Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 27 stycznia 2026

Niekiedy trzeba być szubrawcem


          Słynne słowa wypowiedziane przez Poncjusza Piłata: „Cóż to jest prawda?” (J 18,38), padają w jednym z najbardziej dramatycznych momentów Ewangelii — podczas procesu Jezusa Chrystusa. Nie są one jedynie retorycznym pytaniem rzymskiego namiestnika ani wyrazem ironii człowieka znudzonego sporem religijnym. Stały się symbolem egzystencjalnego zagubienia wobec prawdy, rozdarcia między sumieniem a politycznym realizmem, odpowiedzialnością a strachem. Postawa Piłata — człowieka władzy, który „umywa ręce”, choć wie, że wydaje wyrok niesprawiedliwy — powraca jak echo w dziejach ludzkości i zaskakująco mocno rezonuje również we współczesnym świecie.

          Ostatnio zapoznałem się z życiorysem Wojciecha Jaruzelskiego. Z lektury dostępnych tekstów i dokumentów wyłania się obraz postaci głęboko niejednoznacznej, a zarazem intrygującej — człowieka uwikłanego w mechanizmy historii, który być może wbrew własnemu wizerunkowi przyczynił się pośrednio do demokratycznych przemian w Polsce. Jego rola była znacząca, lecz okupiona trwałą skazą: etykietą komunisty, zdrajcy, symbolu zniewolenia. Te uproszczone określenia często przesłaniają dramatyzm epoki zimnej wojny, presję Związku Radzieckiego oraz realne zagrożenie użycia siły, które wisiało nad Polską w latach osiemdziesiątych.

          Jeżeli prawdą jest to, co mówią zebrane dokumenty, zapisy rozmów, relacje uczestników wydarzeń oraz późniejsze analizy historyków, Wojciech Jaruzelski zasługuje na ocenę bardziej zniuansowaną. Nie jako bohater bez skazy, lecz jako człowiek zmuszony do wyborów tragicznych — takich, w których każde rozwiązanie niesie moralną stratę. Być może historia postawiła go w roli podobnej do tej, w jakiej znalazł się Piłat: między przemocą a jej ograniczeniem, między odpowiedzialnością za państwo a ceną, jaką płaci się za zachowanie względnego pokoju.

          W tym kontekście powraca myśl, że niekiedy trzeba być szubrawcem, aby zwyciężyło dobro. To zdanie prowokuje, drażni i niepokoi, ale jednocześnie dotyka samego rdzenia etyki odpowiedzialności, o której pisał Max Weber. Historia rzadko daje komfort wyboru między dobrem a złem — znacznie częściej zmusza do wyboru między złem większym a mniejszym. Władza niemal zawsze obciąża sumienie, a decyzje podejmowane w warunkach skrajnych rzadko mogą pozostać moralnie „czyste”.

          Słowa Piłata przypominają, jak łatwo można zbłądzić, przyjmując tylko jedną stronę medalu i ferując wyroki bez próby zrozumienia pełnego kontekstu. Ocena postaci takich jak Jaruzelski wymaga nie tylko pamięci o ofiarach i krzywdach — co jest moralnym obowiązkiem — lecz także odwagi intelektualnej, by wyjść poza proste etykiety i czarno-białe narracje. Być może dopiero wtedy jesteśmy w stanie zbliżyć się do prawdy — trudnej, niepokojącej i niewygodnej, ale bardziej uczciwej wobec historii.

          Moje wieloletnie poszukiwania prawdy o chrześcijaństwie doprowadziły mnie do obrazu tej religii dalekiego od idealizacji. Poznałem liczne nadużycia, grzechy instytucji, mechanizmy władzy, które zaprzeczały głoszonym ideałom. A jednak zakorzeniona we mnie miłość do Kościoła nie daje mi spokoju. I tu ponownie powraca pytanie Piłata: „Cóż to jest prawda?”* — lub, w formie bardziej osobistej: gdzie i jaka jest prawda o tej religii?

          Moje prywatne duchowe zmagania nauczyły mnie filtrować wiedzę, oddzielać instytucjonalne wypaczenia od depozytu wiary i wydobywać to, co nosi znamiona autentycznej prawdy. Chrześcijaństwo odgrywa bowiem istotną rolę w duchowości człowieka, a jego ideały — miłość, miłosierdzie, przebaczenie, ofiara — pozostają ponadczasowe. Aby pogodzić zło obecne w strukturach kościelnych z istotą Ewangelii, trzeba dokonać w sobie głębokiej zmiany epistemologicznej: odejść od literalizmu, uproszczeń i naiwnej pobożności ku dojrzałej wierze, zdolnej unieść paradoks.

          W tym wszystkim dostrzegam sens głębszy. Niekiedy trzeba sięgnąć dna, aby móc się od niego odbić. Niekiedy trzeba spojrzeć na świat oczami Stwórcy — oczami miłości i miłosierdzia, nie rezygnując przy tym z prawdy. Bywa, że nie sama faktografia stanowi o moralnej wartości czynu, lecz intencja, która go poprzedza, oraz odpowiedzialność, jaką człowiek gotów jest za niego ponieść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz