cywilizacji Caral-Supe, która obejmowała co najmniej siedemnaście podobnych kompleksów osadniczych odkrytych w Dolinie Supe.

          Szczególnie interesujące jest to, że piramidy w Caral budowano mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Egipcie powstawała Wielka Piramida Cheopsa, datowana na około 2600–2500 r. p.n.e. W podobnym okresie w Mezopotamii rozwijała się tradycja wznoszenia monumentalnych zigguratów – tarasowych świątyń będących centrami religijnymi, administracyjnymi i gospodarczymi miast-państw. Choć zigguraty różniły się konstrukcją, przeznaczeniem i symboliką od egipskich piramid, wszystkie te budowle świadczą o istnieniu wysoko zorganizowanych społeczeństw zdolnych do realizacji niezwykle ambitnych przedsięwzięć architektonicznych.

          Jeszcze bardziej zastanawia fakt, że podobne formy monumentalnego budownictwa pojawiały się na różnych kontynentach niemal równocześnie. Nie oznacza to oczywiście istnienia bezpośrednich kontaktów między odległymi cywilizacjami, lecz pokazuje, że już pięć tysięcy lat temu ludzie potrafili organizować pracę tysięcy osób, planować skomplikowane przedsięwzięcia budowlane i tworzyć trwałe centra życia religijnego oraz społecznego. Pozostaje jednak pytanie, czy był to wyłącznie rezultat równoległego rozwoju, czy też istniały czynniki, których współczesna nauka jeszcze nie potrafi wyjaśnić.

          Pod jedną z piramid odkryto najstarsze znane obecnie kipu – system sznurków z węzłami, służący prawdopodobnie do zapisu informacji lub prowadzenia rachunków. Znalezisko to liczy niemal pięć tysięcy lat i znacznie przesunęło wstecz znany okres stosowania tej metody. Badania wykazały również, że ogromne kamienne bloki transportowano przy użyciu trzcinowych mat, których pozostałości odnaleziono podczas wykopalisk.

          W przeciwieństwie do wielu innych stanowisk archeologicznych w Andach, w Caral nie odkryto śladów wojen, fortyfikacji, broni ani masowych zniszczeń. Znaleziono natomiast liczne przedmioty świadczące o rozwiniętym życiu codziennym i ceremonialnym: siedziska wykonane z kości wielorybów, muszle morskie, włókna kaktusów, owoce sprowadzane z dżungli, bloki soli oraz instrumenty muzyczne. W jednej z piramid odkryto trzydzieści dwa flety wykonane z kości pelikanów i kondorów oraz trzydzieści siedem rogów z kości jeleni i lam. Odkryto również ślady substancji o właściwościach psychoaktywnych, które mogły być wykorzystywane podczas obrzędów religijnych i rytuałów.

          Układ urbanistyczny oraz rozwiązania architektoniczne Caral wskazują, że miasto mogło stać się wzorem dla późniejszych kultur prekolumbijskich Ameryki Południowej. Wielu badaczy uważa, że tradycje tej cywilizacji były kontynuowane przez kolejne społeczeństwa andyjskie, a jedną z ich spadkobierczyń mogła być kultura Chavín, rozwijająca się w latach około 1200–600 p.n.e.

          Caral pokazuje, że wysoko rozwinięte ośrodki cywilizacyjne powstawały w różnych częściach świata niezależnie od siebie. Podobne procesy zachodziły w Egipcie, Mezopotamii, dolinie Indusu oraz później w Chinach. Wszystkie te cywilizacje pozostawiły po sobie monumentalne budowle, rozwinięte systemy religijne i imponującą wiedzę z zakresu matematyki, astronomii oraz organizacji życia społecznego. Ich osiągnięcia skłaniają do zadawania pytań o źródła ludzkiej wiedzy oraz procesy, które doprowadziły do narodzin pierwszych wielkich kultur.

          W tym kontekście pojawia się jeszcze jedna refleksja. Judaizm, którego początki wiąże się z II tysiącleciem p.n.e., wywarł ogromny wpływ na rozwój późniejszej cywilizacji Zachodu i stał się fundamentem religii monoteistycznych. Powstaje jednak pytanie, w jakim stopniu jego pojawienie się było odpowiedzią na znacznie starsze tradycje religijne obecne w Mezopotamii, Egipcie, dolinie Indusu czy innych ośrodkach starożytnego świata. Kultury te od tysiącleci posiadały własne systemy wierzeń, rozbudowaną symbolikę oraz opowieści o bogach przekazujących ludziom wiedzę z zakresu rolnictwa, astronomii, architektury, medycyny czy prawa.

          Nie oznacza to, że między tymi tradycjami istniała bezpośrednia ciągłość lub zależność. Warto jednak zastanowić się, czy podobieństwa występujące w mitologiach różnych ludów są wyłącznie wynikiem niezależnego rozwoju, czy też odzwierciedlają wspólne doświadczenia pierwszych cywilizacji. Być może część dawnych przekazów jest jedynie symbolicznym zapisem wydarzeń, których rzeczywisty przebieg pozostaje dziś nieznany. Pytania te wciąż pozostają otwarte i inspirują zarówno archeologów oraz historyków, jak i filozofów, do poszukiwania odpowiedzi na jedno z najstarszych pytań ludzkości: skąd pochodzi wiedza, która pozwoliła naszym przodkom stworzyć fundamenty cywilizacji?