Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 13 października 2026

Chrześcijaństwo na sprzedaż cd 4.

     

          Nadużycia seksualne i przypadki rozwiązłości wśród duchownych stanowią kolejny poważny problem w historii Kościoła. Zjawiska te pojawiały się w różnych epokach, podważając wiarygodność instytucji, która głosi wysokie wymagania moralne i zobowiązuje wiernych do przestrzegania określonych zasad etycznych. Powstaje więc pytanie, czy kryzys ten wynika wyłącznie ze słabości poszczególnych osób, czy również z mechanizmów instytucjonalnych, które sprzyjały ukrywaniu nadużyć, chronieniu sprawców i unikaniu odpowiedzialności.

          Zwykły wierny, przyzwyczajony do posłuszeństwa nauczaniu Kościoła, może z niedowierzaniem pytać, jak pogodzić głoszone przez niego zasady z postępowaniem niektórych duchownych. Szczególnie bolesna jest sprzeczność między moralnymi wymaganiami stawianymi wiernym a przypadkami, w których osoby zobowiązane do troski o ich rozwój duchowy same dopuszczają się poważnych krzywd. Problem staje się jeszcze poważniejszy, gdy kapłani wykorzystują zaufanie, zależność emocjonalną lub religijne posłuszeństwo wiernych do przekraczania ich granic seksualnych.

          Szczególnego potępienia wymagają nadużycia wobec dzieci i młodzieży. Nie są one jedynie naruszeniem norm obyczajowych, lecz poważnym pogwałceniem godności, bezpieczeństwa i integralności psychicznej ofiar. Mogą pozostawiać długotrwałe konsekwencje emocjonalne, niszczyć zaufanie do dorosłych i prowadzić do utraty wiary, która wcześniej stanowiła ważną część życia poszkodowanych. Dodatkową krzywdę wyrządza sytuacja, w której ofiary spotykają się z milczeniem, bagatelizowaniem ich doświadczeń lub próbami przerzucenia na nie odpowiedzialności.

          Niepokojąca jest również asymetria moralna: wiernych wzywa się do regularnego rachunku sumienia i spowiedzi, podczas gdy niektórzy duchowni, zamiast sami poddawać się uczciwej ocenie własnego postępowania, korzystają z pozycji i autorytetu, by unikać konsekwencji. Nie można przy tym utożsamiać naturalnych procesów dojrzewania i seksualności człowieka z wykorzystywaniem innych. Czym innym jest rozwój psychoseksualny, a czym innym przemoc, manipulacja czy nadużycie przewagi wynikającej z pełnionej funkcji.

          Powtarzające się skandale nie dowodzą same w sobie, że podstawowe założenia doktryny chrześcijańskiej są błędne. Ujawniają jednak poważny problem wiarygodności instytucji, która głoszone wartości powinna potwierdzać własnym postępowaniem. Jeśli Kościół chce zachować moralny autorytet, nie może ograniczać się do potępiania grzechu w teorii. Musi również zapewniać przejrzystość, chronić osoby pokrzywdzone, współpracować z organami ścigania i pociągać sprawców do odpowiedzialności niezależnie od zajmowanego stanowiska.

          W tym kontekście najważniejsze staje się pytanie, czy instytucja religijna potrafi uczciwie skonfrontować własne błędy z nauką Chrystusa. Autentyczna wiarygodność nie wynika bowiem z deklarowanej świętości ani z samej pozycji w hierarchii, lecz z odpowiedzialności, prawdy i troski o człowieka. Tam, gdzie ochrona instytucji okazuje się ważniejsza niż krzywda ofiary, dochodzi do odwrócenia porządku wartości, który Kościół powinien reprezentować.

          Z naszego rodzimego podwórka niepokój budzi również zaangażowanie części hierarchii kościelnej w obronę poprzedniej władzy politycznej, zwłaszcza w sytuacjach, gdy jej działania były krytykowane jako podważające zasady praworządności i wykorzystujące luki prawne do obchodzenia obowiązujących reguł. Takie postępowanie rodzi pytania o granice relacji między Kościołem a polityką oraz o to, czy autorytet religijny nie jest wykorzystywany do legitymizowania działań władzy. Kościół, który powinien stać na straży godności człowieka, uczciwości i odpowiedzialności moralnej, naraża się na utratę wiarygodności, gdy sprawia wrażenie, że ważniejsze od zasad Ewangelii są polityczne sojusze lub ochrona własnych interesów. Trudno pogodzić taką postawę z nauczaniem Chrystusa, które powinno zobowiązywać do prawdy i sprawiedliwości niezależnie od tego, kto sprawuje władzę. Autorytet duchowy nie powinien służyć żadnej partii ani zwalniać polityków z odpowiedzialności za podejmowane decyzje. W przeciwnym razie Kościół ryzykuje, że zamiast być moralnym punktem odniesienia dla społeczeństwa, stanie się uczestnikiem sporów politycznych i straci zaufanie tych, którym powinien służyć.

            Poziom dostojników kościelnych budzi zażenowanie. Jak czytam słowa Arcybiskupa Michalika: "Za gwałty odpowiedzialne są kobiety, a pedofilie dzieci" to mój stosunek do polskich kapłanów po prostu słabnie.

          Po tak krytycznej ocenie nasuwa mi się pytanie, które rodzi się z bólu i tęsknoty: gdzie jest mój umiłowany Kościół? Ten, który przyjąłem i pokochałem już w młodości, któremu przez wiele lat służyłem, śpiewając w chórze, i który zachęcił mnie do studiowania teologii. Kościół, który był dla mnie opoką wiary, źródłem nadziei i drogowskazem prowadzącym ku godnemu życiu. Gdzie podziała się jego duchowa siła, autentyczność i wierność nauce Jezusa Chrystusa, które kiedyś tak mocno do mnie przemawiały?

          Dziś odczuwam wewnętrzny chaos. Z jednej strony wciąż noszę w sobie przywiązanie do Kościoła, który ukształtował znaczną część mojego życia, z drugiej — trudno mi pogodzić tę miłość z rozczarowaniem wywołanym jego postawą i błędami. Aby nie poddać się negatywnym emocjom, zwróciłem się ku własnej wierze, tej, którą próbuję na nowo określić i uporządkować we własnym sumieniu. Szukam w niej oparcia, próbuję ocalić to, co najważniejsze, i oddzielić Ewangelię od ludzkich słabości oraz błędów instytucji. Jednak ten sposób przeżywania wiary nie zaspokaja w pełni moich duchowych potrzeb i tęsknot.

          Najdotkliwiej odczuwam brak Eucharystii, która przez lata była moim pokarmem duchowym, źródłem umocnienia i szczególnej bliskości z Bogiem. Nie jest to dla mnie jedynie obrzęd czy religijny zwyczaj, lecz ważna część mojego życia duchowego, z którą wiążą się głębokie przeżycia, wspomnienia i poczucie wspólnoty. Szanując Kościół i nie chcąc postępować wbrew jego zasadom, nie przystępuję obecnie do komunii, ponieważ nie korzystam ze spowiedzi, której forma i sposób przeżywania budzą we mnie głęboki sprzeciw. W ten sposób znalazłem się w bolesnym położeniu: tęsknię za tym, co przez lata mnie umacniało, a jednocześnie nie potrafię uczestniczyć w tym tak jak dawniej.

          Krzywdy i rozczarowania, których doświadczyłem w relacji z Kościołem, nie są wyłącznie moim osobistym problemem. Wiem, że podobne uczucia towarzyszą również innym ludziom, którzy kochali tę wspólnotę, pokładali w niej nadzieję, a dziś zmagają się z bólem, utratą zaufania i poczuciem duchowego osamotnienia. Nie oznacza to jednak, że wszyscy odrzucili wiarę. Niekiedy właśnie przywiązanie do Ewangelii sprawia, że nie potrafią milcząco akceptować tego, co uważają za sprzeczne z nauką Chrystusa.

          Być może nie doczekam się głębokiej odnowy Kościoła, na którą tak bardzo czekam — powrotu do prostoty Ewangelii, autentyczności pierwszych wspólnot chrześcijańskich i bezwarunkowej troski o człowieka. Mimo to chciałbym wierzyć, że taka przemiana jest możliwa. Nie pragnę Kościoła bez ludzi i ich słabości, lecz Kościoła, który potrafi uznać własne błędy, pokornie prosić o przebaczenie i naprawiać wyrządzone krzywdy. Kościoła, który nie stawia własnego autorytetu ponad prawdą, a instytucjonalnego interesu ponad dobrem człowieka. Pragnę, by znów stał się wspólnotą wierną przesłaniu Jezusa Chrystusa — nie tylko w słowach i deklaracjach, lecz przede wszystkim w codziennym postępowaniu. Być może właśnie ta tęsknota, mimo bólu i rozczarowania, świadczy o tym, że moja więź z wiarą nie wygasła, lecz szuka nowej, uczciwszej drogi.

          Studiując teologię i uczestnicząc w spotkaniach religijnych, nawiązałem znajomości z wieloma kapłanami oraz wykładowcami Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (KUL). Dziś nie znam ani jednego, który byłby gotów podjąć ze mną otwarty i szczery dialog. Zastanawiam się, z czego wynika ta niechęć. Odnoszę wrażenie, że niektórzy obawiają się rozmów na tematy, z którymi sami nie potrafią sobie poradzić albo na które nie znajdują przekonujących odpowiedzi.

          Przecież istotą religii powinno być nieustanne zadawanie pytań, poszukiwanie prawdy i odważne mierzenie się z wątpliwościami. Wiara nie powinna zwalniać z myślenia, lecz wręcz do niego zachęcać. Dialog nie jest zagrożeniem dla prawdy, ale szansą na jej głębsze poznanie. Tymczasem mam wrażenie, że w kościelnej rzeczywistości zbyt często większą wartość niż otwarta dyskusja mają autorytet instytucji, bezwzględne posłuszeństwo jej nauczaniu oraz korzyści, jakie można czerpać z pozostawania w jej strukturach. W takich warunkach trudne pytania mogą być postrzegane nie jako okazja do refleksji, lecz jako zagrożenie dla utrwalonego porządku.

          Moje doświadczenia związane z wydawaniem książek również wiele mi uświadomiły. Kiedy zaczynałem publikować swoje pierwsze prace, musiałem zabiegać o pozytywne recenzje ze strony kościelnych dostojników, aby Wydawnictwo Jedność zgodziło się na ich wydanie. Trzy pierwsze książki otrzymały bardzo dobre recenzje, jednak przy czwartej zdecydowałem się na inne rozwiązanie. Wydałem ją we własnym wydawnictwie Coriolanus, które sam założyłem.

          W ten sposób uzyskałem niezależność, którą do dziś bardzo sobie cenię. Nie musiałem już zabiegać o przychylność kościelnych autorytetów ani uzależniać możliwości publikowania swoich przemyśleń od ich aprobaty. Zyskałem swobodę wyrażania własnych poglądów, stawiania trudnych pytań i podejmowania tematów, które nie zawsze mieszczą się w granicach instytucjonalnie akceptowanej interpretacji religii.

          Uważam, że prawdziwa wartość myśli nie polega na tym, czy uzyskała ona aprobatę wpływowych osób, lecz na tym, czy można jej bronić za pomocą rozumu, argumentów i uczciwej refleksji. Niezależność intelektualna wymaga odwagi, ale także gotowości do poddawania własnych przekonań krytycznej ocenie. Dlatego cenię sobie wolność, którą daje mi samodzielne wydawanie książek. Wolę ponosić pełną odpowiedzialność za własne słowa, niż rezygnować z ważnych pytań w obawie przed czyjąś dezaprobatą.

          Nie przestałem poszukiwać odpowiedzi. Przeciwnie, uważam, że właśnie na tym polega uczciwe podejście do teologii i religii: nie na bezwarunkowym przyjmowaniu gotowych twierdzeń, lecz na nieustannym poszukiwaniu prawdy. Bo jeśli jakaś idea rzeczywiście jest prawdziwa, nie powinna bać się pytań. A jeśli instytucja religijna chce być wiarygodna, powinna umieć rozmawiać również z tymi, którzy podważają jej stanowisko, stawiają niewygodne pytania i nie zadowalają się odpowiedziami opartymi wyłącznie na autorytecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz