Łączna liczba wyświetleń

piątek, 30 stycznia 2026

Tlen


          Przełomowym momentem w ewolucji przemian na Ziemi było pojawienie się tlenu. Zjawisko to, zapoczątkowane przez organizmy fotosyntetyzujące, przede wszystkim sinice (cyjanobakterie), doprowadziło do tzw. Wielkiego Zdarzenia Tlenowego, które miało miejsce około 2,4 mld lat temu. Wcześniej na Ziemi istniały wyłącznie organizmy beztlenowe, dla których tlen był substancją toksyczną. Stopniowe uwalnianie tlenu do atmosfery przez sinice całkowicie odmieniło warunki panujące na planecie — z jednej strony doprowadziło do wyginięcia wielu organizmów beztlenowych, z drugiej umożliwiło rozwój bardziej złożonych form życia.

          Wzrost stężenia tlenu w atmosferze pozwolił organizmom na wykorzystanie oddychania tlenowego, które było znacznie bardziej wydajne energetycznie niż procesy beztlenowe. Dzięki temu możliwy stał się rozwój coraz bardziej złożonych komórek eukariotycznych, posiadających jądro komórkowe oraz wyspecjalizowane organella. Kluczową rolę odegrał proces endosymbiozy, w którym bakteria tlenowa została wchłonięta przez inną komórkę — w ten sposób powstały mitochondria, a wraz z nimi pierwsze eukarionty, będące przodkami komórek roślin, zwierząt i grzybów. Oddychanie tlenowe umożliwiło powstawanie większych i bardziej złożonych organizmów.

          W dłuższej perspektywie obecność tlenu w atmosferze doprowadziła także do powstania warstwy ozonowej, która chroniąc powierzchnię Ziemi przed szkodliwym promieniowaniem ultrafioletowym, stworzyła warunki do zasiedlenia lądów. Dalsza ewolucja życia przebiegała etapami i była konsekwencją wcześniejszych przemian środowiskowych. W kolejnych milionach lat pojawiły się organizmy wielokomórkowe, zdolne do podziału funkcji między komórkami, co zwiększało ich przystosowanie do zmieniających się warunków środowiska.

          Jednym z kluczowych momentów w historii życia była eksplozja kambryjska, podczas której nastąpił gwałtowny wzrost różnorodności form życia, zwłaszcza zwierząt morskich. Z czasem organizmy zaczęły opuszczać środowisko wodne — rośliny zasiedliły lądy, a wraz z nimi pojawiły się zwierzęta lądowe. Rozwój tkanek przewodzących, układów oddechowych oraz osłon ciała umożliwił przystosowanie się do życia poza wodą.

          W dalszych etapach ewolucji dochodziło do licznych masowych wymierań i ponownego odradzania się życia w nowych formach. Każde takie wymieranie otwierało drogę do ekspansji nowych grup organizmów. Jednym z najważniejszych było wymieranie kredowe, po którym dominację na lądach przejęły ssaki. W wyniku długotrwałych procesów ewolucyjnych wykształcił się również człowiek, będący częścią, a nie zwieńczeniem, ewolucji życia na Ziemi.

czwartek, 29 stycznia 2026

Ewolucja życia


          Wczoraj przedstawiłem mój pogląd na temat zjawiska życia. Uważam, że pochodzi ono z zewnątrz i ma boskie źródło. Proces ewolucji istot żyjących jest jednak równie fascynujący i dostarcza wielu wrażeń epistemologicznych, skłaniając do refleksji nad granicami ludzkiego poznania.

          Jak podaje nauka, jednymi z pierwszych znanych form życia były cyjanobakterie (sinice). W swojej budowie nie posiadały jeszcze jądra komórkowego, a mimo to — jak na tamten etap rozwoju — były organizmami stosunkowo zaawansowanymi. To właśnie one odegrały kluczową rolę w natlenieniu atmosfery Ziemi, umożliwiając dalszy rozwój bardziej złożonych form życia. Według niektórych współczesnych doniesień naukowych w procesie natleniania atmosfery mogły brać udział również specyficzne, energetycznie aktywne minerały zalegające na dnie pradawnych mórz. Ich właściwości katalityczne mogły sprzyjać reakcjom chemicznym prowadzącym do uwalniania tlenu, uzupełniając biologiczną działalność pierwotnych organizmów fotosyntetyzujących.

          Co istniało wcześniej — tego nie wiemy z całą pewnością. Możemy jedynie domyślać się, że życie poprzedzały prostsze struktury chemiczne, zdolne do samopowielania i stopniowej organizacji. Być może były to prymitywne formy materii ożywionej, znajdujące się na granicy tego, co dziś nazywamy życiem. W tym miejscu nauka spotyka się z filozofią, a nawet teologią, pozostawiając przestrzeń dla różnych interpretacji oraz pytań, na które wciąż brak jednoznacznych odpowiedzi.

          Odpowiedzi na pojawiające się pytania można próbować szukać w funkcjach poszczególnych organelli komórkowych. W swoim działaniu wydają się one bezmyślne i mechaniczne, jednak w rzeczywistości kryje się za nimi precyzyjna, logiczna sekwencja przemian chemicznych, prowadzących do powstania uporządkowanych struktur oraz podtrzymywania procesów życiowych. Ta pozorna prostota, połączona z niezwykłą skutecznością, rodzi szereg nowych pytań egzystencjalnych.

          Weźmy pod uwagę ścianę komórkową – zbudowaną głównie z peptydoglikanu, często otoczona otoczką śluzową. Błona komórkowa – oddziela wnętrze komórki od środowiska, a cytoplazma – wypełnia wnętrze komórki.

          Ściana komórkowa cyjanobakterii pełni kluczową rolę w ich funkcjonowaniu i przystosowaniu do środowiska. Przede wszystkim nadaje komórce kształt oraz zapewnia jej ochronę mechaniczną, zabezpieczając przed uszkodzeniami i zmianami ciśnienia osmotycznego. Dzięki temu cyjanobakterie mogą przetrwać w bardzo zróżnicowanych warunkach środowiskowych, zarówno w wodach słodkich, jak i słonych. Ściana komórkowa stanowi również barierę ochronną przed czynnikami chemicznymi oraz biologicznymi, takimi jak toksyny czy atak innych mikroorganizmów. Uczestniczy ponadto w procesach wymiany substancji między wnętrzem komórki a otoczeniem, kontrolując przepływ jonów i małych cząsteczek.W przypadku cyjanobakterii ściana komórkowa odgrywa także rolę w organizacji aparatu fotosyntetycznego. Pomaga stabilizować strukturę komórki, w której zachodzą reakcje fotosyntezy, a u niektórych gatunków uczestniczy w tworzeniu osłonek śluzowych, chroniących kolonie przed nadmiernym światłem, wysychaniem oraz promieniowaniem UV. Ściana komórkowa cyjanobakterii nie jest jedynie bierną osłoną, lecz aktywnym elementem umożliwiającym ich przetrwanie, efektywne przeprowadzanie fotosyntezy oraz kluczowy udział w kształtowaniu warunków życia na Ziemi. Ważny jest aparat fotosyntetyczny, tylakoidy – błony wewnętrzne, na których zachodzi fotosynteza W niej biorą udzial barwniki fotosyntetyczne: Barwniki te odgrywają zasadniczą rolę w procesie fotosyntezy, umożliwiając organizmom autotroficznym pozyskiwanie energii ze światła słonecznego. Ich głównym zadaniem jest pochłanianie energii promieniowania świetlnego i przekazywanie jej do centrów reakcji, gdzie zachodzą właściwe reakcje chemiczne prowadzące do syntezy związków organicznych. U cyjanobakterii podstawowym barwnikiem fotosyntetycznym jest chlorofil «a», który bezpośrednio uczestniczy w przekształcaniu energii świetlnej w energię chemiczną. Oprócz niego występują barwniki pomocnicze, takie jak fikobiliny (fikocyjanina, fikoerytryna), które poszerzają zakres pochłanianego światła. Dzięki temu cyjanobakterie mogą efektywnie przeprowadzać fotosyntezę nawet w warunkach ograniczonego dostępu do światła lub na większych głębokościach wody. Barwniki fotosyntetyczne pełnią również funkcję ochronną. Część z nich zabezpiecza aparat fotosyntetyczny przed nadmiarem energii świetlnej, która mogłaby prowadzić do uszkodzeń komórki. W ten sposób barwniki nie tylko umożliwiają pozyskiwanie energii, lecz także stabilizują i chronią procesy życiowe organizmu. Dzięki obecności barwników fotosyntetycznych cyjanobakterie mogły odegrać fundamentalną rolę w dziejach Ziemi, przyczyniając się do produkcji tlenu i stopniowego kształtowania atmosfery, co stworzyło warunki do rozwoju bardziej złożonych form życia. To co jest bardzo ważne to materiał genetyczny:nukleoidy (obszar z kolistą cząsteczką DNA) i  plazmidy (dodatkowe cząsteczki DNA -nie zawsze obecne). Ponad to istnieją inne struktury jak: rybosomy (synteza białek), ziarna zapasowe (np. glikogen, polifosforany), pęcherzyki gazowe (u wielu gatunków, pomagają unosić się w wodzie), heterocysty (u niektórych gatunków wyspecjalizowane komórki do wiązania azotu atmosferycznego) i akinety (komórki przetrwalnikowe (też tylko u części gatunków).

          Ewolucja życia jawi się więc nie tylko jako proces biologiczny, lecz także jako zjawisko filozoficzne — świadectwo stopniowego przechodzenia od chaosu do złożoności, od materii nieożywionej do świadomości. To właśnie ta tajemnica sprawia, że badanie życia pozostaje jednym z najważniejszych i najbardziej intrygujących wyzwań ludzkiego umysłu.

 

środa, 28 stycznia 2026

Poszukiwanie Źródła życia

 

          Najbardziej szokującym zjawiskiem w historii świata jest życie. Aby zrozumieć jego początki na Ziemi, musimy cofnąć się o ponad 3,5 miliarda lat. Powtórzmy to wyraźnie: nie miliony, lecz miliardy lat. To skala czasu tak ogromna, że niemal wymyka się ludzkiej wyobraźni.

          Ziemia była wówczas zupełnie inną planetą. Jej powierzchnia pozostawała rozgrzana przez intensywną działalność wulkaniczną, w atmosferze brakowało wolnego tlenu, a oceany — choć gorące — były niezwykle bogate w minerały i związki chemiczne. Nie istniała jeszcze warstwa ozonowa, dlatego planeta była nieustannie bombardowana silnym promieniowaniem ultrafioletowym, wystawiona bez osłony na energię płynącą z kosmosu.

          W tym pozornym chaosie zaczęło się życie. Pojawiły się prymitywne formy chemiczne — mikroskopijne struktury zdolne do samopowielania oraz prowadzenia prostych reakcji metabolicznych. Były to swoiste biochemiczne fabryki, przetwarzające związki siarki, żelaza i wodoru, wykorzystujące energię środowiska do podtrzymywania własnego istnienia.

          Na podstawowe prawa biochemii nałożyły się relacje między powstającymi związkami chemicznymi. To one stopniowo porządkowały zachodzące procesy, prowadząc do coraz większej organizacji materii i wyłaniania się pierwszych, prymitywnych organizmów. Materia uzyskała zdolność „zapamiętywania” swojego stanu, kopiowania informacji oraz powielania własnych struktur. Poprzez błędy i ich konsekwencje dokonywała się selekcja procesów — jedne zanikały, inne utrwalały się w przetrwaniu.

          Należy jednak wyraźnie zaznaczyć, że nawet odtworzenie podobnych warunków w laboratorium nie gwarantuje powstania życia. Nikomu dotąd się to nie udało. Choć przeprowadzane eksperymenty i zainicjowane procesy chemiczne dostarczały obiecujących rezultatów, wciąż pozostają one jedynie przybliżeniem tego, co wydarzyło się na pierwotnej Ziemi.

          Z tego punktu widzenia pojawia się pytanie, czy do powstania życia konieczne było coś więcej niż tylko odpowiednie warunki fizykochemiczne — swoiste „tchnienie” pochodzące z zewnątrz zamkniętego układu. Prawo zachowania energii blokuje każde działanie przeczące jej treści. Życie w wyjątkowy sposób przeciwstawia się rosnącej entropii, tworząc porządek, informację i celowość. Wnosi nową jakość, której nie da się w pełni wyjaśnić prostą sumą procesów chemicznych.

           Stąd mój pogląd, że w kosmosie nie ma życia, bo nie było dotychczas takiej potrzeby. Kosmos zostanie zaludniony przez przyszłe pokolenia.

           Martwa materia ożywiała powoli ale skutecznie. W tych procesach można dostrzec coś, co z perspektywy człowieka przypomina niewidzialną strzałkę kierunku która prowadzi od prostoty ku coraz większej złożoności. Z tej cichej dynamiki, po miliardach lat poprzez wolę, moc wyrażona w energii, praw przyrody,  koncepcji i Inteligentnego Inżyniera – Stwórcy, sprawiły, że pojawił się byt niemal doskonały – człowiek, istota zdolna do refleksji nad własnym pochodzeniem.   

          Jak zapisano w Księdze Rodzaju, człowiek został stworzony „na obraz i podobieństwo Stwórcy” (Rdz 1,26–27) — jako istota, w której materia po raz pierwszy zaczęła zadawać pytania o sens samej siebie. I właśnie tu pojawia się pytanie, które powraca nieustannie: po co? w jakim celu? Być może odpowiedź nie polega na jej ostatecznym odnalezieniu. Być może tajemnica życia wyraża się w samej konieczności ciągłego stawiania tego pytania — w nieustannym poszukiwaniu, które czyni człowieka tym, kim jest.

          Stwórca od samego początku obdarza człowieka wiedzą wlaną — fundamentalnym rozeznaniem dobra i zła oraz wewnętrznym przeczuciem własnego istnienia. Dzięki temu człowiek nosi w sobie moralność naturalną i nieustanne poczucie, że jego byt nie jest przypadkowy. To właśnie ta wewnętrzna zdolność sprawia, że człowiek, stawiając pytania o sens, prawdę i cel, nieustannie poszukuje swojego Źródła.

          Ta koncepcja zaspakaja potrzeby zwykłych wiernych i  nie hamuje potrzeb tych którzy szukają zrozumienia. 

wtorek, 27 stycznia 2026

Niekiedy trzeba być szubrawcem


          Słynne słowa wypowiedziane przez Poncjusza Piłata: „Cóż to jest prawda?” (J 18,38), padają w jednym z najbardziej dramatycznych momentów Ewangelii — podczas procesu Jezusa Chrystusa. Nie są one jedynie retorycznym pytaniem rzymskiego namiestnika ani wyrazem ironii człowieka znudzonego sporem religijnym. Stały się symbolem egzystencjalnego zagubienia wobec prawdy, rozdarcia między sumieniem a politycznym realizmem, odpowiedzialnością a strachem. Postawa Piłata — człowieka władzy, który „umywa ręce”, choć wie, że wydaje wyrok niesprawiedliwy — powraca jak echo w dziejach ludzkości i zaskakująco mocno rezonuje również we współczesnym świecie.

          Ostatnio zapoznałem się z życiorysem Wojciecha Jaruzelskiego. Z lektury dostępnych tekstów i dokumentów wyłania się obraz postaci głęboko niejednoznacznej, a zarazem intrygującej — człowieka uwikłanego w mechanizmy historii, który być może wbrew własnemu wizerunkowi przyczynił się pośrednio do demokratycznych przemian w Polsce. Jego rola była znacząca, lecz okupiona trwałą skazą: etykietą komunisty, zdrajcy, symbolu zniewolenia. Te uproszczone określenia często przesłaniają dramatyzm epoki zimnej wojny, presję Związku Radzieckiego oraz realne zagrożenie użycia siły, które wisiało nad Polską w latach osiemdziesiątych.

          Jeżeli prawdą jest to, co mówią zebrane dokumenty, zapisy rozmów, relacje uczestników wydarzeń oraz późniejsze analizy historyków, Wojciech Jaruzelski zasługuje na ocenę bardziej zniuansowaną. Nie jako bohater bez skazy, lecz jako człowiek zmuszony do wyborów tragicznych — takich, w których każde rozwiązanie niesie moralną stratę. Być może historia postawiła go w roli podobnej do tej, w jakiej znalazł się Piłat: między przemocą a jej ograniczeniem, między odpowiedzialnością za państwo a ceną, jaką płaci się za zachowanie względnego pokoju.

          W tym kontekście powraca myśl, że niekiedy trzeba być szubrawcem, aby zwyciężyło dobro. To zdanie prowokuje, drażni i niepokoi, ale jednocześnie dotyka samego rdzenia etyki odpowiedzialności, o której pisał Max Weber. Historia rzadko daje komfort wyboru między dobrem a złem — znacznie częściej zmusza do wyboru między złem większym a mniejszym. Władza niemal zawsze obciąża sumienie, a decyzje podejmowane w warunkach skrajnych rzadko mogą pozostać moralnie „czyste”.

          Słowa Piłata przypominają, jak łatwo można zbłądzić, przyjmując tylko jedną stronę medalu i ferując wyroki bez próby zrozumienia pełnego kontekstu. Ocena postaci takich jak Jaruzelski wymaga nie tylko pamięci o ofiarach i krzywdach — co jest moralnym obowiązkiem — lecz także odwagi intelektualnej, by wyjść poza proste etykiety i czarno-białe narracje. Być może dopiero wtedy jesteśmy w stanie zbliżyć się do prawdy — trudnej, niepokojącej i niewygodnej, ale bardziej uczciwej wobec historii.

          Moje wieloletnie poszukiwania prawdy o chrześcijaństwie doprowadziły mnie do obrazu tej religii dalekiego od idealizacji. Poznałem liczne nadużycia, grzechy instytucji, mechanizmy władzy, które zaprzeczały głoszonym ideałom. A jednak zakorzeniona we mnie miłość do Kościoła nie daje mi spokoju. I tu ponownie powraca pytanie Piłata: „Cóż to jest prawda?”* — lub, w formie bardziej osobistej: gdzie i jaka jest prawda o tej religii?

          Moje prywatne duchowe zmagania nauczyły mnie filtrować wiedzę, oddzielać instytucjonalne wypaczenia od depozytu wiary i wydobywać to, co nosi znamiona autentycznej prawdy. Chrześcijaństwo odgrywa bowiem istotną rolę w duchowości człowieka, a jego ideały — miłość, miłosierdzie, przebaczenie, ofiara — pozostają ponadczasowe. Aby pogodzić zło obecne w strukturach kościelnych z istotą Ewangelii, trzeba dokonać w sobie głębokiej zmiany epistemologicznej: odejść od literalizmu, uproszczeń i naiwnej pobożności ku dojrzałej wierze, zdolnej unieść paradoks.

          W tym wszystkim dostrzegam sens głębszy. Niekiedy trzeba sięgnąć dna, aby móc się od niego odbić. Niekiedy trzeba spojrzeć na świat oczami Stwórcy — oczami miłości i miłosierdzia, nie rezygnując przy tym z prawdy. Bywa, że nie sama faktografia stanowi o moralnej wartości czynu, lecz intencja, która go poprzedza, oraz odpowiedzialność, jaką człowiek gotów jest za niego ponieść.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Droga wiary w epoce niepewności


          W świecie medialnym można znaleźć wiele informacji oraz teorii zaprzeczających doktrynie chrześcijańskiej. Studiując je uważnie, nie zawsze łatwo jest odrzucić przedstawiane krytyczne argumenty. Prowadzi to do sytuacji, w której przeciętny chrześcijanin zaczyna odczuwać wątpliwości i nie wie, czy nadal wierzyć, czy też poddać swoją wiarę próbie.

          Z drugiej strony, dla niektórych ludzi wiara jest potrzebna jak powietrze. Stanowi ona trwały element ludzkiej natury, głęboko zakorzeniony w sposobie myślenia i postrzegania świata, nadając życiu sens oraz porządek. Powstaje więc pytanie: jak powinien zachować się człowiek, który jest głęboko religijny i silnie utożsamia się z chrześcijaństwem, a jednocześnie styka się z krytyką własnych przekonań?

          Wątpliwości nie muszą oznaczać zdrady wiary. Często są one naturalnym etapem jej dojrzewania. Zamiast je tłumić lub ignorować, warto je nazwać, zrozumieć i uczciwie zbadać źródła argumentów, które je wywołują — zarówno krytycznych, jak i tych płynących z rzetelnej refleksji apologetycznej.

          Media rzadko bowiem dążą do prawdy, częściej skupiają się na sensacji i uproszczeniach. Dlatego tak istotne jest stawianie pytań: kto mówi, w jakim celu i na jakich założeniach opiera swoje twierdzenia? Krytyczne myślenie nie osłabia wiary, lecz może ją chronić przed powierzchownym zwątpieniem i bezrefleksyjnym odrzuceniem.

          Wiara „dziecięca” łatwo się kruszy, gdy zderza się z trudnymi pytaniami. Wiara dojrzała natomiast potrafi dopuścić paradoksy, napięcia i tajemnice. Lektura teologii, filozofii czy historii Kościoła często ukazuje, że wiele współczesnych, rzekomo nowych zarzutów było już wcześniej analizowanych i doczekało się pogłębionych odpowiedzi.

           Nie można jednak sprowadzać wiary wyłącznie do sfery argumentów. Żyje ona również doświadczeniem: modlitwą, ciszą, wspólnotą oraz działaniem na rzecz innych ludzi. Pozbawiona tego wymiaru staje się jedynie teorią, podatną na każdą krytykę i oderwaną od codziennego życia.

          Trzeba także uznać, że nie wszystko da się rozstrzygnąć logicznie. Przyjęcie faktu, iż pewne pytania pozostaną bez jednoznacznej odpowiedzi, bywa bardziej uczciwe niż nieustanna walka o absolutną pewność. Człowiek nie dysponuje pełnią poznania, a jego rozum ma swoje granice.

          Rozterki przeżywane w samotności często narastają. Tymczasem rozmowa z kimś mądrym — duchownym, teologiem, filozofem czy dojrzałym wierzącym — potrafi uporządkować chaos myśli i pomóc spojrzeć na problem z innej perspektywy.

          Historia dostarcza faktów, lecz prawda rodzi się w ich interpretacji. Ta zaś zależy od ludzkich zdolności poznawczych, posiadanej wiedzy, a także osobistych doświadczeń i oczekiwań. W tym sensie poznanie prawdy zawsze nosi znamiona subiektywności, natomiast prawda absolutna pozostaje domeną Boga. Kto nie potrafi zaakceptować tego stanu rzeczy, skazany jest na ciągłe poczucie niepewności i wewnętrzny niepokój.

          Każdy człowiek posiada własny punkt widzenia i za prawdę często uznaje to, co podpowiada mu serce. Próby narzucania innym przekonań zazwyczaj przynoszą więcej szkody niż pożytku. Każdy musi samodzielnie przetworzyć posiadaną wiedzę, przefiltrować ją przez własne doświadczenie i dopiero wtedy zaakceptować to, w co wierzy.

          Z czasem, pod wpływem nowych doświadczeń lub odkryć, człowiek może dokonać korekty swojego światopoglądu. Nie ma w tym nic dziwnego. Życie jest drogą — nieustannym zmierzaniem ku prawdzie, choć często jest to prawda przeżywana osobiście. Po drodze mogą pojawiać się zmiany spojrzenia, kryzysy, a nawet okresowe przerwy w wierze. Wszystko to stanowi naturalny element ludzkiego rozwoju. Jak głosi popularne powiedzenie: tylko zwierzęta nie zmieniają poglądów.

          To co udaje się odczytać w dzisiejszym temacie to to, że Bóg chcę, aby człowiek bez przerwy Go poszukiwał.

niedziela, 25 stycznia 2026

Niepodważalna Prawda

 

          Być może nadchodzi czas, aby na nowo przemyśleć swój stosunek, podejście do wiary. Nie chodzi o jej odrzucenie, lecz o przesunięcie akcentów — o odejście od wyłącznie tradycyjnie pojmowanej religijności na rzecz głębokiego, wewnętrznego dialogu z Absolutem, Stwórcą. Jego istnienie można traktować jako niepodważalną prawdę: obecną poza doktrynami i rytuałami, a jednocześnie bliską, osobistą i intymnie doświadczaną. Jego Istnienie oraz Opatrzność ujawniają się bowiem wyraźnie w doświadczeniach życiowych, w harmonii i logice świata, w ciszy sumienia, a także w chwilach granicznych, gdy człowiek przekracza samego siebie — własne lęki, ograniczenia i ego.

          Trudno przejść obojętnie wobec mnogości bezpośrednich i pośrednich świadectw Jego istnienia i działania. Od zarania dziejów Stwórca był przywoływany, czczony i uwielbiany pod różnymi imionami. Nazwy te zmieniały się wraz z kulturą, językiem i epoką, lecz nie to jest istotne. Istotne pozostaje samo Jego istnienie — „On jest i być musi”, jak głosi jeden z aksjomatów filozoteizmu (autora). Fakt, że nie jest widzialny, nie powinien dziwić. Jest przecież Absolutem, Bytem duchowym, przekraczającym materialne formy. Jest obecny we wszystkim: w prawach przyrody, w porządku kosmosu, w ludzkich przeżyciach duchowych, w intuicji sensu i dobra.

          Autentyczny ateizm wydaje się zjawiskiem rzadkim — często nie tyle wynika z rozumu, ile z braku wrażliwości na wymiar metafizyczny istnienia. Bez odniesienia do Stwórcy trudno bowiem spójnie i sensownie wyjaśnić całość rzeczywistości. To On stanowi klamrę spinającą wiedzę empiryczną z doświadczeniem wewnętrznym, rozum z przeżyciem, fakt z sensem.

          Jak wielokrotnie podkreślałem, różne religie mówią o Tym Jednym na rozmaite sposoby. Formy kultu są zjawiskami kulturowymi — bywały skromne i ascetyczne, innym razem barwne, kwieciste, pełne symboliki i harmonii. Każda z nich jest próbą wyrażenia Niewyrażalnego. Współczesny świat szczególnie potrzebuje pluralizmu religijnego, inkluzywizmu (jedna religia dostępna wszystkim) oraz autentycznego dialogu międzyreligijnego — szeroko rozumianego ekumenizmu. Różnorodność kultów i tradycji nie jest zagrożeniem, lecz bogactwem kulturowym i duchowym ludzkości, świadectwem wspólnego poszukiwania tej samej Niepodważalnej Prawdy.

          Próby wspólnych modlitw, uroczystości i świętowania są już od pewnego czasu podejmowane. Stanowią ważny przykład wspólnego działania i stanowią przykład zaangażowania oraz dążenia do umacniania jedności: "To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali" (J 15,17). Ale byłoby pięknie – trochę miłości to jak trochę dobrego wina.        

          Jedna religia eliminuje na przykład wojny religijne, które często wynikają z różnic doktrynalnych i sporów światopoglądowych. Jedna obowiązująca moralność uchroniłaby na przykład kobiety przed restrykcyjnymi reżimami religijnymi, które ograniczają ich prawa i wolność osobistą. Może to co piszę jest utopią, ale spróbować warto.

         Dla mnie bliższe jest chrześcijaństwo, ponieważ urodziłem się i wychowałem w tym środowisku. Jednak wiedza, którą z czasem zdobyłem, utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to religia najbardziej dojrzała — zarówno pod względem moralnym, jak i duchowym. Pomijam przy tym próby jej upiększania, rozumiejąc, że podejmowano je w dobrej wierze. W wyniku tych zmian powstał piękny kult, który mimo pewnego przejaskrawienia — nadal daje duchowe ukojenie.

          Po oczyszczeniu chrześcijaństwa z pomyłek i niepotrzebnych naleciałości mogłoby ono w pełni odpowiadać ludzkim oczekiwaniom. Pozostaje jednak pytanie, jak przywrócić dobre imię instytucji kościelnej, aby Kościół instytucjonalny mógł ponownie zbliżyć się do Kościoła Chrystusowego?

          W tym względzie pozostaję pełen sceptycyzmu. Każda ludzka instytucja narażona jest na ludzkie błędy i słabości. Niekiedy trzeba wszystko spalić i unicestwić, aby mogło narodzić się na nowo. Zgodnie z rozmową Nikodema z Jezusem: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego” (J 13,3).

          Pozostaje więc oczekiwanie na przyjście nowego Nauczyciela, który miałby moc dokonać nowego aggiornamento w chrześcijaństwie.

sobota, 24 stycznia 2026

Kryzys chrześcijaństwa

 

          Kryzys Kościoła chrześcijańskiego jako instytucji coraz wyraźniej przenosi się na kryzys jego doktryny. Utrata autorytetu moralnego, spadek zaufania społecznego, skandale oraz nasilające się procesy sekularyzacyjne sprawiają, że tradycyjne nauczanie Kościoła bywa dziś kwestionowane nie tylko przez osoby niewierzące, lecz także przez samych chrześcijan. To zjawisko nie jest nowe — historia chrześcijaństwa zna już okresy głębokich wstrząsów, reform i sporów — jednak współczesny kontekst naukowy, kulturowy i medialny nadaje mu wyjątkową intensywność.

          W odpowiedzi na te procesy prowadzi się liczne badania oraz refleksje teologiczne, filozoficzne i historyczne, których celem jest uwiarygodnienie przesłania chrześcijańskiego depozytu wiary oraz ukazanie jego aktualności we współczesnym świecie. Coraz częściej mówi się o potrzebie „oczyszczenia” wiary z naleciałości kulturowych, historycznych czy instytucjonalnych, które mogą przesłaniać jej istotę.

          Nie wdając się w szczegółowe spory teologiczne, chciałbym niniejszym tekstem pomóc tym, którzy czują się zagubieni w wierze. To, co przez lata stanowiło duchowe oparcie i źródło sensu, coraz częściej bywa dziś poddawane krytycznej analizie i stawiane pod pręgierzem badań naukowych. Konfrontacja wiary z metodami współczesnej nauki może rodzić niepewność, a nawet zwątpienie, lecz nie musi prowadzić do jej odrzucenia. Może stać się impulsem do dojrzalszego, bardziej świadomego przeżywania wiary — wiary, która nie boi się pytań.

          Depozyt wiary warto oglądać nie tylko „oczami duszy”, lecz także rozumem. Już św. Augustyn i św. Tomasz z Akwinu podkreślali, że rozum i wiara nie stoją ze sobą w sprzeczności, lecz wzajemnie się uzupełniają. Dlatego wydaje się rozsądne, by oprzeć wiarę na pewnikach uznawanych przez szerokie grono ludzi wierzących i myślących, a kwestie niepewne, symboliczne czy historycznie problematyczne pozostawić otwarte na dalsze poszukiwania.

          Takim pewnikiem — przynajmniej dla mnie — jest konieczność istnienia Absolutu: Stwórcy, Pierwszej Przyczyny istniejącego Wszechświata. Argumenty kosmologiczne, filozoficzne i metafizyczne, od Arystotelesa po współczesnych filozofów religii, wskazują, że istnienie świata domaga się racjonalnego wyjaśnienia wykraczającego poza samą materię. Choć obecność Boga nie jest bezpośrednio widoczna, wielu ludzi doświadcza Go jako Opatrzności — subtelnej, ale realnej obecności w życiu, która daje poczucie sensu, ładu i nadziei.

          Koncepcja Syna Bożego, która bywa trudna do przyjęcia dla osób wahających się w wierze, może znaleźć swoje głębsze uzasadnienie w idei powszechnego dziecięctwa Bożego. W sensie duchowym wszyscy ludzie — poprzez wspólną naturę i zdolność do miłości, dobra i transcendencji — są „dziećmi Boga”. Chrześcijaństwo ukazuje tę prawdę w sposób symboliczny i osobowy w postaci Jezusa Chrystusa. Idea Syna Bożego, nawet jeśli bywa kwestionowana dogmatycznie, jest niezwykle piękna w swej treści: łączy w sobie obraz Boga bliskiego człowiekowi oraz ideał człowieczeństwa otwartego na miłość i ofiarę.

          Historyczność Jezusa z Nazaretu nie jest poważnie podważana przez naukę — potwierdzają ją źródła chrześcijańskie i pozachrześcijańskie. Można dyskutować nad szczegółami Jego życia, nad interpretacją cudów czy nad redakcją ewangelii, lecz sama postać Jezusa pozostaje jednym z najlepiej udokumentowanych punktów starożytnej historii religijnej. Cuda można traktować jako element języka religijnego i symbolicznego, podobnie jak opowieść o Maryi Dziewicy — niekoniecznie jako zapisy kronikarskie, lecz jako nośniki głębokiego sensu teologicznego i duchowego.

          W życiu społecznym istnieją idee i inicjatywy, które ludzie przyjmują z wielką estymą, mimo że nie mają one charakteru naukowego czy racjonalnego w ścisłym sensie — przykładem może być Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Jej siła tkwi w emocjach, solidarności i wspólnym doświadczeniu dobra. Dlaczego więc chrześcijaństwo nie mogłoby być przyjmowane także jako duchowy obraz wiary — narracja, która napełnia ludzką duszę miłością, nadzieją i pozytywną energią, nawet jeśli nie wszystkie jej elementy da się zweryfikować empirycznie?

          Być może nauka będzie coraz bardziej stanowczo badać historyczność i genezę chrześcijańskiego przesłania. Nie musi to jednak prowadzić do zniszczenia wrażliwości na dobro i miłość Stwórcy. Nauka odpowiada na pytanie „jak?”, wiara zaś — „po co?”. Te dwie perspektywy nie muszą się wzajemnie wykluczać.

          Podobnie jak nie uznaję istnienia obcych cywilizacji w kosmosie, a mimo to z zainteresowaniem śledzę bieżące badania astronomiczne, tak też będę czytał o naukowych odkryciach dotyczących chrześcijaństwa. Krytyka doktryny nie zagłuszy we mnie wiary w istnienie Stwórcy, a Jezus Chrystus pozostanie dla mnie nie tylko postacią religijną, lecz przede wszystkim przykładem duchowej i moralnej wielkości człowieka.

piątek, 23 stycznia 2026

Ocena moralna czynów


          Każdy człowiek posiada zdolność dokonywania w swoim wnętrzu moralnej oceny ludzkich uczynków. Znacznie łatwiej jednak przychodzi nam ocenianie postępowania innych niż własnych działań. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ nasze osobiste cechy, słabości, lęki oraz oczekiwania często zagłuszają przejrzystość umysłu. Patrzymy na siebie przez pryzmat usprawiedliwień, a na innych — przez pryzmat wymagań. W rezultacie świat i ludzkie postępowanie odbieramy w sposób nieuchronnie subiektywny.

          Osoby, którym określone zasady zostały wpojone na skutek indoktrynacji — na przykład poprzez wychowanie w reżimie religijnym lub w systemach ideologicznych — doświadczają dodatkowych obciążeń poznawczych. Na ich umysł nakładają się bowiem zewnętrzne wpływy, które mogą działać jak filtr poznawczy, ograniczając autonomię myślenia i utrudniając samodzielną refleksję moralną.

          Człowiek ma naturalną skłonność do stronniczości w ocenach moralnych, co często prowadzi do asymetrii osądów: inne kryteria stosujemy wobec siebie, a inne wobec innych. Taka nierównowaga sprzyja uproszczeniom, pochopnym wnioskom i moralnemu samozadowoleniu.

          Dlatego zarówno w ocenie cudzych, jak i własnych czynów, warto dążyć do jak największego obiektywizmu. Może on opierać się na posiadanej wiedzy z zakresu psychologii oraz innych dyscyplin naukowych, takich jak socjologia czy etyka, a także na refleksji nad kontekstem, intencjami i uwarunkowaniami ludzkiego działania. Tylko takie podejście pozwala zbliżyć się do bardziej sprawiedliwej i dojrzałej oceny moralnej.

          Często małżonkowie potrafią zgodzić się w ocenach zachowania innych ludzi, jednak nie są w stanie wypracować satysfakcjonujących, osobistych relacji między sobą. Łatwiej im formułować wspólne sądy na temat świata zewnętrznego niż zmierzyć się z własnymi emocjami, potrzebami i odpowiedzialnością w bezpośredniej relacji małżeńskiej. Ten smutny obrazek jest bardzo powszechny.

          Ludzie powszechnie uważani za „dobrych” niejednokrotnie skrywają niechęć wobec tych, którzy wybierają własny, oryginalny sposób życia. Ich barwność — widoczna w ubiorze, zachowaniu oraz publicznym wyrażaniu poglądów — bywa odbierana jako prowokująca, a nawet zagrażająca. Zamiast ciekawości rodzi się irytacja, lęk lub poczucie dyskomfortu, które przeradzają się w negatywne emocje. Odmienność staje się wówczas nie tyle faktem, ile wyzwaniem dla utrwalonych norm i wewnętrznych przekonań obserwatora.

          Ci, którzy świadomie zamierzają szokować innych swoim ubiorem lub zachowaniem, powinni mieć świadomość, że sami prowokują niechęć oraz krytyczne oceny. Przekraczanie powszechnie przyjętych norm obyczajowych często wywołuje sprzeciw, zwłaszcza gdy odbywa się w przestrzeni publicznej. Przykładowo, podczas niektórych parad osób LGBT zdarzają się zachowania uznawane przez część społeczeństwa za obsceniczne lub niestosowne. Nie wszystkim się to podoba, a wielu rodziców pragnie chronić swoje dzieci przed treściami, które uważają za nieodpowiednie dla ich wieku.

          Tolerancja powinna działać w obie strony. Tak jak większość społeczeństwa powinna okazywać szacunek i otwartość wobec mniejszości, tak również przedstawiciele mniejszości powinni respektować normy kulturowe i obyczajowe zakorzenione w tradycji danego społeczeństwa. Wzajemny szacunek i umiar sprzyjają dialogowi, natomiast prowokacja i eskalacja emocji prowadzą raczej do pogłębiania podziałów niż do wzajemnego zrozumienia.

 

czwartek, 22 stycznia 2026

Dobro przeciwieństwo zła


          Wczoraj pisałem o błądzeniu i grzeszności. Dziś poruszę przeciwieństwo zła – dobro. Jego generowanie nie dotyczy wyznawców jednej wiary, lecz wszystkich religii, a nawet ludzi niewierzących. Każdy może je tworzyć. Czym zatem jest dobro?

          Dla lepszego rozeznania można ten rzeczownik niejako „zmaterializować” i spróbować badać jego formę bytu. Religie judaistyczno-chrześcijańskie przypisują dobru najwyższy status, utożsamiając je z boskością – mówiąc: Bóg jest Najwyższym Dobrem, Bóg jest Miłością. Można też traktować dobro orzecznikowo, jako funkcję zależną od uczynków. Wówczas dobro staje się funkcjonałem – bytem relacyjnym, a nie substancjalnym.

          Ważne jest uświadomienie sobie, że dobro stanowi jeden z fundamentalnych budulców wszechświata. Jego natura jest energetyczna i dynamiczna, podobna do natury Stwórcy. Aby świat mógł trwać w istnieniu, potrzebuje dobra jako swoistego paliwa podtrzymującego ład i harmonię. Bóg, powołując człowieka na swoje podobieństwo, wzywa istoty inteligentne do współuczestnictwa w procesie odnawiania świata. Człowiek zostaje obciążony odpowiedzialnością współdziałania.

          Zło niszczy porządek rzeczy, a do jego przezwyciężenia konieczne jest dobro. W tym sensie pojęcie funkcjonału oddaje swój sens – dobro podlega interferencji: może się wzmacniać we wspólnym działaniu lub słabnąć w zetknięciu ze złem. Dobro nie istnieje w izolacji – działa, promieniuje, oddziałuje.

          Katecheza chrześcijańska uczy, że źródłem wszelkiego dobra jest Bóg. To prawda, lecz człowiek, poprzez swoją wolną wolę i przy pomocy Łaski, może przyczyniać się do powstawania wielkich dzieł dobra. Energia dobra nie znika – może się rozpraszać, osłabiać lub łączyć z innymi przejawami dobra, wchodząc w iterację i wzajemne wzmacnianie. Jak się często mówi: jedno dobro rodzi kolejne.

          Jak już wspomniałem, dobro mogą generować także wyznawcy innych religii. Jako chrześcijanin przywołam jednak to, co jest mi najbliższe: „Był to człowiek dobry i pełen Ducha Świętego i wiary” (Dz 11,24). Jak uczy katecheza, nie chodzi tu o perfekcję moralną, lecz o szczere dążenie do dobra i nieustanne doskonalenie się.

          Wzorem postawy dobrego człowieka pozostaje nauka płynąca z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Jezus nauczał, że prawdziwa dobroć wypływa z serca i objawia się w miłosierdziu, sprawiedliwości oraz miłości bliźniego. Nie wystarczy jedynie deklarować wiarę – trzeba ją potwierdzać czynami.

          Dobry chrześcijanin nie ogranicza się zatem wyłącznie do rytuałów, takich jak uczestnictwo we Mszy Świętej czy modlitwa, choć są one niezwykle ważne. Przede wszystkim stara się żyć świadectwem na co dzień: okazuje współczucie, unika niepotrzebnego narzekania, przebacza doznane krzywdy i niesie nadzieję tym, którzy przeżywają trudności.

          We współczesnym świecie bycie dobrym oznacza wierność własnemu sumieniu i moralności. To postawa odwagi w czynieniu dobra, uczciwości w pracy oraz szacunku wobec drugiego człowieka. Taki człowiek staje się cichym, lecz czytelnym świadectwem przynależności do Homo sapiens – istoty rozumnej i godnej, stworzonej na podobieństwo Boga.

          Aby być nazwanym dobrym, nie trzeba wiele. Wystarczy właściwy stosunek do współpracy, szacunek dla przyrody i wszelkiego stworzenia. Być życzliwym wobec otoczenia, chronić najsłabszych, pomagać i wspierać tych, którzy oczekują pomocy.

          Dobre uczynki sprawiają, że człowiek unosi się ponad przeciętność, zbliża się do swojego Stwórcy, a nawet – w wymiarze duchowym – dąży do zjednoczenia z Nim w świętym misterium. Człowiek nie może być bez przerwy dobry – to niemożliwe – lecz może trwać w nieustannej potrzebie czynienia dobra.

środa, 21 stycznia 2026

Błądzić jest rzeczą ludzką


          Według aforyzmu: "Błąd jest regułą; prawda zdarza się jedynie jako szczęśliwy wyjątek" lub inaczej. "Błąd stanowi regułę poznania, a prawda pojawia się jedynie jako przypadkowe odstępstwo od niego". Niektórzy tłumaczą: "Błąd rządzi naszym myśleniem, a prawda bywa jedynie ubocznym skutkiem jego niedoskonałości". "Skoro błąd jest regułą, prawda nie może być niczym więcej niż chwilowym, niepewnym przypadkiem błędu".

          Aforyzm jak i tytuł "Błądzić jest rzeczą ludzką" (łac. Errare humanum est), który pochodzi z literatury łacińskiej pochodzi i przypisywany jest różnym autorom antycznym, choć popularna pełniejsza forma z dodatkiem "ale trwać w błędzie jest diabelskie" jest silnie związana z św. Hieronimem, a też Seneką Starszym i Cyceronem. Jest to fundamentalna myśl wskazująca na uniwersalność błędów w ludzkim doświadczeniu. 

          Z tych interpretacji wynika, że błąd (grzech) jest czym naturalnym. Nawet Jezus w swojej nauce mówi: "Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia" (Mt 18,7). Prawdę tę  ujawnia PŚ: " Czemuż, o Panie, dozwalasz nam błądzić z dala od Twoich dróg" (Iz 63,17);  "Rządcom ziem odbierze rozsądek, po bezdrożach pozwoli im błądzić (Hi 12,24). A ks. Jan Twardowski w swojej twórczości pisze; "W życiu musi być dobrze i niedobrze. Bo jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze".

          Aforyzm o błędzie jako regule poznania dotyczy przede wszystkim ograniczeń ludzkiego poznania: człowiek nie dochodzi do prawdy wprost, lecz poprzez próby, pomyłki i korekty. Prawda nie jest tu zaprzeczeniem błędu, lecz czymś, co wyłania się z jego przezwyciężania. W tym sensie „błąd” ma charakter epistemologiczny, a nie moralny.

          Zachodzi tu przesunięcie znaczenia: błąd zostaje utożsamiony z grzechem. To przejście nie jest oczywiste i wymaga wyraźnego zaznaczenia. W tradycji biblijnej grzech nie jest „regułą” w sensie normy, lecz faktem powszechnym wynikającym z ludzkiej słabości i wolności. Słowa Jezusa: „Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia” nie usprawiedliwiają zła, lecz stwierdzają jego nieuchronność w świecie ludzi niedoskonałych.

          Podobnie cytaty z Pisma Świętego (Iz 63,17; Hi 12,24) nie głoszą, że błąd jest czymś dobrym lub pożądanym, lecz że błąd jest dopuszczony jako konsekwencja oddalenia się od Boga albo jako wyraz ludzkiej ograniczoności. To ważne rozróżnienie: dopuszczenie ≠ aprobata.

          Myśl ks. Jana Twardowskiego domyka tę refleksję w tonie egzystencjalnym: niedoskonałość, napięcie między „dobrze” i „niedobrze”, stanowi warunek autentycznego życia i wzrostu. Nie chodzi o afirmację błędu, lecz o uznanie, że pełnia dobra bez doświadczenia braku staje się pusta. Nasuwa się więc wniosek, że człowiek jest istotą omylną. Błąd nie jest celem ani normą, lecz drogą, na której prawda — poznawcza, moralna czy duchowa — objawia się rzadko, krucho i zawsze jako dar, a nie trwały stan. Jeśli błąd jest „regułą”, to nie dlatego, że powinien nią być, lecz dlatego, że taka jest kondycja człowieka.

         Konieczność istnienia grzechów przypomina mi o podobnej mądrości istnienia cierpienia, jako zjawiska wręcz koniecznego, choć nie dla wszystkich jest to do zaakceptowania.

          Jeżeli przyjmiemy, że grzech jest dopustem Bożym, można dostrzec w tym pewną ukrytą mądrość. Jeśli bowiem Bóg dopuszcza możliwość błądzenia, to nie po to, aby człowieka pogrążyć, lecz aby pozostawić mu przestrzeń wolności, odpowiedzialności i wzrostu. Z takiego założenia wynika konieczność odrzucenia nadmiernego lęku i skrupułów związanych z własną niedoskonałością. Nie należy więc żyć w ciągłym zamartwianiu się i w stresie, lecz raczej dbać o umiar w myślach i uczynkach oraz o szczerość intencji.

          W tym kontekście warto przypomnieć, że w czasie spowiedzi nie ma obowiązku wyznawania grzechów lekkich, co samo w sobie wskazuje na istnienie hierarchii win oraz na fakt, że moralność nie jest mechanizmem zero-jedynkowym. Rodzi się jednak pytanie: kto weryfikuje wagę popełnionych złych uczynków? Odpowiedź prowadzi do sumienia — wewnętrznej zdolności rozeznawania dobra i zła, wpisanej w naturę każdego człowieka.

          To właśnie sumienie, kształtowane przez rozum, doświadczenie i wrażliwość moralną, stanowi pierwsze miejsce sądu nad własnym postępowaniem. Dlatego człowiek powinien nauczyć się ufać temu wewnętrznemu głosowi, zamiast przenosić całą odpowiedzialność na zewnętrzne normy lub instytucje. Ostatecznie bowiem Stwórca nie jest bezdusznym Sędzią, rozliczającym człowieka z drobiazgowej buchalterii win, lecz Bogiem relacji, miłosierdzia i zrozumienia, który zna intencje serca lepiej niż jakikolwiek ludzki trybunał.

          Tak rozumiana odpowiedzialność moralna nie znosi potrzeby nawrócenia ani pracy nad sobą, ale uwalnia od paraliżującego lęku. Człowiek nie zostaje wezwany do bezbłędności, lecz do uczciwości wobec siebie, innych i Boga — a to wymaga nie perfekcji, lecz prawdy i zaufania.

wtorek, 20 stycznia 2026

Powstanie nowe Niebo i Nowa Ziemia


          Pozostając w nadziei, że ludzkość może jeszcze dokonać wielu wspaniałych odkryć dotyczących przeszłości, już dziś powinniśmy umieć mądrze zagospodarować wiedzę, która jest nam dostępna. To ona pozwala nam nie tylko lepiej rozumieć rzeczywistość, lecz także brać odpowiedzialność za kształtowanie przyszłości. Człowiek nie jest bowiem jedynie biernym obserwatorem dziejów, ale ich współtwórcą.

          Wiemy, że świat ulega nieustannej ewolucji. Wszystko zmienia się w czasie i — zgodnie z prawami fizyki — zmierza ku stopniowemu rozproszeniu energii. Proces ten bywa interpretowany jako zapowiedź końca, jako powolna droga ku entropii i wyczerpaniu. Nie musi on jednak oznaczać zagłady, lecz raczej głęboką przemianę. Tradycja biblijna ujmuje tę intuicję w słowach pełnych nadziei: „Powstanie nowe Niebo i Nowa Ziemia” (Apokalipsa). Nie jest to wizja unicestwienia świata, lecz jego odnowienia — przejścia z jednej formy istnienia w inną, doskonalszą.

          Skoro energia nie ulega całkowitej anihilacji, lecz jedynie przemianom, można przypuszczać, że istnienie świata ma w swojej naturze wpisaną wieczność. Nie jest to wieczność rozumiana jako bezruch i niezmienność, lecz jako ciągłość istnienia poprzez nieustanne przeobrażenia. W tym sensie kres jednych form bytu staje się początkiem nowych. Historia wszechświata jawi się więc nie jako droga ku pustce, ale jako proces prowadzący ku pełniejszemu istnieniu, ku rzeczywistości „nowego Nieba i nowej Ziemi”.

          W tym miejscu rodzi się pytanie zasadnicze: jak żyć, aby wpisać się w boską koncepcję stwórczą? Jak sprawić, by nasze życie nie było jedynie biologicznym trwaniem, lecz świadomym uczestnictwem w dziele odnowy świata? Odpowiedzi na te pytania poszukuje etyka, czyli nauka o moralności. To ona wskazuje, w jaki sposób człowiek powinien korzystać ze swojej wolności, aby nie niszczyć siebie i innych, lecz współtworzyć dobro.

          Według mojego rozeznania ludzkość dokonała w tej dziedzinie ogromnego wysiłku, który trwa do dziś. Paradoksalnie jednak człowiek często sam tworzy sobie pęta — systemy lęków, uprzedzeń i fałszywych przekonań — które nie pozwalają mu w pełni otworzyć się na dobro. Zamiast rozwijać w sobie podobieństwo do Stwórcy, zamyka się w egoizmie i krótkowzroczności. Tymczasem istota stworzona na Boże podobieństwo powołana jest do wolności, miłości i odpowiedzialności.

          Jeśli więc „nowe Niebo i nowa Ziemia” mają stać się rzeczywistością, muszą najpierw zacząć się w człowieku. Od przemiany ludzkiego serca zależy bowiem przemiana świata. W tym sensie eschatologiczna obietnica nie jest jedynie wizją przyszłości, lecz także zadaniem teraźniejszości.

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Ostatnie zlodowacenie z dużą ostrożnością


          Ostatnie zlodowacenie rozpoczęło się około 115 tys. lat temu. Zakończyło się około 11,7 tys. lat temu, po czym rozpoczął się obecny okres ciepły – holocen. Niektóre opracowania wskazują także na około 21 tys. lat temu jako moment maksimum zlodowacenia, czyli najchłodniejszej fazy, gdy lądolody miały największy zasięg. Różnice te wynikają z faktu, że badacze odnoszą się do różnych etapów tego samego zlodowacenia: jego początku, maksimum lub końca.

          Faktem jest, że przed powstaniem współczesnej cywilizacji Ziemia znajdowała się w epoce lodowcowej, która znacząco wpłynęła na środowisko przyrodnicze i warunki życia ludzi. Rozległe lądolody przekształcały krajobraz, niszczyły osady ludzkie, zmuszały społeczności do migracji oraz mogły przyczyniać się do zaniku wielu dawnych kultur. W wyniku procesów lodowcowych część śladów działalności człowieka została zniszczona lub ukryta pod osadami, co sprawia, że poznanie najdawniejszych dziejów ludzkości jest dziś trudne i niepełne.

          Z okresu ostatniego zlodowacenia (paleolitu) zachowało się wiele artefaktów, choć są one rozproszone i często fragmentaryczne. Są to głównie ślady działalności łowców-zbieraczy, a nie rozwiniętych cywilizacji. Najważniejsze z nich to narzędzia kamienne, takie jak groty oszczepów i strzał, noże krzemienne, skrobacze do obróbki skór, rylce do obróbki kości i drewna oraz pięściaki (ze starszych faz paleolitu). Wykonywano je z krzemienia, kości i poroża. Znajdowane są m.in. w jaskiniach oraz na dawnych obozowiskach w Europie, Azji i Afryce.

          Odnaleziono również broń myśliwską, w tym oszczepy z drewnianymi drzewcami (np. znaleziska z Schöningen w Niemczech), miotacze oszczepów, harpuny z kości i poroża oraz groty z krzemienia i kości. Świadczą one o polowaniach na mamuty, renifery, bizony i konie. Odkryto także dzieła sztuki, takie jak malowidła naskalne (np. Lascaux i Altamira), ryty naskalne oraz figurki wenus paleolitycznych (np. Wenus z Willendorfu). Przedstawiają one zwierzęta, sceny łowieckie i postacie kobiece, co świadczy o rozwiniętej symbolice i wierzeniach.

          Zidentyfikowano również ślady osadnictwa: pozostałości obozowisk (paleniska, jamy), kości zwierząt z wyraźnymi śladami obróbki oraz konstrukcje z kości mamutów (np. na Ukrainie). Dowodzą one, że ludzie potrafili przystosować się do surowego klimatu epoki lodowcowej.

          Bardzo ważne są także znaleziska szczątków ludzkich. Zachowały się szkielety neandertalczyków i pierwszych Homo sapiens w Europie, m.in. pochówki z wyposażeniem grobowym oraz ślady leczenia urazów. Pokazują one rozwój kultury, empatii i więzi społecznych. Znajdowane przedmioty codziennego użytku, takie jak igły z kości, ozdoby z zębów zwierząt i muszli, zawieszki oraz paciorki, świadczą o istnieniu estetyki i tożsamości kulturowej.

          Wbrew popularnym teoriom nie ma naukowych dowodów na istnienie wysoko rozwiniętych cywilizacji sprzed ostatniego zlodowacenia. Znane artefakty pokazują jednak, że ludzie już wtedy posiadali rozwiniętą kulturę, sztukę i technikę, doskonale przystosowaną do ekstremalnych warunków klimatycznych.

          Ta konstatacja burzy mój pogląd o dawnych wspaniałych cywilizacjach, jednak trzeba zmierzyć się z wynikami badań naukowych, nawet jeśli są one sprzeczne z osobistymi przekonaniami.

          Być może „wielkie cywilizacje” istniały jeszcze wcześniej, a kolejne kataklizmy, zlodowacenia i ruchy górotwórcze głęboko je zakopały. Taka hipoteza pojawia się w literaturze popularnonaukowej i w rozważaniach filozoficznych nad dziejami ludzkości, jednak na obecnym etapie badań brak jednoznacznych dowodów archeologicznych, które by ją potwierdzały.

          Nauka opiera się na materialnych śladach: osadach, narzędziach, budowlach i szczątkach ludzkich. Dotychczasowe odkrycia wskazują, że rozwój złożonych cywilizacji nastąpił dopiero po ustąpieniu lądolodów, gdy stabilniejszy klimat umożliwił rolnictwo, osiadły tryb życia i powstawanie miast. Nie można jednak wykluczyć, że przyszłe odkrycia przyniosą nowe dane i zmienią nasze rozumienie najdawniejszych dziejów człowieka.

          Historia nauki pokazuje bowiem, że wiele przełomowych znalezisk początkowo wydawało się niemożliwych, a dopiero później zostały włączone do obowiązującego obrazu przeszłości. Dlatego pytanie o najstarsze cywilizacje pozostaje otwarte, choć obecnie musi być rozważane z dużą ostrożnością i krytycyzmem.

niedziela, 18 stycznia 2026

Artefakty do których nauka podchodzi krytycznie


          Przykłady artefaktów do których nauka podchodzi krytycznie:

Artefakty z Quimbaya złote figurki

          W Kolumbii odnaleziono złote figurki wykonane przez kulturę Quimbaya (ok. 500–1000 r.). Przedstawiają one stylizowane zwierzęta: ptaki, ryby i owady. Niektóre z nich przypominają nowoczesne samoloty: mają trójkątne skrzydła i pionowy statecznik. Z tego powodu bywają nazywane „złotymi samolotami”. Uczeni dowiedli, że mają optymalne parametry aerodynamiczne i uważają, że nie jest to przypadek. Zadziwia równie użyty stop złota z którego były wykonane. 

          Oficjalnie nauka mówi, że są to symboliczne, artystyczne wyobrażenia zwierząt, a nie modele techniczne. Wiele cech „lotniczych” wynika z nadinterpretacji współczesnego obserwatora. Modele latają tylko po dodaniu współczesnych elementów (np. silnika i zmienionych proporcji). Stop złota (tumbaga) był powszechnie stosowany w Ameryce prekolumbijskiej i nie jest technologiczną zagadką. Nie ma dowodów, że twórcy znali zasady aerodynamiki w sensie inżynierskim.

 

Tajemnicza kula Betza

          W 1974 roku odkryto metalową kulę o idealnym kształcie i średnicy 20 cm. Według relacji medialnych kula miała sama się poruszać, zmieniać kierunek, reagować na dźwięk, emitować fale radiowe. W czasie ruchu zachowuje się "dziwnie". Czasem podąża za osobą, która ją puściła, zatrzymuje się, i zachowuje się tak jakby była żywa. Jej struktura jest jednorodna, nie ma śladu produkcji. Ma cztery bieguny magnetyczne. Emituje zmienne częstotliwości radiowe. Nie mając żadnych baterii, przewodów elektrycznych i źródeł zasilania. Mimo to nadaje fale jak nadajnik. Zniknęła ona z przestrzeni medialnej!

          Ustalono przez Marynarkę USA, która zbadała obiekt, że jest to zwykła stalowa kula przemysłowa, prawdopodobnie element zaworu lub łożyska. „Samoczynne ruchy” wyjaśniono przesuniętym środkiem ciężkości, nierówną powierzchnią podłogi, efektem psychologicznym (sugestia obserwatorów). Nie potwierdzono istnienia czterech biegunów magnetycznych ani tajemniczej emisji radiowej. Doniesienia o niej  traktują jako przykład sensacji medialnej, która została wyolbrzymiona.

 

Tablice rongorongo  (Wyspa Wielkanocna)

          Na Wyspie Wielkanocnej (Rapa Nui) odkryto drewniane tablice pokryte nieznanym pismem – rongorongo. Jest to jedno z nielicznych nierozszyfrowanych pism świata.  Pozostało ok. 26 autentycznych egzemplarzy. Misjonarze w XIX w. spalili wiele tablic taktując je  jako „pogańskie”.

           Pismo prawdopodobnie powstało po kontakcie z Europejczykami, a nie w prehistorii. Brakuje „kamienia z Rosetty”, czyli tekstu dwujęzycznego. Rongorongo to zagadka lingwistyczna, nie dowód na zaawansowaną technologię.

 

Figurki  Dōgu  _(Japonia)

          Gliniane humaidalne figurki Dōgu z okresu Jōmon (ok. 14 000–400 przed Chr.) mają duże „gogle” zamiast oczu, hełmopodobne głowy, segmentowane ciała. W środku mają puste komory. Przypominają współczesne skafandry kosmiczne. Nauka wypowiedziała się na ich temat: To styl artystyczny i symbolika religijna. Figurki wiąże się z kultem płodności, magią leczniczą, rytuałami szamańskimi. „Kombinezony astronautów” to projekcja naszej kultury technicznej z przeszłości.

 

Kamienna głowa z Gwatemali

          W latach 30–50. XX w. znaleziono w Gwatemali wielką kamienną głowę o rysach idealnych nie przypominająca twarze tubylców. Jej front był skierowany ku górze. W czasie wojny została zburzona nie dając możliwości jej identyfikacji i rozpoznania. Przypuszcza się, że nie jest ona jedna.

           Niestety brak dokumentacji archeologicznej, brak datowania. Są jedynie fotografie i relacje z drugiej ręki. Wielu archeologów uważa, że mogła to być: nowożytna rzeźba, element prywatnej kolekcji, mistyfikacja.

Bez badań naukowych obiekt nie może być uznany za zagadkę starożytnej cywilizacji.

 

sobota, 17 stycznia 2026

Czy teoria ewolucji człowieka może być podważona?

          W nauce żadna teoria nie jest absolutnie niepodważalna. Każda może zostać zmieniona lub odrzucona, jeśli pojawią się nowe, wiarygodne dowody sprzeczne z dotychczasowymi ustaleniami. W przypadku teorii ewolucji człowieka sytuacja jest jednak szczególna: obecnie dostępne dane z genetyki, paleontologii i biologii porównawczej w bardzo wysokim stopniu ją potwierdzają. Nie istnieją dziś rzetelne dowody, które pozwalałyby ją odrzucić jako całość.

          Teoria ewolucji człowieka jest szeroką koncepcją naukową obejmującą m.in.:

wspólne pochodzenie człowieka i innych naczelnych, zwłaszcza małp człekokształtnych, stopniowe zmiany genetyczne i adaptacje zachodzące w populacjach na przestrzeni milionów lat, spójność danych paleontologicznych (skamieniałości), genetycznych (DNA) i anatomicznych (budowa ciała).

          Podstawy tych dowodów są obserwowalne, mierzalne i wzajemnie się uzupełniają. Dzięki tej zgodności teoria ewolucji ma wyjątkowo solidne oparcie empiryczne. Jej rzeczywiste podważenie wymagałoby bardzo mocnych, powtarzalnych i jednoznacznych dowodów, np. odkrycia skamieniałości współczesnych ludzi w warstwach geologicznych sprzed setek milionów lat, co całkowicie burzyłoby obecną chronologię dziejów życia. Pojedyncze anomalie, błędy datowania czy sensacyjne doniesienia nie wystarczą do obalenia tak dobrze ugruntowanej teorii.

          Dotychczas wszystkie dane — od genetyki po paleontologię — konsekwentnie potwierdzają, że człowiek wyewoluował ze wspólnego przodka z innymi małpami człekokształtnymi.

          Osobiście jestem zwolennikiem tej teorii, choć pewien niepokój budzi we mnie stosunkowo niewielka liczba form pośrednich w zapisie kopalnym. Warto jednak wyjaśnić, dlaczego jest ich mało:

1. Rzadkość fosylizacji — większość organizmów ulega szybkiemu rozkładowi; tylko wyjątkowe warunki sprzyjają powstaniu skamieniałości.

2. Fragmentaryczność zapisu kopalnego — znaczna część szczątków została zniszczona lub wciąż spoczywa w niedostępnych warstwach geologicznych.

3. Ogromna skala czasu — ewolucja trwała miliony lat, a populacje form przejściowych były często nieliczne i krótkotrwałe.

4. Trudności identyfikacyjne — nie każdy fragment kości daje się jednoznacznie zaklasyfikować jako forma pośrednia.

          Mimo tych ograniczeń naukowcy systematycznie odkrywają nowe skamieniałości i dane genetyczne, które coraz dokładniej rekonstruują historię ewolucji człowieka. Choć liczba znalezisk jest ograniczona, ich jakość i wzajemna zgodność stanowią bardzo silne potwierdzenie tej teorii.

          Na tym tle pojawiają się jednak sensacyjne doniesienia, jak choćby historia tzw. wazonu z Dorchester w stanie Massachusetts, odkrytego rzekomo w 1851 roku w skałach liczących ponad 600 milionów lat. Sugestia, że w tak odległej epoce istnieli artyści obrabiający metal, jest skrajnie nieprawdopodobna i stoi w sprzeczności z całą współczesną wiedzą o historii życia. Zdrowy rozsądek i metodologia naukowa każą podchodzić do takich relacji z najwyższą ostrożnością. Charakterystyczne jest zresztą to, że podobne sensacje szybko znikają z obiegu, a same artefakty giną lub zmieniają właścicieli, uniemożliwiając niezależną weryfikację.

          Podobny problem dotyczy książki "Zakazana archeologia", która sugeruje istnienie inteligentnych cywilizacji sprzed milionów lat. Choć deklarowanym celem autorów było demaskowanie fałszerstw paleoantropologicznych, książka sama popada w przesadę i sensacyjność. W efekcie zamiast porządkować wiedzę, buduje atmosferę nieufności wobec całej nauki. Trudno w takim przypadku rozstrzygnąć, komu wierzyć, jeśli brak twardych, sprawdzalnych dowodów.

          Możliwe, że w dziejach ludzkości istniały cywilizacje, które zaginęły w wyniku kataklizmów, a po epokach lodowcowych ocalałe grupy ludzi musiały zaczynać niemal od zera, opierając się głównie na pamięci i nielicznych pozostałościach przeszłej wiedzy. Nie przeczy to jednak biologicznej teorii ewolucji, lecz dotyczy raczej historii kultury niż pochodzenia gatunku.

          Współcześnie intensywnie poszukuje się także inteligentnych istot pozaziemskich. Od dawna uważam, że inteligencja na poziomie „dziecka Bożego” może być ewenementem kosmicznym i jednym z dowodów na istnienie inteligentnego Absolutu. W tym temacie potrzebne są argumenty innego rodzaju. Trzeba sięgnąć do sfery duchowej i zagadnień nadprzyrodzonych.

piątek, 16 stycznia 2026

Rola religii


          Na samym początku chcę jasno zaznaczyć, że jestem zwolennikiem religii i uważam ją za niezwykle potrzebną ludzkości. Stanowi ona integralną część kultury duchowej człowieka i odgrywa istotną rolę w jego rozwoju wewnętrznym. Religia pomaga ludziom odnaleźć sens życia, porządkuje system wartości oraz wpływa na postawy moralne i społeczne. Dla wielu osób jest także źródłem nadziei, oparciem w chwilach kryzysu oraz przestrzenią budowania wspólnoty i poczucia przynależności. Niepokoi mnie jednak fakt, że na przestrzeni dziejów religia bywała wykorzystywana jako narzędzie dyscyplinowania i kontroli ludzi, często przez tych, którzy nie rozumieli jej istoty lub kierowali się własnym interesem i złą wolą. Historia wielokrotnie pokazuje, że zamiast prowadzić do duchowego wzrostu i wolności, religia służyła władzy, ideologii i przemocy, co w sposób rażący wypaczało jej pierwotne znaczenie i sens.

          Naturalnym miejscem religii jest sfera duchowa, zakorzeniona w sercu i duszy każdego człowieka. Tam rodzi się wiara, tam dokonuje się najgłębsze doświadczenie sacrum. Gdy religia wychodzi na zewnątrz, przybiera formę kultu, obrzędu i wspólnotowego uwielbienia Stwórcy, nabierając charakteru społecznego. Niezależnie jednak od wyznania, prawdziwy kontakt z Absolutem dokonuje się w najgłębszym sanktuarium – w duszy człowieka. To tam rozgrywa się dialog z Istotą Nadprzyrodzoną, tam stawiane są pytania o sens istnienia i tam, w ciszy sumienia, można usłyszeć Jego głos.

          Wszelkie rządy teokratyczne, które wykorzystują kanony wiary do realizacji własnych celów politycznych lub ideologicznych, błądzą. To, co w religii jest piękne i wzniosłe, staje się wówczas narzędziem opresji i prześladowań. Przykładem może być tragiczne zdarzenie, w którym kobieta w Iranie została pozbawiona życia z powodu — zdaniem władz — niewłaściwego ubioru. Ten dramatyczny fakt woła o rozsądek i refleksję. Religia powinna pomagać człowiekowi wznosić się ponad zło, wskazywać drogę do zbawienia, kształtować postawy etyczne, rozwijać empatię oraz budować wspólnoty oparte na wzajemnym szacunku i godności osoby ludzkiej. Nadużywanie i arbitralna interpretacja kanonów wiary świadczą o niedojrzałości, ignorancji oraz duchowej ciemnocie.

          Często przypisuje się Stwórcy działania i intencje, które nie mają żadnego uzasadnienia w logice ani w duchowym doświadczeniu. Przykładem jest obsesyjne, wręcz chorobliwe podejście do ludzkiej seksualności. Czy Absolut może być tak ograniczony, by w naturalności widzieć coś z gruntu złego? Wszystko, co zostało stworzone przez Boga, jest dobre i ma służyć człowiekowi. Naganne jest jedynie świadome wypaczanie praw bożych, podyktowane złą wolą lub żądzą dominacji — choć rozpoznanie prawdziwych motywów takich działań bywa niezwykle trudne. Religia powinna być narzędziem uzdrawiania, pojednania i naprawy wyrządzonych krzywd, prowadzić do nawrócenia i przemiany serca, a nie pełnić funkcję aparatu represji i karania.

          Nie dziwią zatem opinie, według których religia bywa postrzegana jako zarzewie zła. Niewłaściwi kapłani, ich postępowanie oraz polityka władz religijnych i świeckich znacząco przyczyniły się do utrwalenia takiego obrazu. Mimo to istotą religii pozostaje dobro — prawdziwa religia wciąż ma potencjał inspirowania, uczenia miłości i współczucia oraz prowadzenia człowieka ku wyższym, uniwersalnym wartościom.

          W mojej ocenie jednym z największych problemów jest niewłaściwie prowadzona katecheza. Zbyt często nie jest ona przestrzenią refleksji i dialogu, lecz miejscem indoktrynacji i narzucania gotowych schematów myślenia. Wiem to z własnego doświadczenia. Choć wychowywałem się w środowisku liberalnym, dorastałem z głęboko zakorzenionym poczuciem winy. Dopiero studia teologiczne oraz niemal pół wieku osobistych poszukiwań i studiowania pozwoliły mi dojść do wniosku, że istota religii leży gdzie indziej. Prawda okazała się znacznie bardziej złożona i zarazem wyzwalająca.

          Stwórca przede wszystkim dał człowiekowi możliwość stania się Jego dzieckiem — w sensie duchowym i ontologicznym, zgodnie z boskimi paradygmatami miłości i wolności. Religia powinna pomagać w osiąganiu mistycznego zjednoczenia z Nim, prowadzić ku pełni istnienia. Doświadczenie wiary powinno być źródłem radości, pokoju i szczęścia, a nie narzędziem duchowego terroru czy polityki strachu. Tylko taka religia ma sens i tylko taka może naprawdę przemieniać świat.

czwartek, 15 stycznia 2026

Artefakty nie na swoim miejscu


          Biblia w zasadzie pomija okres liczony w milionach lat, koncentrując się na wydarzeniach sprzed kilku tysięcy. Czas przedbiblijny pozostaje więc w dużej mierze poznawczą «terra incognita». Archeologia dostarcza wprawdzie wielu świadectw rozwoju człowieka, jednak obraz ten jest niepełny i pełen luk. Brakuje znalezisk pośrednich, które pozwoliłyby złożyć całkowicie spójną narrację o najdawniejszych dziejach ludzkości.

          W literaturze alternatywnej — m.in. w "Zakazanej archeologii" Michaela A. Cremo i Richarda L. Thompsona — opisywane są tzw. „artefakty nie na swoim miejscu”. Są to obiekty, które rzekomo odnajdywano w bardzo starych warstwach geologicznych, niepasujących do przyjętej chronologii rozwoju człowieka. Gdyby okazały się autentyczne, zmuszałyby do poważnej rewizji obowiązujących paradygmatów naukowych.

          Jednym z najsłynniejszych przykładów jest relacja o gwoździu znalezionym w piaskowcu dewońskim w Szkocji. Dewon, datowany na około 419–359 milionów lat temu, poprzedza pojawienie się człowieka o setki milionów lat. Według XIX-wiecznych doniesień gwóźdź miał być częściowo osadzony w skale. Zwolennicy interpretacji alternatywnych uznali to za dowód istnienia zaawansowanej cywilizacji w odległej przeszłości. Nauka głównego nurtu wskazuje jednak na możliwość wtórnego wniknięcia przedmiotu w szczelinę skalną, naturalne procesy mineralne oraz brak dokumentacji stratygraficznej i samego artefaktu do ponownej analizy. Przypadek ten pozostaje więc problemem interpretacyjnym, a nie rozstrzygającym dowodem.

          Podobny status ma historia złotej nici odnalezionej rzekomo w skale karbońskiej w Anglii. Karbon to okres sprzed 359–299 milionów lat. Według dawnych relacji cienka metaliczna nić miała znajdować się wewnątrz bryły skały. Interpretacje alternatywne widzą w tym ślad obróbki metalu przez inteligentne istoty. Z perspektywy geologii klasycznej zwraca się jednak uwagę na brak zachowanego obiektu, możliwość naturalnych żyłek mineralnych lub wtórnego osadzenia metalu. Także i tu sensacja opiera się na słabej podstawie dowodowej.

          Jednym z najbardziej znanych przykładów jest tzw. wazonik z Dorchester w stanie Massachusetts, odkryty w 1851 roku. Metaliczny, bogato zdobiony przedmiot miał zostać wydobyty z litej skały przypisywanej formacjom prekambryjskim. Forma obiektu sugerowała wyrób rzemieślniczy, co wywołało duże poruszenie. Jednak brak samego artefaktu, opieranie się wyłącznie na relacjach prasowych oraz możliwość wtórnego pochodzenia przedmiotu sprawiają, że również ten przypadek pozostaje nierozstrzygnięty i stanowi raczej studium napięcia między sensacją a rygorem naukowym.

          Podobnie interpretowana jest niemal idealnie kulista bryła znaleziona rzekomo w kredzie trzeciorzędowej w okolicach Laon we Francji. Choć regularny kształt wzbudzał zdumienie, geologia zna liczne naturalne konkrecje mineralne o podobnej formie. Brak dokumentacji i samego obiektu nie pozwala na jednoznaczne wnioski.

          Na tle tych kontrowersyjnych narracji warto wspomnieć o Aix-en-Provence — regionie rzeczywiście bogatym w dobrze udokumentowane znaleziska archeologiczne. Oppidum d’Entremont, celto-liguryjska osada sprzed około 2200 lat, oraz liczne pozostałości rzymskiego Aquae Sextiae dostarczają solidnych świadectw życia dawnych kultur. W literaturze alternatywnej pojawiają się wprawdzie wzmianki o starszych, niejasnych odkryciach z okolicznych kamieniołomów, jednak nie zostały one potwierdzone przez badania akademickie.

           Przypadki „artefaktów nie na swoim miejscu” nie obalają współczesnej nauki, ale pokazują, jak cienka bywa granica między obserwacją, interpretacją a sensacją. Przypominają również, jak kluczowe znaczenie ma kontekst odkrycia — bez niego nawet najbardziej intrygujący obiekt pozostaje jedynie hipotezą, a nie dowodem.

           Pozostaje niepokój, że może jest coś na rzeczy. Niestety ciągle jesteśmy na początku drogi do poznania prawdy. Z drugiej strony dla młodych poszukiwaczy prawdy rozpościera się nadzieja na wielkie odkrycia.