Czytając literalnie teksty Nowego Testamentu, niejednokrotnie można odczuć grozę, a nawet niepokój. Nie wszystkie fragmenty wydają się bowiem zgodne z przesłaniem „Dobrej Nadziei”. Obok słów o miłości, przebaczeniu, miłosierdziu i zbawieniu znajdujemy opisy sądu, potępienia, kary, gniewu oraz konsekwencji niewiary i odrzucenia Boga. Powstaje więc pytanie: jak pogodzić te pozornie sprzeczne obrazy? Czy można mówić o dobrej nadziei tam, gdzie pojawia się również groźba wiecznej kary?
Nowy Testament nie jest tekstem jednowymiarowym. Jego przesłanie nie składa się wyłącznie z pocieszenia. Obok obietnicy zbawienia znajdują się w nim ostrzeżenia, wezwania do nawrócenia, zapowiedzi sądu, obrazy kary i opisy wydarzeń budzących grozę. Jeśli więc chcemy mówić o „Dobrej Nadziei”, trudno uczciwie pominąć tę drugą stronę przekazu. Byłoby to wybieranie z tekstu tylko tego, co odpowiada naszym oczekiwaniom.
Wystarczy przywołać kilka przykładów. Jezus mówi o „ogniu wiecznym”: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!” (Mt 25,41), a następnie o karze określanej jako wieczna: „I pójdą ci na mękę wieczną” (Mt 25,46). Wielokrotnie pojawia się również obraz „płaczu i zgrzytania zębów”, odnoszony do tych, którzy zostają odrzuceni (Mt 8,12; 22,13; 25,30). W Ewangelii Marka Jezus ostrzega przed Gehenną, gdzie „ogień nie gaśnie” (Mk 9,43–48).
Jeszcze bardziej niepokojące są słowa o całkowitym odrzuceniu. W przypowieści o pannach nierozsądnych padają słowa: „Nie znam was” (Mt 25,10–12), a w innym miejscu Jezus mówi: „Nigdy was nie znałem” (Mt 7,23). Nie chodzi tu już tylko o karę, lecz o obraz utraty relacji z Bogiem. To właśnie ten motyw może być szczególnie trudny dla współczesnego czytelnika: Bóg, który w innych miejscach przedstawiany jest jako kochający Ojciec, staje się jednocześnie Tym, który może człowieka odrzucić.
Nowy Testament zawiera także obrazy nagłej zagłady. Jezus, mówiąc o czasach Noego, przypomina, że ludzie „nic nie spostrzegli, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich” (Mt 24,37–39). W Apokalipsie natomiast pojawiają się wojny, głód, śmierć, trzęsienia ziemi, plagi oraz wydarzenia o wymiarze niemal kosmicznym (Ap 6–9). Kulminacją jest obraz Sądu Ostatecznego, podczas którego umarli stają przed tronem Boga i zostają osądzeni „według swoich czynów” (Ap 20,11–13).
Jeszcze mocniejszy jest obraz „jeziora ognia”, do którego wrzucone zostają śmierć i Hades, a także ci, których imion nie znaleziono w księdze życia (Ap 20,14–15). Przy literalnej lekturze trudno nie dostrzec w tych tekstach elementu grozy. Trudno również udawać, że obrazy te nie istnieją lub że nie stanowią ważnej części nowotestamentowego języka religijnego.
Nie są to zresztą wyłącznie obrazy przyszłego sądu. W Dziejach Apostolskich znajdujemy historię Ananiasza i Safiry, którzy po kłamstwie wobec wspólnoty nagle umierają (Dz 5,1–11). Herod natomiast zostaje porażony i umiera po tym, jak przyjął chwałę należną Bogu (Dz 12,21–23). Jezus wielokrotnie wypowiada też słowa „biada” wobec ludzi i całych miast, które nie odpowiedziały na jego wezwanie (Mt 11,20–24; Mt 23). Pada również stwierdzenie, że człowiek będzie odpowiadał za swoje słowa (Mt 12,36), a Paweł pisze o „gniewie Boga” wobec zła (Rz 1,18).
Czy jednak taki obraz można bezpośrednio utożsamić z przesłaniem Nowego Testamentu? Tu właśnie pojawia się potrzeba konfrontacji.
Z jednej strony mamy bowiem wszystkie te ostrzeżenia, obrazy sądu, kary, gniewu i zagłady. Z drugiej zaś znajdujemy słowa, które stały się fundamentem chrześcijańskiej nadziei: „Bóg jest miłością” (1 J 4,8), „Tak bowiem Bóg umiłował świat” (J 3,16), a także przekonanie, że Bóg „pojednał nas ze sobą” (2 Kor 5,18–19). W centrum znajduje się więc paradoks: ten sam Bóg jest przedstawiany jako miłość, miłosierdzie i przebaczenie, ale również jako sędzia, który karze i odrzuca.
Jak zestawić ze sobą te dwa obrazy? Być może problem zaczyna się wtedy, gdy teksty Nowego Testamentu traktujemy wyłącznie literalnie, bez uwzględnienia ich kontekstu historycznego, literackiego i teologicznego. Obraz ognia, sądu czy potępienia może pełnić w tekście funkcję ostrzeżenia, symbolu, metafory lub wyrazu określonego sposobu myślenia właściwego dla epoki. Nie oznacza to jednak, że można te fragmenty po prostu odrzucić jako nieistotne. Przeciwnie — właśnie dlatego warto je czytać uważnie i stawiać wobec nich trudne pytania.
„Dobra Nadzieja” nie musi oznaczać obietnicy życia pozbawionego lęku, cierpienia czy konsekwencji ludzkich wyborów. Może oznaczać coś znacznie głębszego: sposób patrzenia na człowieka, Boga, śmierć i przyszłość, który nie zatrzymuje się na dosłownym brzmieniu pojedynczego fragmentu.
Dlatego Nowy Testament warto czytać nie tylko jako zbiór zdań i nakazów, lecz również jako świadectwo ludzkiego doświadczenia Boga — doświadczenia wiary, zwątpienia, nadziei, lęku, winy, przebaczenia i poszukiwania sensu. Dopiero wtedy można próbować zrozumieć, dlaczego w jednym zbiorze tekstów spotykają się tak odmienne obrazy: Bóg jako miłość i Bóg jako sędzia, przebaczenie i kara, zbawienie i potępienie, nadzieja i groza.
Być może przede wszystkim tym, którzy czytają Nowy Testament bez lęku przed zadawaniem trudnych pytań. Konfrontacja jest potrzebna właśnie dlatego, że zbyt łatwo można przedstawiać Nowy Testament wyłącznie jako księgę miłości, przebaczenia i nadziei, pomijając fragmenty mówiące o gniewie, sądzie, karze i potępieniu.
Ale równie łatwo można popełnić błąd przeciwny — sprowadzić Nowy Testament do księgi groźby, kary i strachu, pomijając jego fundamentalne przesłanie o miłości, pojednaniu i nadziei. Żaden z tych dwóch obrazów nie jest wystarczający sam w sobie.
Dopiero zestawienie obu pozwala postawić pytanie naprawdę istotne: czy „Dobra Nadzieja” jest rzeczywiście dobrą nowiną, jeśli jej przyjęcie wymaga lęku przed karą? A jeśli nie — jak należy rozumieć te fragmenty Nowego Testamentu, które taki lęk wywołują? Czy kara jest rzeczywiście działaniem Boga wobec człowieka, czy może konsekwencją ludzkiego wyboru i odrzucenia dobra? Czy „potępienie” oznacza wyrok wydany przez Boga, czy raczej stan człowieka, który sam odcina się od źródła życia? A może pojęcia kary i potępienia należy odczytywać inaczej, niż przyzwyczaiła nas do tego tradycyjna interpretacja?
Być może właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa rozmowa o „Dobrej Nadziei”. Jeżeli Bóg jest miłością, to pojawia się pytanie, czy Jego sąd można rozumieć w taki sam sposób jak ludzki sąd — jako wymierzenie kary, odwet czy odpłatę. Być może sąd Boga nie jest przeciwieństwem miłości, lecz jej ujawnieniem: odsłonięciem prawdy o człowieku, o jego wyborach i o konsekwencjach tych wyborów. W takim ujęciu groźne obrazy Nowego Testamentu nie muszą być prostą zapowiedzią boskiej zemsty. Mogą być językiem ostrzeżenia, próbą uświadomienia człowiekowi, dokąd prowadzą przemoc, egoizm, pogarda, kłamstwo i odrzucenie dobra.
Nie rozwiązuje to jednak wszystkich problemów. Pozostaje bowiem pytanie o sens słów „wieczna kara”, „ogień”, „potępienie” czy „jezioro ognia”. Jeśli potraktujemy je dosłownie, otrzymujemy obraz Boga, którego miłość współistnieje z wieczną karą. Jeśli natomiast uznamy je za symbole, musimy zapytać, co właściwie mają symbolizować i dlaczego autorzy Nowego Testamentu posługiwali się tak mocnym, budzącym lęk językiem.
Być może odpowiedź znajduje się właśnie pomiędzy literalnym odczytaniem a całkowitym odrzuceniem tych tekstów. Nie trzeba bowiem wybierać między przekonaniem, że wszystko należy rozumieć dosłownie, a przekonaniem, że wszystko jest jedynie metaforą. Można potraktować te obrazy jako próbę wyrażenia rzeczywistości, której człowiek nie potrafi opisać wprost. Ogień, ciemność, sąd, śmierć i potępienie mogą być językiem granicznym — językiem używanym wtedy, gdy człowiek próbuje mówić o ostatecznych konsekwencjach dobra i zła.
W takim ujęciu „Dobra Nadzieja” nie polega na zaprzeczaniu istnieniu zła ani na zapewnieniu, że żadne ludzkie wybory nie mają znaczenia. Nie polega również na straszeniu człowieka karą. Jej istotą może być przekonanie, że nawet w obliczu winy, cierpienia, śmierci i ludzkiego zagubienia istnieje możliwość pojednania, przebaczenia i nowego początku.
I właśnie dlatego warto czytać również te fragmenty, które budzą sprzeciw. Nie po to, aby wzmacniać lęk, lecz po to, aby sprawdzić, czy obraz Boga, który z nich wyłania się przy pierwszym, literalnym odczytaniu, rzeczywiście odpowiada całemu przesłaniu Nowego Testamentu.
Bo jeśli „Dobra Nadzieja” ma być rzeczywiście dobra, nie powinna bać się trudnych pytań. Może prawdziwa nadzieja zaczyna się właśnie wtedy, gdy człowiek przestaje bać się pytać, czy Bóg, który jest miłością, naprawdę potrzebuje kary, aby być sędzią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz