W Starym Testamencie szatan miał rolę bardziej podrzędną. W Nowym Testamencie jego postać nabrała większego znaczenia. Z czasem zaś kultura chrześcijańska rozbudowała jego obraz niemal do samodzielnego bohatera. Szczytem tej popularności stały się czasy Dantego Alighieri (1265–1321). Wizja piekła i szatana z Boskiej Komedii na trwałe weszła do europejskiej wyobraźni. Od tego momentu diabeł przestał być wyłącznie postacią teologiczną. Stał się również bohaterem literatury, malarstwa, teatru, przysłów i języka potocznego. „Pieniądz wygrany – przez szatany dany”; „Grosz zarobiony – błogosławiony”. Szatan schodzi z wysokości teologii do codzienności.
I właśnie tam zaczyna się jego druga kariera – jako symbol. W epoce oświecenia pojawiły się coraz silniejsze wątpliwości dotyczące istnienia złych duchów. Balthasar Bekker (1634–1698), autor Die bezauberte Welt (Zaczarowany świat), oraz Christian Thomasius (1655–1728) odrzucali na podstawie rozumu wpływ złych duchów.
W XIX wieku Schleiermacher uważał wyobrażenie diabła za tak dalece „niemożliwe do utrzymania”, że nie powinno się tego „nikomu wmawiać”. Podobne stanowiska pojawiały się w teologii ewangelickiej u Ritschla, Schlattera i Gloegego.
Rudolf Bultmann zwracał uwagę na niemożność prostego pogodzenia świata „duchów i cudów Nowego Testamentu” ze światem „światła elektrycznego, radia, licznych środków”. Nie chodziło więc koniecznie o odrzucenie Ewangelii.
Jest w Ewangeliach pewien fragment, który dla całego problemu wydaje mi się szczególnie ważny. Jezus mówi do Piotra: „Zejdź Mi z oczu, szatanie!” (Mk 8,33; Mt 16,23). Czy Piotr stał się demonem? Oczywiście nie. A jednak Jezus użył wobec człowieka słowa „szatan”. Co więcej, natychmiast wyjaśnia znaczenie tego określenia: „bo myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki” (Mt 16,23).To zdanie można odczytać jako niezwykle ważną wskazówkę. Szatanem staje się tutaj nie jakiś niewidzialny duch, ale człowiek, który myśli przeciwko Bożemu dobru.
Podobnie Jezus mówi o Judaszu: „Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem” (J 6,70). Judasz był człowiekiem. A jednak został nazwany diabłem. Jeżeli więc Jezus może nazwać człowieka „szatanem” czy „diabłem”, to słowo to nie musi oznaczać wyłącznie nazwy konkretnej istoty nadprzyrodzonej. Może określać postawę, działanie i kierunek ludzkiej woli.
Człowiek może stać się dla drugiego człowieka szatanem. Nie dlatego, że zmienia się w demona, lecz dlatego, że staje po stronie zła.
Jeszcze ciekawszy jest przypadek kobiety uzdrowionej przez Jezusa. Ewangelista Łukasz pisze, że była ona od osiemnastu lat pochylona i nie mogła się wyprostować. Jezus powiedział do niej:„Niewiasto, jesteś wolna od swojej niemocy” (Łk 13,12). Pochylenie postawy można interpretować jako skutek choroby, na przykład porażenia mięśni lub nerwów (Karol Herman Schelkle, Teologia Nowego Testamentu, Stworzenie, Wyd. WAM, Kraków 1984, s. 43).A jednak chwilę później Jezus mówi: „A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi...” (Łk 13,16). Ta sama sytuacja zostaje więc opisana dwoma językami. Językiem niemocy. I językiem szatana. Czy musimy rozumieć to jako informację o fizycznej obecności demona? Niekoniecznie.
Możemy przecież odczytać te słowa jako religijną interpretację ludzkiego cierpienia. Choroba rzeczywiście zniewala człowieka. Ogranicza jego wolność, odbiera mu możliwość normalnego życia, zamyka go w świecie bólu i niemocy.W języku religijnym można powiedzieć: „szatan trzyma go w niewoli”. W języku medycznym: „człowiek cierpi na określoną chorobę”. Oba zdania opisują doświadczenie człowieka, lecz posługują się innym kodem.
Jeżeli przyjąć, że anioły są figurami wykreowanymi w ludzkim umyśle – co zakłada mój pogląd filozoteizmu – wówczas szatan automatycznie traci swoje klasyczne pochodzenie anielskie. Nie ma bowiem potrzeby tworzenia całego niewidzialnego świata, aby wyjaśnić coś, co może być konsekwencją ludzkiej wolności. Ale pozostaje jeszcze inna, bardziej niepokojąca możliwość. Być może demony są obrazem upadłych dusz ludzkich. Być może człowiek tak bardzo potrzebował wyjaśnienia własnego zła, że umieścił je poza sobą. Własną pychę nazwał szatanem. Własną nienawiść nazwał demonem. Własne okrucieństwo przypisał złemu duchowi. W ten sposób człowiek mógł otrzymać wygodne alibi. „To nie ja.”„To szatan.” A przecież znacznie trudniej powiedzieć: „To ja wybrałem zło.”
I tutaj – moim zdaniem – znajduje się najważniejszy punkt całej dyskusji.
Jeżeli szatan jest osobowym bytem, możemy próbować przenieść część odpowiedzialności za zło poza człowieka. Jeżeli jednak szatan jest symbolem, człowiek zostaje z własną wolnością sam na sam. Nie może już wskazać palcem na zewnętrznego sprawcę. Musi spojrzeć w siebie. Dlatego problemem nie jest szatan. Problemem jest grzech. Problemem jest człowiek, który wie, że może uczynić dobro, a mimo to wybiera zło. Problemem jest człowiek, który potrafi skrzywdzić drugiego człowieka dla własnej korzyści. Problemem jest obojętność, gdy można pomóc. Problemem jest kłamstwo, gdy można powiedzieć prawdę. Problemem jest przemoc, gdy można wybrać pokój.Nie potrzebujemy demona, aby wyjaśnić te zachowania. To właśnie wolność czyni człowieka istotą moralną. Ale ta sama wolność może stać się źródłem tragedii.
Bóg – jeśli przyjąć religijną perspektywę – dopuszcza możliwość zła właśnie dlatego, że nie odbiera człowiekowi wolności. Człowiek może powiedzieć „tak”, ale może też powiedzieć „nie”. Może pójść w stronę dobra albo odwrócić się od niego.
Ks. prof. Włodzimierz Sedlak pisał: „zło jest przypadkiem, ale nie naturą” (Teologia Ewangelii, Wyd. Pallottinum, Poznań 1989, s. 228). To zdanie można odczytać jako próbę obrony człowieka przed fatalizmem. Zło nie jest przeznaczeniem. Nie jest drugim bogiem. Nie jest koniecznością. Jest możliwością. I dlatego może zostać odrzucone.
Hans Küng pisał: „Nie, nie musimy dziś przyjmować mitologicznych wyobrażeń szatana i legionu jego diabłów”.
Katolicki profesor teologii Herbert Haag również nie uznawał osobowego szatana. Kardynał Joseph Ratzinger, komentując stanowisko Haaga, pisał: „Profesor Haag żegna się z diabłem nie jako egzegeta, nie jako wykładowca Pisma Świętego, lecz jako człowiek „dzisiejszych czasów”, który istnienie szatana uważa za niemożliwe do podtrzymania”. Tak więc spór nie został rozstrzygnięty. I być może nie musi zostać. Można bowiem wierzyć w osobowego szatana. Można widzieć w nim symbol. Można uważać go za element języka religijnego. Można też odrzucić jego istnienie całkowicie.
W każdym z tych przypadków pozostaje jednak to samo pytanie:
co człowiek robi ze swoją wolnością?
Może więc opowieść o upadłych aniołach jest w gruncie rzeczy opowieścią o nas. Nie o istotach posiadających skrzydła, które pewnego dnia utraciły niebo, lecz o człowieku, który może utracić własne człowieczeństwo. Anioł upadły jest niezwykle sugestywnym obrazem, ponieważ pokazuje, że upadek nie musi zaczynać się od wielkiego czynu. Czasami zaczyna się od myśli. Od przekonania, że mnie wolno więcej. Od pogardy dla drugiego człowieka. Od przekonania, że moja prawda jest ważniejsza niż cudze życie. Potem przychodzi czyn. A po nim przyzwyczajenie. I w końcu człowiek może już nie pamiętać, kiedy właściwie zaczął spadać.
Dlatego nie jestem pewien, czy największym zagrożeniem dla człowieka jest wiara w szatana. Znacznie większym zagrożeniem może być niewiara w możliwość własnego upadku.
Jeżeli bowiem uznamy, że zło zawsze przychodzi z zewnątrz, łatwo przestaniemy dostrzegać jego źródło w sobie. Jeżeli natomiast przyjmiemy, że człowiek posiada wolność, musimy przyjąć również odpowiedzialność. Wtedy „szatan” przestaje być wygodnym wyjaśnieniem. Staje się ostrzeżeniem. Nie chodzi już o to, czy gdzieś istnieje demon z rogami i skrzydłami. Chodzi o coś znacznie bliższego i bardziej niebezpiecznego: o moment, w którym człowiek zaczyna świadomie wybierać to, co niszczy jego samego i drugiego człowieka.
Być może właśnie dlatego starożytna opowieść o upadku aniołów przetrwała do naszych czasów. Bo człowiek od tysięcy lat próbuje odpowiedzieć na to samo pytanie: jak istota zdolna do dobra może stać się zdolna do zła? Może odpowiedź nie znajduje się w świecie demonów. Może znajduje się w wolności. I wtedy anioł upadły nie jest kimś, kto spadł z nieba. Jest obrazem istoty, która miała możliwość wznieść się ku dobru, lecz wybrała kierunek przeciwny. A jeżeli tak, to najbardziej przerażająca część tej opowieści nie dotyczy wcale aniołów. Dotyczy człowieka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz