W życiu człowiek przyzwyczaja się do pewnych zjawisk i traktuje jako coś naturalnego. Odstępstwa są traktowane z pewnym niedowierzaniem. Tymczasem musimy zmienić zakodowane w nas poglądy, bo rzeczywistość jest inna, bogatsza. Np. jesteśmy przyzwyczajeni, że każde ciało poruszające, po czasie, zatrzymuje się. Tak, bo natrafia na tarcie, opór. Tymczasem w kosmosie nie ma tarcia, a opór ze zderzeń z przypadkowymi cząstkami prawie zerowy. Pierwsze prawo dynamiki mówi, że ciało na którego nie działają siły niezrównoważone jest w ruchu wiecznym. Dzisiaj odbieramy fale elektromagnetyczne, które mają swój żywot miliardy lat. W pierwszym odruchu pojawia się pytanie, dlaczego nie rozproszyły się i zaniknęły. Z tego samego powodu. Nie ma przeszkód, które by je osłabiały. Te dwa przykłady pouczają i przybliżają nam pojęcie wieczności. Jest ono wpisane w dzieło stworzenia.
Na dodatek nauka mówi, że energię nie można unicestwić (nawet anihilacją), a tylko można ją przetwarzać. Wniosek, energia jest również wieczna. Stwórca tchnął swoją moc w postaci energii. Tym samym zagwarantował jej wieczność. Stwórca nie powołał człowieka do istnienia, aby czasowo się nim nacieszył, ale nadał mu wieczność istnienia (per se in hoc) .
To, że kiedyś wszystko przemieni się w energię promienistą oznacza koniec koncepcji obecnej rzeczywistości ale nie kończy istnienia ludzi. Bowiem z istnieniem istot inteligentnych wiąże się integralnie ich świadomość. Ona ma w sobie rozeznanie własnego istnienia i bytowania niezależnie od tego czy w przyszłości fizycznie nie będziemy częścią niebiańskiego światła – będąc w Nim. Dobrą wiadomością dla ludzi podłych, jest, że ich tak samo obejmie zbawienie (apokatastaza) jak innych ludzi. Czy poniosą z tym pewne koszty (oczyszczenia) – zobaczymy.
Odczytane przekazy (sny, natchnienia) ze świata nadprzyrodzonego są skąpe. Może wynika to z tego, że w tej rzeczywistości wszelkie zjawiska nadprzyrodzone są nie do zrozumienia przez człowieka. To podpowiada, że tam panują zupełnie inne zasady istnienia. To co wiemy, to nie ma przestrzeni tylko są stany. Komunikacja między duszami odbywa się natychmiastowo i może obejmować wiele źródeł jednocześnie. Można się domyślać, że ta inność z naszej rzeczywistości jest mało zrozumiała, a nawet irytująca. No i nie można się dziwić, że jest za zasłoną ludzkich percepcji.
Przekraczając próg śmierci, wchodząc w świat nadprzyrodzony będzie musieli przestawić się na inne reguły egzystencji. To świadczy, że prawa rządzące w obecnej rzeczywistości to jeden z wariantów zamysłów Stwórcy.
Mam wrażenie, że cała zdobyta wiedza w życiu ziemskim będzie reliktem historii. Czy to zachęca do pójścia w zaświaty. Nie koniecznie.
Cieszmy się życiem, którego obecnie doświadczamy, bo przyszłość nie może być tak różowa jakby się nam mogło wydawać.
Filozoteizm (inaczej wiara rozumna) jest propozycją nowego oglądu wszystkich aspektów naukowych i religijnych za pomocą naturalnego światła rozumu, pod kątem znanych praw przyrody, logiki i podejścia filozoficznego z uwzględnieniem wiary w istnienie Stwórcy świata (Boga) oraz Jezusa Chrystusa jako pełne Wcielenie Boga (Akt działający) w istotę ludzką.
Łączna liczba wyświetleń
niedziela, 30 listopada 2025
Wieczność zagwarantowana
sobota, 29 listopada 2025
Stała Hubble'a kluczowym dowodem
Stała Hubble'a to 66.6 (km/s)/Mpc. Ostatnio wyliczoną ją w 2023 roku. anlizują soczewkowania grawitacyjne gwiazdy supernowej REfsdala. (1 Mpc (megaparsek) = ok. 3,26 miliona lat świetlnych = 3,09 × 10²² m).
Stała ta pochodzi z prawa Hubble'a–Lemaitre'a określające v prędkość ucieczki galaktyk i z prostego wzoru: v = H * r gdzie
H - stała Hubble'a,
r - odległość od naszej galaktyki (obserwatora)
Stała Hubble’a opisuje tempo rozszerzania się Wszechświata w funkcji czasu. Za jednostkę przyjęto liczbę kilometrów, o jaką zwiększa się jeden megaparsek w ciągu jednej sekundy [(km/s)/Mpc]. Pozwala w dużym przybliżeniu oszacować wiek Wszechświata, przy założeniu modelu Friedmana-Lemaître’a jako modelu kosmologicznego
Prawo Hubble’a dowodzi, że Wszechświat się rozszerza. Mówi ono: " im dalej od nas znajduje się galaktyka, tym szybciej się od nas oddala". Zależność liniowa między prędkością a odległością (odkryta przez Edwina Hubble’a w 1929 roku) oznacza, że wszystkie obieky kosmiczne (galaktyki) oddalają się od siebie. Nie istnieje żadne „centrum” tego ruchu — to sama przestrzeń ulega rozszerzaniu. Zjawisko rozszerzania się Wszechświata w pewnym stopniu ogranicza częstotliwość kolizji między obiektami kosmicznymi, jednak mimo to takie zdarzenia wciąż mają miejsce. Skąd biorą się te kolizje? W kosmosie wynikają głównie z lokalnych oddziaływań grawitacyjnych. Choć przestrzeń jako całość się rozszerza, w obrębie galaktyk i gromad galaktyk grawitacja jest na tyle silna, że może przezwyciężyć to rozszerzanie, prowadząc do zderzeń, zlewań i innych dynamicznych procesów. Wszechświat kiedyś był mniejszy i gęstszy, co stanowi dowód na teorię Wielkiego Wybuchu. Zjawisko to wspiera model ewolucyjny Wszechświata – czyli hipotezę, że powstał on z jednego punktu Wielkiego Wybuchu.
Ta osobliwość stanowi stały temat dociekań uczonych, ponieważ wciąż brakuje pełnego zrozumienia — trudno nawet wyobrazić sobie, jak właściwie przebiegł sam początek wszystkiego. Przy tej okazji często pojawia się pytanie: co istniało przed tą chwilą? Odpowiedź, że „nic”, poza Stwórcą, nie zawsze satysfakcjonuje pytających. Brak jednoznacznych i rzetelnych wyjaśnień sprawia, że powstają różne, często niezwykłe modele i hipotezy dotyczące początków Wszechświata. Każdy badacz ma własną wizję i sposób interpretacji tego zagadnienia — jedni skupiają się na fizyce kwantowej, inni odwołują się do filozofii lub teologii.
Odpowiedź można też odczytać ze słów Ewangelii św. Jana: "Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo" (J 1,1). Stwórca jest tym «Słowem» który użył znaczenia słów: «pragnienie», «wola» i powołał Świat do istnienia. Tym samym przekazał, że mając pragnienie i wolę można uczynić rzeczy wielkie "Niech się stanie" (Rdz w wielu miejscach). Moc Boga wywodzi się z pragnienia. Istoty ludzkie mają podobną możliwość realizacji swych pragnień, ale im potrzebna jest do tego jeszcze wiara. Jak mówi przysłowie: "wiara góry przenosi". Odtąd słowo «wiara» nabrała fundamentalne znaczenie.
Typ sposobem nauka wkracza w doktrynę religijną podtrzymując, że Świat ma swój początek. Hipoteza, że Świat istniał od zawsze upada. Ten pogląd rodzi skutki egzegetyczne. Ja dołożyć, do tego, że materia jest tylko wytworem energetycznym, a nie istnieje od zawsze niweczy ideologię i «wiarę» materialistów.
piątek, 28 listopada 2025
Między wiedzą a wiarą
Wobec wiedzy i jej granic musimy sobie uświadomić, że istnieją rzeczy i zjawiska, których w żaden sposób nie da się wykryć, choć nasz umysł podpowiada, że one istnieją. Przykładem są wszelkie hipotezy dotyczące ciemnej materii czy (ciemnej energii). Nauka zakłada, że muszą one istnieć, skoro bez ich obecności nie da się wyjaśnić zachowania Wszechświata. A jednak – mimo coraz doskonalszej aparatury – nie udało się ich bezpośrednio zaobserwować. To pokazuje, że rozum potrafi przeczuwać coś, co wykracza poza granice empirycznego doświadczenia.
Podobna sytuacja towarzyszy człowiekowi od wieków w odniesieniu do Istoty Boskiej. Rozumem i wiarą dochodzimy do przekonania, że Bóg istnieje, choć nie mamy na to żadnego zmysłowego, niepodważalnego dowodu. Czy więc nie jest tak, że to przekonanie rodzi się z naszych pragnień – z tęsknoty za sensem, ładem, dobrem? Jaką wartość poznawczą ma fakt, że człowiekowi wydaje się, iż coś istnieje? A może samo to „wydaje się” jest już przejawem głębszej intuicji, która prowadzi nas poza granice zmysłów – ku temu, co niewidzialne, ale przeczuwalne?
Być może właśnie dlatego dana nam jest wiara – nie jako błąd poznawczy, lecz jako niezbędny element ludzkiej natury. To przestrzeń, w której rozum spotyka się z tajemnicą. Jak pisał Pascal, „serce ma swoje racje, których rozum nie zna”. Wiara więc nie musi być przeciwieństwem wiedzy; może być jej dopełnieniem, mostem między tym, co poznawalne, a tym, co przekracza nasz horyzont rozumienia.
W tym sensie zarówno poszukiwanie ciemnej materii, jak i poszukiwanie Boga są przejawem tej samej ludzkiej tęsknoty za zrozumieniem rzeczywistości w całej jej pełni – widzialnej i niewidzialnej. To pragnienie poznania, napędzane jednocześnie rozumem i wiarą, czyni człowieka istotą nieustannie poszukującą sensu.
Teoria względności przypomniała nam, że wszystko jest w pewnym stopniu relatywne, a nasze spostrzeżenia zawsze ograniczają się do warunków, w jakich powstają. Czy możemy być pewni, że Księżyc istnieje, gdy się od niego odwracamy? Nie do końca. Tak samo nie możemy być pewni wielu rzeczy, które wymykają się naszym zmysłom. Człowiek z każdej strony napotyka granice poznania – bariery fizyczne, biologiczne, duchowe. A jednak to właśnie one prowokują pytania: czy zjawiska tunelowe nie wynikają z głębszych racji niż te, które potrafimy dziś opisać? Czy fakt, że jedni ludzie obdarzeni są niezwykłymi talentami, a inni ich nie mają, jest tylko dziełem przypadku – czy może celowym darem?
Na styku tych pytań, między wiarą a wiedzą, rozciąga się przestrzeń człowieka – istoty, która nie przestaje szukać.
Każdy musi znaleźć sobie odpowiedź na zadane pytania względem tego co mu w sercu gra, a rozum podpowiada.
Ja od lat swoimi wpisami, pracą wydawniczą ujawniam moje stanowisko świadopoglądowe. Wiara w Boga przerodziła się w przekonanie, że istnieje Przyczyna sprawcza (Bóg, Jahwe, Allach) która powołała Świat do istnienia. Dlatego pozwalam sobie za Blaise Pascalem (1623–1662) i Gustawem Jungiem (1875–1961) powtarzać: "Ja nie wierzę, ja wiem". Jezus Chrystus jest Podmiotem wiary. Wynika ona z niezwykłości wydarzenia na miarę boskiego tchnienia. Korzystam ze sposobu myślenia Pitagorasa (VI w. przed Chr.), który twierdził, że Ziemia jest kulą, gdyż została stworzona przez bogów, więc musi mieć idealny kształt, a taki właśnie posiada kula. Tak w wierze w autentyczność Syna Bożego, bo idea Syna Bożego jest tak logicznie dopracowana i zasadna w doktrynie chrześcijańskiej, że daję jej wiarę, mimo, że pochodzi od ludzkiego przekazu, to serce karze mi zaakcepować ten fenomem. Wierzę w życie wieczne, bo jego brak niweczy sens każdej religii. Mam też świadomość, że i w wymiarze nadprzyrodzonym nie będzie łatwo, bo Boga nigdzie nie można do końca poznać, spossób istnienia nie jest dokłasne sprecyzowany. Wierzę w funkcjonały dobra i miłości (jako nośniki energetyczne), które współtworzą i utrzymują Świat w jego istnieniu. Pozostaję w uwielbieniu fenomenu istnienia. Podziwiam mechanizm, prawa przyrody i wszelkie Boskie koncepcje (ujawnione na wizji zmysłowej i pochodzące od ludzi, którzy odczytali je w natchnieniu). Wierzę w Opatrzność Boga, choć nie do końca rozumiem jego rozdawnictwa.
Odrzucam szatana i aniołów, którzy by istnieli własnym samodzielnym istnieniem i traktuje je jako folklor religijny. Maryję Matkę Jezusa traktuje z szacunkiem i wierzę w jej wstawienniczość w Opatrzność Boga. Jej dziewictwo traktuję jaką koncepcję marketingową doktryny chrześcijańskiej.
czwartek, 27 listopada 2025
Sen Boga
Z perspektywy zwykłego człowieka świat wydaje się prosty i nieskomplikowany. Dekalog w sposób klarowny wskazuje zasady moralnego postępowania, stanowiąc drogowskaz w codziennym życiu oraz obietnicę szczęścia wiecznego.
Dla naukowców natomiast świat jawi się jako niezwykła koncepcja — złożony projekt, precyzyjny mechanizm, którego działania nie da się w pełni opisać zwykłym, potocznym językiem. To rzeczywistość pełna tajemnic, wymagająca nieustannego poznawania, badań i refleksji. Jak już pisałem, do zrozumienia świata subatomowego konieczne było stworzenie i zaadaptowanie narzędzi matematycznych, często zupełnie nieprzyswajalnych dla „zwykłych zjadaczy chleba”.
Nieustannie próbuję tłumaczyć zawiłości nauki, lecz w niektórych przypadkach jest to wręcz niemożliwe. Wymagają one od zainteresowanych całkowicie nowego spojrzenia na świat — innej orientacji umysłowej, większej wyobraźni, a przede wszystkim odmiennego sposobu myślenia. Przykładem jest moje przekonanie o dynamicznej naturze Stwórcy i Jego dzieła stworzenia. Sama definicja istnienia poprzez działanie (jak w przypadku wiatru) nie dla wszystkich jest zrozumiała ani przekonująca. Ludzka wyobraźnia domaga się konkretu, podstaw bytowych, na których można oprzeć własne rozumienie rzeczywistości. Jak pisałem, owe podstawy stanowią formę, która pozwala w umyśle tworzyć obrazy — w ten sposób człowiek może samodzielnie wyobrażać sobie zarówno Boga, jak i najmniejsze obiekty materialne.
Drugą trudnością pozostaje uznanie, że świat, w swej istocie, jest „wyobrażeniem”, jak twierdził Arthur Schopenhauer. Nie oznacza to, że nie istnieje on fizycznie, lecz że dla człowieka ważniejszy jest sposób, w jaki świat jest przez niego odbierany i interpretowany. To, co postrzegamy zmysłami lub tworzymy w umyśle, staje się naszą rzeczywistością — jedyną, do której mamy bezpośredni dostęp. Podobne refleksje pojawiają się w literaturze. Adam Mickiewicz w Odzie do Młodości również poruszał motywy iluzoryczności świata i życia, wskazując, że prawdziwe istnienie ujawnia się dopiero w duchowym zjednoczeniu i wspólnym działaniu. Johann Wolfgang Goethe z kolei uważał, że większość ludzi żyje w ułudach, które mają na celu maskowanie prawdziwej natury rzeczywistości. W tym sensie nasz świat może być nie tyle obiektywnym faktem, ile zbiorem wrażeń, symboli i obrazów, które tworzą spójną, choć niekoniecznie realną wizję istnienia.
Coraz częściej chodzi mi po głowie hipoteza, że „stworzenie” nie polegało na powołaniu do istnienia realnej, bytowej rzeczywistości, lecz raczej na stworzeniu wizji — wrażenia, że świat istnieje. Może dla Stwórcy właśnie takie działanie byłoby prostsze, zgodne z Jego naturą — naturą, która objawia się w działaniu, a nie w materialnej formie?
Jeśli tak, to całe stworzenie mogłoby być niczym innym, jak Boskim aktem wyobraźni — doskonałym snem Boga, w którym my, świadomi uczestnicy, odkrywamy cząstkę Jego twórczej mocy i współuczestniczymy w dziele kreacji.
Nam, żyjącym, pozostają doświadczenia mistyczne — iskry wieczności, które zapalają w nas pragnienie poznania źródła wszystkiego. To one są zarzewiem przyszłości, bo świat stworzony nie przemija, lecz trwa w nieskończonym „teraz” Boga. Doświadczenia mistyczne polegają na pełnym zjednoczeniu się z naturą Boga, na przekroczeniu granic własnego „ja”, aby w Jego świetle odnaleźć prawdziwe istnienie — jedność, która jest początkiem i końcem wszelkiego bytu.
Każde doświadczenie jak modlitwa, trwanie przed Bogiem, odbieranie Boskich znaków, harmonii Wszechświata i inne przeżycia składają się na to, co nazywamy życiem, istnieniem. "On jest w nas, a my w Nim" (J 4,20). Ten duchowy mariaż stanowi mistyczny cel i sens, który, żyjąc w rzeczywistości materialnej, nie zawsze jest zauważalny i akceptowany. Tworzymy sobie własne światy i rzeczywistości, uważając je za najlepsze. Być może kiedyś będziemy uważać je za największą pomyłkę. Rezygnujemy z doskonałości, która jest nam ofiarowywana. Czy nie są szczęśliwsi Ci, którzy z pokorą przyjmują swój los i świat im dany na tacy?
Może właśnie w tej prostocie, w tym cichym „tak” wypowiedzianym wobec życia, objawia się prawdziwa mądrość. Nie w nieustannym szukaniu, lecz w trwaniu. Nie w pragnieniu więcej, lecz w zrozumieniu, że wszystko już jest — w nas i wokół nas. Bo Bóg nie ukrywa się w niedoścignionych sferach, lecz przemawia w każdym geście, w każdym oddechu, w każdej chwili, która trwa.
Kiedy przestajemy walczyć z rzeczywistością, zaczynamy dostrzegać, że to, co wydawało się niedoskonałe, jest częścią doskonałego planu. Wtedy znika lęk, a pojawia się pokój — ten, którego świat dać nie może, lecz który od zawsze mieszka w ciszy naszego serca.
środa, 26 listopada 2025
Wyprawa do Egiptu: dnie: szesnasty – dwudziesty
1988.11.29 wtorek Dzień 16
Pobudka o szóstej rano. Wstało się dość ociężale. Kolegów pogryzły komary — mnie trochę mniej. Śniadanie w pośpiechu. Przed hotelem czekały na nas mikrobus i peugeot. Ruszyliśmy do Doliny Królów. Promem przeprawiliśmy się przez Nil. Wykupiliśmy bilety (10 $ od osoby).
Dolina Królów robi ogromne wrażenie. Grobowców jest tak wiele, że nie sposób obejrzeć wszystkich. Najbardziej zapamiętałem grobowiec Tutmozisa III, faraona XVIII dynastii z okresu Nowego Państwa oraz Tutenchamona (ok. 1342–1232 przed Chr.) faraona XVIII dynastii, odkryty w 1922 roku z pełnym wyposażeniem. Zwiedzaniu towarzyszyło palące słońce.
Następnie pojechaliśmy do Doliny Królowych. Na naszych oczach prowadzono wykopaliska. Wrażenia podobne — podziw budzi ogrom pracy ówczesnych budowniczych oraz kunszt i artyzm ich wielowiekowych dzieł.
Kolejnym punktem programu była Świątynia Królowej Hatszepsut, władczyni z XVIII dynastii (ok 1503 – 1482 przed Chr.). Tam spotkaliśmy polskiego archeologa. Opowiadał nam, że jest tu już po raz dwudziesty pierwszy i tylko raz, przez piętnaście minut, spadł deszcz. Zrobiliśmy kilka zdjęć i udaliśmy się do «Medinet Habu», świątyni Ramzesa II Wielkiego z XIX dynastii. Znów ogarnął nas zachwyt nad wielkością i pięknem tych obiektów.
Po wyjściu wypiliśmy kawę i płynny owoc rozcieńczony wodą w małej, obskurnej kawiarence. Po powrocie do hotelu Jacek R. próbował dodzwonić się do Malewa w Kairze przez kieszonkowy radiotelefon — niestety za późno. Wraz z Jackiem Z. i G. poszliśmy na stację autobusową i kolejową, aby zebrać informacje i przygotować się do wyjazdu.
Wracając, zajrzeliśmy do restauracji, gdzie była reszta grupy, zajadająca się domniemanie pyszną potrawą. Widok niedojedzonych placków mówił sam za siebie. Zakupione wino za 20 $, które miało poprawić smak, również okazało się niedobre.
Mimo wszystko, w doskonałych humorach wróciliśmy do hotelu. Po kolacji zasiedliśmy do brydża. W duecie z Jackiem R. zdobyliśmy mistrzostwo. Dopiero po północy położyliśmy się spać.
1988.11.30 środa Dzień 17
Po siódmej poszliśmy z Jackiem R. na stację kolejową. Bilety sprzedają tu dopiero od ósmej, więc staliśmy w kolejce przez godzinę, by dowiedzieć się, że do Kairu bilety sprzedają w innej kasie.
Pożegnanie z grupą Zbyszka było serdeczne. Przekazaliśmy im rzeczy, które nie będą nam już potrzebne — lekarstwa, filmy, ryż i inne drobiazgi. Ewa C. przygotowała nam na drogę kanapki, a Ewa K. podała numer telefonu do swojej matki, aby do niej zadzwonić.
Właściciel hotelu bezpłatnie odwiózł nas na stację. Towarzyszyli nam Jacek Z., Bogdan i Krzysiek. Na stacji — swojski widok: na torach pasące się kozy.
O dziwo, wagon pierwszej klasy był całkiem przyzwoity: z klimatyzacją i stosunkowo czysty. Czas spędziliśmy na rozmowach. Do Kairu dotarliśmy dopiero po godzinie 23. Do hotelu poszliśmy pieszo, po drodze kupując pieczywo.
Piekarnie w Egipcie są czynne całą dobę i serwują świeżutkie wypieki. W naszym „Crownie” zjedliśmy kolację i położyliśmy się spać.
1988.12.01 czwartek Dzień 18
Noc minęła spokojnie. Do «Crowna» przyjechała trzecia grupa z Lucyną i Tomkiem Raczyńskimi na czele. W krótkich słowach wymieniliśmy się informacjami. Podobnie jak my, choć w mniejszym stopniu, zostali pozbawieni części towaru. Po śniadaniu udaliśmy się do Malewa. Niestety, wciąż znajdowaliśmy się na liście rezerwowej na trasie z Budapesztu do Warszawy. Zdecydowaliśmy się jednak lecieć, licząc, że uda nam się dostać miejsca, choćby w korytarzu. W przeciwnym razie czekałaby nas podróż koleją, której najbardziej obawiał się Jacek G. Ostateczna decyzja o odlocie w sobotę została podjęta. W niemieckich liniach lotniczych potwierdziliśmy odlot grupy Zbosia. Ciekawe, że niemieckie linie nie mają połączenia komputerowego — potwierdzenie lotu przekazują teleksem, podając poszczególne nazwiska. Resztę dnia spędziliśmy na zakupach. Wracając wieczorem do hotelu, zakupiliśmy Brandy. Krótkie spotkanie z trzecią grupą zakończyło nasz program dnia.
1988.12.02 piątek Dzień 19
Noc była koszmarna. Połowa nieprzespana. Komary ciągle cięły potwornie. Całe ręce i twarze mieliśmy pogryzione. Ze złością wyskoczyłem z łóżka, koledzy jeszcze spali. Dzień spędziliśmy na chodzeniu po mieście. Wieczorem pożegnaliśmy Kair. Taksówką dostaliśmy się na lotnisko.
1988.12.03 sobota Dzień 20
Malew zagwarantował nam przelot aż do Warszawy. Po godz. 8 rano witaliśmy naszą ukochaną Polskę. Próby ściągnięcia samochodu z Kielc nie udały się. Do kosztów wycieczki dołożyliśmy jeszcze taksówkę, która nas przywiozła do Kielc.
* * *
Zakończyła się nasza wycieczka. Pomimo moich przykrych dolegliwości i chwil cierpienia, jestem z niej bardzo zadowolony. Pozostały piękne wspomnienia, nowa wiedza i cenne doświadczenia.
Gdybym wówczas posiadał wiedzę historyczną, którą mam dzisiaj, zupełnie inaczej odbierałbym wszelkie artefakty starożytnego Egiptu. Po zapoznaniu się z literaturą opisującą miejsca warte zobaczenia w Izraelu – wiem, że obecnie w wielu z nich stoją bazyliki i kaplice – nie żałuję, że nie było nam dane tam być.
wtorek, 25 listopada 2025
Wyprawa do Egiptu: dzień czternasty
1988.11.27 niedziela Dzień 14 Asuan
W Asuanie, w nocy spałem bardzo dobrze, choć miałem niezbyt przyjemny sen. Rano wyglądnąłem przez okno i zobaczyłem typowy obrazek dla Egiptu: dachy domów służące za składowisko rupieci. Patrząc na miasto z góry, odnosi się wrażenie, że to jedna wielka rupieciarnia.
Hotel, w którym mieszkaliśmy, był czysty, choć od czasu do czasu pojawiały się duże, czarne karaluchy.
Podczas ubierania się zauważyłem opuchnięcie mojego męskiego przyrodzenia i poczułem pieczenie. Dolegliwość ta (grzybica!) była szczególnie uciążliwa w afrykańskich warunkach. Na szczęście miałem maść Clotrimazolum, którą od razu zastosowałem. Doszedłem do wniosku, że przyczyną tej nowej dolegliwości był Biseptol.
Pranie zdążyło wyschnąć. Około ósmej wyszedłem na miasto i kupiłem dwa kilogramy pomarańczy dla całej grupy. Przypadkiem odkryłem kościół prowadzony przez misję francuską i przez ponad pół godziny uczestniczyłem w liturgii koptyjskiej. Zwróciłem uwagę, że bardzo lubią używać kadzidła – jego intensywny zapach wypełniał cały kościół. Sposób śpiewania i wspólnej modlitwy bardzo przypominał mi liturgię islamską.
Z grupy Zbyszka siedem osób pojechało do Abu Simbel, reszta udała się nad Nil. Tam wypożyczyliśmy felukę (łódź), targując cenę z 25 do 10 dolarów. Popłynęliśmy nią na wyspę «Île des Plantes». Po opłaceniu biletu studenckiego weszliśmy do pięknego ogrodu botanicznego, w którym – jak mówiono – znajduje się reprezentacja flory z całej Afryki. Wśród drzew stał mały meczet, a na końcu wyspy znajdowała się kawiarenka, w której posililiśmy się kawą i colą.
Wycieczka była przepiękna. W milczeniu znosiłem ataki bólu szczęk i stan zapalny, który nadal mi dokuczał. Następnie popłynęliśmy na wyspę Elefantynę, gdzie zwiedziliśmy muzeum oraz ruiny Filé. Około 14:30 wróciliśmy do hotelu. Grupa, która pojechała do Abu Simbel, wróciła wcześniej i kończyła już obiad. Byli bardzo zadowoleni ze swojej wyprawy.
Po obiedzie, już całą grupą, ponownie wypłynęliśmy na wyspę «Île des Plantes», a następnie, opływając Elefantynę, wróciliśmy do przystani. W feluce śpiewaliśmy piosenki – niektóre, śpiewane na głosy, wychodziły nam całkiem nieźle. Arabowie z zaciekawieniem nas słuchali. Przed dobiciem do brzegu poprosili, nie typowo, o wcześniejszą zapłatę – jak się okazało, mieli niemiłe doświadczenia z turystami radzieckimi.
Z Ewą Kurczyńską poszliśmy na mszę do kościoła, reszta udała się na bazary. W świątyni było niewiele osób: Francuzi, Włosi i my. Msza była odprawiana po francusku i włosku. Przyjąłem komunię umoczoną w winie.
Po powrocie do hotelu zastaliśmy Alę – wspólnie wypiliśmy herbatę. Wieczorem uzupełniałem notatki. Zapisałem wiele miłych słów pod adresem wszystkich. Dawno nie byłem tak zadowolony z kontaktów i wspólnego życia w grupie. Serdeczność, uczynność i taktowność – brawo! Gdyby nie moje dolegliwości, dzień ten zapisałby się jako jeden z najpiękniejszych.
1988.11.28 poniedziałek Dzień 15
Cała trójka spała doskonale. Obudził nas budzik Jacka R. o godzinie szóstej rano. Niestety, moje dolegliwości nie ustąpiły — pozostała opuchlizna i piekący ból. Szczęki co jakiś czas dawały o sobie znać.
Po śniadaniu wsiedliśmy do zamówionych peugeotów. Plecaki wrzuciliśmy na bagażnik i pożegnaliśmy przemiły Asuan, który pozostawił w naszej pamięci przepiękne wspomnienia. Obciążone samochody jechały z prędkością 90–100 km/h. Kierowca poczęstował nas gumą do żucia. Po 40 kilometrach zjechaliśmy z głównej drogi i dotarliśmy do «Kom Ombo». Na nasze studenckie legitymacje udało się kupić bilety ze zniżką. Weszliśmy na teren wielkiej świątyni poświęconej Nilowi. Zobaczyliśmy zmumifikowane krokodyle i gdzieniegdzie zachowane resztki malowideł. Niegdyś świątynia musiała wyglądać pięknie i imponująco. Na dziedzińcu znajdował się «nilomierz» w kształcie okrągłej studni.
Następny przystanek – «Edfu». Tym razem nie udało się już zdobyć biletów studenckich. Imponująca budowla, olbrzymie kolumny, posągi i pozostałości dawnego imperium robiły ogromne wrażenie. Tu też doznałem największych cierpień. Co ciekawe, nie dyskwalifikowało to atmosfery zwiedzania – potrafiłem godzić jedno z drugim – cierpienie z przyjemność zwiedzania.
W dalszej drodze, przez okno, z prawej strony widzieliśmy pustynię, z lewej zaś Nil. Po obu stronach rzeki ciągnął się wąski pas zieleni. Wokół bieda i nędza. Podobno tutaj rodzi się więcej dziewczynek niż chłopców. Żona kosztuje 1500 dolarów.
Po drodze jedliśmy mandarynki. Jazda działała usypiająco, niektórzy przysypiali. O 13.10 wyruszyliśmy do Luksoru. Już na pierwszy rzut oka uderzył nas ogromny brud, tumany kurzu i budynki w opłakanym stanie. Dla porównania, Asuan był znacznie czystszy. Samochody zatrzymały się w centrum miasta. Jackowie Z. i R. poszli szukać hotelu i załatwili pokoje w obiekcie o nazwie «Siena Garden». Hotel był przeciętny, ale łazienki wyjątkowo czyste. Pierwszy rzuciłem się pod prysznic – po kąpieli i posmarowaniu obolałego przyrodzenia poczułem wyraźną ulgę.
Po obiedzie dobiliśmy targu i pojechaliśmy trzema dorożkami do świątyni w Luksorze, a następnie do Karnaku. Byłem zaskoczony obecnością dorożek w Afryce – były w dobrym stanie i bogato przyozdobione. Nie zdecydowaliśmy się na seans „Światło i dźwięk” w Karnaku – bilety były drogie (10 dolarów) i, jak mówiono, niezbyt warte zobaczenia. Wróciliśmy dorożkami na bazar, gdzie doszło do kłótni z przewoźnikami o zapłatę usługi. Wyszliśmy z niej obronną ręką, choć jeden z woźniców zagroził Jackowi R., że poderżnie mu gardło.
Wieczorem graliśmy w brydża. Miałem wyjątkowo dobry humor, a zabawy przy grze było co niemiara. Położyliśmy się spać po północy.
poniedziałek, 24 listopada 2025
Wyprawa do Egiptu: dzień dwunasty i trzynasty
1988.11.25 piątek Dzień 12
O pierwszej w nocy Jacek R. przerwał grę. Położyłem się spać. Do pokoju weszli Krzysiek i Jacek Z., a ja wkrótce zasnąłem. W nocy komary cięły niemiłosiernie. Słyszałem Jacka G., jak klął i palił papierosa – jego również nie oszczędziły. O 6:45 wstałem i poszedłem obudzić Jacka Z. Wracając korytarzem, zobaczyłem leżącą na kanapie postać Zygmunta. Wrócił z Luksoru! Po chwili dołączył do wspólnego śniadania. Pokrótce opowiedział o swoim pobycie w Luksorze i podzielił się spostrzeżeniami. Według nas przepłacił za papirusy (podróbki), ale nie dobijaliśmy go naszymi spostrzeżeniami.
Grupa Zbyszka pojechała do Gizy i Sakkary, a my wybraliśmy się metrem (bilet – 25 piastrów) do Starego Kairu, zwanego „Starym Egiptem”. Wysiedliśmy na czwartej stacji i udaliśmy się do „Babilonu”. To warowna twierdza, nazwana tak od Babilończyków, którzy niegdyś wzniecili tu powstanie i opanowali to miejsce. Twierdzę otacza fosa.
W Babilonie skupiają się najstarsze kościoły koptyjskie: św. Sergiusza, Marii Panny i św. Barbary, a także baszta św. Jerzego. Każdego roku, od 20 do 28 czerwca, tysiące chrześcijan i muzułmanów gromadzą się w monasterze Al-Moharrak, gdzie – według legendy – przebywała Święta Rodzina podczas ucieczki do Egiptu. Przez cały tydzień ortodoksyjni Koptowie i muzułmanie wspólnie celebrują święto Dziewicy Maryi (!).
Jacek G. zwiedził również Muzeum Koptyjskie (1 £ z kartą studenta). Przed twierdzą zrobiliśmy zakupy pamiątek – ceny były stosunkowo niskie. Obok twierdzy zajrzeliśmy do arabskich slumsów, ale bardzo szybko się wycofaliśmy – brud i smród przewyższały naszą ciekawość.
Wracając do hotelu, wstąpiliśmy na pizzę. Czekaliśmy dość długo, a sama pizza była przeciętna. W hotelu porozmawiałem z Zygmuntem – cudem załatwił sobie odlot do Polski jeszcze tej nocy. Bardzo mnie to ucieszyło. Skończą się jego kłopoty, a i my będziemy spokojniejsi.
Przed nami Asuan. Nie mogąc doczekać się zamówionego mikrobusu, który miał nas zawieść na stację kolejową udaliśmy się do niej pieszo. Aby dostać się na właściwy peron, musieliśmy pokonać bariery i przechodzić przez tory kolejowe. Zderzenie z pierwszą klasą było szokujące – totalny brud, ławki poprzesuwane, półki ledwo mieszczące małą walizkę, kuchenka zalana błotem, toaleta nie do opisania, okna niemyte, na siedzeniach kurz. Panie bały się siadać i podkładały sobie ręczniki.
Plecaki umieściliśmy między siedzeniami. Usiadłem z Jolą i Jackiem do brydża. W oddali druga grupa grała drugą talią. W międzyczasie posilaliśmy się kanapkami, kabanosami, pomarańczami i mandarynkami, popijając wodą i Coca-Colą. Poczęstowano nas też wódeczką.
Nagle poczułem przenikliwy ból górnej i dolnej szczęki. Próbowałem go złagodzić spirytusem, lecz bez skutku. Ataki bólu zepsuły mi nastrój – na szczęście trwały tylko około pięciu minut i ustępowały.
1988.11.26 sobota Dzień 13
Głęboką nocą koledzy zasnęli, a ja przeniosłem się do towarzystwa Zbosia. Popijaliśmy alkohol, a po chwili do rozmowy dołączyli Chabikowie. Rozmawialiśmy aż do piątej rano. Potem znalazłem jeszcze puste miejsce i próbowałem zasnąć. Ostry atak bólu szczęk tak mnie zmęczył, że w końcu zasnąłem.
O 8.30 wróciłem do rozbudzonego towarzystwa. Po śniadaniu znów zaczęliśmy grać w brydża. Dopiero przed pierwszą dotarliśmy do Asuanu. Byliśmy brudni, spoceni i z pełnymi pęcherzami. Na stacji czekaliśmy na Jacka R. i Z., którzy poszli załatwić hotel.
Prysznic przywrócił nam normalny wygląd i dobre samopoczucie. Na obiad zjedliśmy kanapki i wypiliśmy herbatę. Znów zacząłem odczuwać ból szczęk. Koledzy wyszli na spacer, a ja położyłem się. Ich powrót mnie obudził, a ból zaostrzył się. Popijałem colę, wziąłem dwa Gardany, a potem Relanium – i zasnąłem.
Jacek G. wreszcie sprzedał swoje stare ubranie za 12 dolarów oraz śpiwór. Przyniósł do hotelu bębenek tam-tam i był zadowolony, że jego bagaż się zmniejszył.
Kolację zjedliśmy wspólnie. Krzysztofowi zaśpiewaliśmy „Sto lat” z okazji urodzin. Ewa Chabik zajrzała mi do gardła, a Roman podał mi Biseptol – zażyłem dwie tabletki. Nie wiedziałem, ze mam uczulenie na to lekarstwo i że zacznie się mój nowy dramat.
Wieści z bazaru były mizerne: wszędzie pełno tandety, a owoce droższe niż w Kairze. Na noc położyłem się tylko w prześcieradle, bez przykrycia – było ciepło, a powietrze wspaniałe. Gdyby nie moje dolegliwości, czułbym się znakomicie.
niedziela, 23 listopada 2025
Wyprawa do Egiptu: dzień dziesiąty – jedenasty
1988.11.23 środa Dzień 10
Od pierwszej w nocy nie mogłem zasnąć. W autobusie panował tłok i unosił się dym; miałem zatkany nos od kataru, było duszno. Przez okno oglądałem pustynię — jasną w blasku nocy. Droga asfaltowa, nabita pośrodku i po bokach kamieniami odbijającymi światło, ciągnęła się przed nami bez końca. Zasnąłem dopiero wtedy, gdy Jacek R. zmienił pozycję. Po godzinie byliśmy już w Kairze. Taksówką pojechaliśmy do hotelu. Grupy Zbosia jeszcze nie było. Początkowo czekaliśmy razem, sądząc, że zaraz nadjadą. Wkrótce kolegów ogarnął sen, ja jednak leżałem na łóżku i próbowałem drzemać. Moje ucho wyłapywało każdy szmer na korytarzu. Kilka razy zrywałem się i wychodziłem, by sprawdzić, czy nie przyjechali. Niestety, grupy Zbosia wciąż nie było.
Po śniadaniu z niesłodką herbatą (ohyda! – dzisiaj już nie używam cukru) poszliśmy do biura «ORKI» – czechosłowackich linii lotniczych. Trochę się uspokoiliśmy: samolot Zbosia był opóźniony, miał lądować o piętnastej. Nastroje od razu się poprawiły. Wzięliśmy taksówkę i popędziliśmy na lotnisko. Na tablicy odlotów odnaleźliśmy lot ORKI. Zaniepokoił nas komunikat „Delayed” – opóźniony, przy ich numerze. Chcąc zobaczyć lądowanie, dotarliśmy na coś w rodzaju pseudo-ganku portu lotniczego. Po chwili zgarnęła nas ochrona. Po kontroli paszportowej i kilku pytaniach puścili nas wolno.
Zbliżała się godzina 15.15. Poszliśmy do informacji — potwierdzono, że samolot właśnie będzie lądował. Stanęliśmy przed bramą i w niemałych emocjach czekaliśmy. Minuty dłużyły się nieskończenie, nikt nie wychodził. Powoli traciliśmy nadzieję, aż tu nagle okrzyk radości: przyjechali! Przeszli bez kontroli — a to szczęściarze! Po chwili wyłoniły się kolejne znajome twarze: Jacek Zboś, Roman Burda, Ewa Chabik, Bogdan i Alicja Gąsiorowscy, Ewa Kurczyńska, Lilla Kaczmarek, Jolanta Mechowska, Krzysztof Szanser i Wiesław Zbikowski. Byliśmy autentycznie szczęśliwi.
W krótkich słowach przedstawiliśmy im naszą sytuację. Twarze przybyszów przypominały nasze, gdy przylatywaliśmy – pełne ciekawości i emocji. Jacek R. i Jacek Z. poszli załatwiać transport, a my w tym czasie rozmawialiśmy i żartowaliśmy. Atmosfera była wspaniała. Do hotelu pojechaliśmy dwoma peugeotami. Przybysze przygotowali kolację – poczęstowali nas kabanosami, była też gorzałka i herbata z cukrem (!). Jeszcze raz, już spokojnie, opowiedzieliśmy naszą przygodę z celnikami, a potem – wesoło – dzieliliśmy się wcześniejszymi doświadczeniami.
Po dwudziestej drugiej padłem na łóżko i natychmiast zasnąłem. Jacki poszli jeszcze na miasto.
1988.11.24 czwartek Dzień 11
Ze względu na wczesną porę zrobiliśmy sobie śniadanie, otwierając konserwę. Nasz posiłek przerwał Jacek Zboś, zapraszając nas na wspólne śniadanie. Skorzystaliśmy z zaproszenia i wypiliśmy z nimi herbatę. Nie odmówiłem sobie również kawałka kabanosa. Jacki Z., G. i R. zebrali cały towar grupy i pojechali do hurtownika. Ja otrzymałem zadanie zabrania wszystkich do muzeum.
Ponowne zwiedzanie muzeum bardzo mi się przydało – z łatwością trafiłem do poszukiwanych zabytków. Zwiedzanie trwało około trzech godzin. Utrwaliłem sobie wiele informacji i dostrzegłem znacznie więcej szczegółów niż za pierwszym razem.
Prze dłuższy czas wpatrywałem się w mumię, a raczej w złotą maskę faraona Tutanchamona. Jest ona dobrze zachowana, i niesamowicie piękna. Jak wykazały badania faraon cierpiał na liczne choroby, takie jak malaria, niedokrwistość sierpowatokrwinkową i szpotawą stopę. W czasie odkopywania grobowca w Dolinie Królów odnaleziono ok 5 tys. różnych unikatowych artefaktów.
Po powrocie do hotelu przestudiowałem książkę o Ziemi Świętej. Jacki spisali się na medal – sprzedali towar po oczekiwanych cenach. Załatwili również bilety na pociąg do Asuanu. Kosztowało nas to, oprócz pieniędzy, zapalniczkę Jacka R., scyzoryk, okulary oraz resztę 2,5 dolara.
Jacki byli również w Malewie i zaklepali powrót do Budapesztu na trzeci grudnia. Informacja ta ucieszyła mnie, ale i zmartwiła. Liczyłem po cichu na wyjazd do Izraela – teraz już zwątpiłem. Z drugiej strony bardzo się ucieszyłem na myśl o szybszym spotkaniu z rodziną.
Panie zaprosiły nas na obiad: zupa grochowo-grzybowa, na drugie makaron z wołowiną, a na deser herbata lub kawa serwowana przez Jacka G. Gest Jacka G. bardzo mnie zaskoczył – jako wielki kawosz oddał swoją ostatnią rezerwę. Panowała wesoła atmosfera, jednak ja czułem się chory. Zostałem więc w hotelu, a reszta poszła na bazary. Uzupełniałem notatki i myślałem o Zygmuncie oraz moich kompanach. Odejście Zygmunta radykalnie zmieniło nasze nastroje. Grupa Zbosia okazała się niezwykle sympatyczna – nie wyobrażałem sobie tak miłej i przyjacielskiej atmosfery.
Wieczorem Jacki wrócili z bazaru – nic nie sprzedali. Zagraliśmy w brydża. Niestety, kto ma szczęście w miłości, ten nie ma szczęścia w kartach – z Jackiem R. przegraliśmy.
sobota, 22 listopada 2025
Wyprawa do Egiptu: dzień ósmy – dziewiąty
1988.11.21 poniedziałek – dzień 8
Noc była jednym koszmarem. Nogi paliły mnie od słońca, a gorąco biło z mojego ciała. Prześcieradło parzyło i raniło moją skórę. Prawie nie spałem. Około północy dostałem dreszczy, więc przykryłem się drugim kocem. Było mi zimno, a jednocześnie ciężar koców drażnił moje ciało. Po pierwszej w nocy dreszcze ustały, zrobiło mi się gorąco — zrzuciłem jeden koc, potem drugi. Wystawiłem nogi na prześcieradło. Jaka ulga! Po chwili zasnąłem. Obudził mnie chłód, więc znów schowałem się pod prześcieradło.
Rano próbowałem dojść do siebie. Ubrałem długie letnie spodnie, ale nogi wciąż mnie piekły. Po śniadaniu złapaliśmy samochód za 2 dolary egipskie (na cztery osoby) i pojechaliśmy na plażę przy hotelu Sheraton. Szliśmy plażą około trzech kilometrów, zbierając muszelki. Ja trzymałem się na uboczu — byłem obolały i wolałem to robić w samotności. Muszelek było bardzo dużo, niestety wiele z nich było jeszcze wypełnionych.
Doszliśmy do plaży publicznej i rozłożyliśmy się na dość gruboziarnistym piasku. Ja leżałem w długich spodniach. Patrzyliśmy na piękne morze — jakie barwy! W oddali z dużą prędkością mknęły windsurfingi. Jacek G. chłonął ten widok. Po chwili Jacki poszli dowiedzieć się czegoś o wypożyczeniu sprzętu. Wrócili ze smutną wiadomością: całodzienny koszt wypożyczenia to 70 dolarów, a godzina – 20 dolarów. Poza tym nie było wolnego sprzętu, więc Jacek nie mógł spełnić swojego marzenia o ślizganiu się po Morzu Czerwonym. Na domiar złego Jacek G. poczuł się bardzo źle — przeziębienie wyszło mu na twarzy. Zygmunt kilka razy wszedł do wody, ale wiał chłodny wiatr więc zrezygnował z kąpieli.
Wczesnym popołudniem wróciliśmy do Hurghady. Padłem na łóżko i zasnąłem. Po godzinie obudziłem się, zjadłem półtorej bułki z pasztetem i wciąż czułem się fatalnie. Z Jackiem R. wyszedłem na bazar. Jacek G. położył się do łóżka po zażyciu antybiotyku.
Na bazarze kupiłem dwie duże muszle za 1,5 dolara. Jacek R. próbował zbić cenę „sep-ha” (arabskiego różańca) z 20 dolarów. Poznaliśmy przy tym bardzo miłego i spokojnego Araba.
Idąc wzdłuż bazaru, zobaczyliśmy, jak jeden Arab — właściciel ulicznego sklepiku — robił drugiemu zastrzyk (chyba narkotyk) dożylny w skandalicznych warunkach higienicznych.
Kupiliśmy bilety powrotne do Kairu na wtorek, na godzinę 21:30. Szybko zapadła noc i wróciliśmy do hotelu. Jacek G. poczuł się lepiej, zrobił herbatę. Zażyłem aspirynę i padłem na łóżko.
Rozmowa z rozdrażnionym Zygmuntem przelała przysłowiową kroplę goryczy i ostatecznie stworzyła między nami przepaść. Jacek R. poszedł oddać bilet autobusowy Zygmunta, a ja w tym czasie prowadziłem z nim ostrą rozmowę — udzieliłem mu reprymendy i wyraziłem swoją ocenę jego postawy. Dla złagodzenia napięcia zeszliśmy na tematy filozoficzne i teologiczne. W złym samopoczuciu i nastroju zasnąłem.
1988.11.22 wtorek – dzień 9
Noc była niespokojna – budziłem się bez przerwy. Gardło mnie piekło, podobnie jak nogi i ramiona. Nos miałem zatkany, byłem chory. Wstałem o szóstej rano, ale łazienka była zajęta, więc musiałem chwilę poczekać. Wziąłem prysznic, chcąc dojść do siebie. Cóż, choroba – szlag by to trafił. Koledzy jeszcze spali, a ja spisywałem notatki. Błądziłem myślami, przypominając sobie miły sen z żoną. Tęsknota dawała o sobie znać.
Około dziewiątej podano śniadanie. Upomniałem się o pieczywo, a dodatkowego pasztetu nie otwieraliśmy. Atmosfera była nieco drętwa. Pożegnanie z Zygmuntem odbyło się krótko – na koniec pożyczyłem mu rozmówki arabskie. Zygmunt pojechał sam do Luksoru, bez znajomości angielskiego, ze słabym niemieckim i francuskim.
Na dachu hotelu czekaliśmy na właściciela. Koledzy opalali się, a ja leżałem w ubraniu na leżaku. Czas mijał przyjemnie, choć każdy z nas myślał o Zygmuncie. Do odjazdu mieliśmy jeszcze sporo czasu. Poszliśmy więc na bazary, po drodze chcąc wstąpić do meczetu. Dwóch żołnierzy zagrodziło nam drogę. Próbowaliśmy wytłumaczyć im, że chcemy tylko obejrzeć wnętrze, lecz kategorycznie się temu sprzeciwili. Nagle nadszedł starszy, dość rosły Arab i udzielił im ostrej reprymendy. Żołnierze odstąpili. Zdjęliśmy buty przed wejściem i weszliśmy do środka.
Na całej powierzchni rozłożone były dywaniki – niestety, dość brudne. Na wschodniej ścianie znajdowało się coś na kształt drzwi. Podeszło do nas dwóch Arabów i zaczęli tłumaczyć przebieg ich ceremonii modlitewnej. Wokół nas zebrała się grupka ciekawskich. Wkrótce pojawił się Arab niskiego wzrostu, około 37 lat, z zawodu chirurg, który żywo się nami zainteresował. W ekspansywny sposób tłumaczył nam zasady islamu, a po chwili zaproponował udział w ceremonii, która właśnie miała się rozpocząć. Zaprowadził nas do pomieszczenia, w którym dokonują ablucji – obmycia i oczyszczenia. Mieliśmy lekkiego pietra, czy przypadkiem nie każą nam też się myć.
W meczecie, w niewielkim oddaleniu, stanęliśmy i obserwowaliśmy ceremonię. Wierni (w tym nasza grupa) ustawili się w rzędach, rozkrokiem, dotykając się palcami nóg. Treść modlitwy była dla nas niezrozumiała. Co jakiś czas klękali, pochylali się i czołem dotykali podłogi – w ten sposób jednoczyli się z Allahem.
Po około dwudziestu minutach wszyscy usiedliśmy w kręgu i rozpoczęła się katecheza islamska. Chirurg prowadził szkolenie w języku arabskim, a co jakiś czas przekazywał nam jego treść po angielsku. W ten sposób poznaliśmy podstawowe zasady islamu:
Wiarę w Allaha i proroka Mahometa,
Znaczenie modlitwy,
Znaczenie jałmużny (o ile ma się pieniądze),
Znaczenie postu,
Konieczność pielgrzymki do Mekki przynajmniej raz w życiu.
Dowiedzieliśmy się również, że dobrze jest modlić się pięć razy dziennie, choć raz dziennie jest obligatoryjnym obowiązkiem. Kobiety modlą się w domu lub w specjalnych meczetach. Pożyczenie pieniędzy oznacza danie ich Allahowi, a zwrot – oddanie ich również Jemu. Jeśli człowiek kocha Allaha, On odwzajemnia tę miłość. Bicie czołem o ziemię to moment zjednoczenia się z Bogiem, a zakrywanie twarzy wyraża pokorę wobec Niego w chwilach modlitwy. Złączone nogi symbolizują jedność wiernych, a więc także jedność z Allahem.
Niewielu chrześcijan zdaje sobie sprawę, że islam ma z naszą wiarą tak wiele wspólnego. Koran w dużej części zawiera treści Starego Testamentu. W islamie Jezus nie jest Synem Boga, lecz Jego wysłannikiem – prorokiem zrodzonym z dziewicy Maryi (!). Koran zachęca Mahometa do szacunku i podziwu dla Maryi – Jej imię pojawia się w nim aż 34 razy.
Chirurg tak się rozpędził, że mianował Jacka R. „ambasadorem islamu w Polsce” i podarował mu swój różaniec – «sep-ha». Żołnierz, który wcześniej nie chciał nas wpuścić, w imię sympatii dał mi swój «sep-ha» (mam go do dzisiaj). Wierni patrzyli na nas z zaciekawieniem. Po ponad godzinnej nauce wyszliśmy z meczetu, serdecznie żegnając się z Arabami. Poczułem wobec nich jeszcze większy szacunek.
W drodze do hotelu zjedliśmy kolację, a resztę czasu spędziliśmy na oczekiwaniu wyjazdu. W autobusie, który był pełen ludzi, znajdowała się trójka małych dzieci – około ośmiomiesięcznych. Zaskoczył mnie ich spokój. Dzieci arabskie są przede wszystkim śliczne i bardzo grzeczne. W autobusie panował tłok i pełno było dymu papierosowego, a mimo to tylko raz, i to na krótko, usłyszałem kwilenie dziecka. O godzinie 23 zasnąłem.
piątek, 21 listopada 2025
Wyprawa do Egiptu: dzień szósty i siódmy
1988.11.19 sobota – dzień 6
W autobusie w drodze do Hurghady o czwartej rano obudził mnie Jacek G. Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi. Okazało się, że nie mógł dogadać się z bufetowym. Włączył się w to Jacek R. — poszło o rachunek. Jak zwykle, Jacek R. wyszedł z tego pojedynku zwycięsko.
Parę minut po piątej byliśmy już w Hurghadzie nad Morzem Czerwonym. Wzięliśmy taksówkę i za 3 & (bardzo drogo!) pojechaliśmy do hotelu oddalonego o zaledwie kilometr, o nazwie «Happy Land». Właściciela nie było, więc tymczasowo zaproszono nas do pokoju trzyosobowego. Koledzy położyli się spać, a ja pisałem notatki i wyszedłem na zewnątrz.
Zapowiadał się słoneczny dzień, choć wiał wiatr. Czuć było bliskość morza. Spacerowałem wzdłuż bazaru — widok egzotyczny, ale wszędzie panował brud. Żałowałem, że nie miałem aparatu; takie obrazki znałem dotąd tylko z filmów geograficznych — i rzeczywiście, było bardzo podobnie. Przy ulicy siedzieli Arabowie, a umorusane dzieci bawiły się wesoło. Życie płynęło spokojnie. Na straganach towar był raczej marny, a ceny wyższe niż w Kairze. Kupiłem pieczywo. Mieszkańcy pozdrawiali mnie, uśmiechali się i zachęcali do zakupów — ogólnie odebrałem ich bardzo sympatycznie. Jak dotąd nie widziałem jeszcze arabskiego chuligana. Pomimo ogólnego brudu nie spotkałem Araba, od którego można by poczuć nieładny zapach (!)
W hotelu dostaliśmy pokój czteroosobowy. Poznaliśmy właściciela — Mustafę, czarnoskórego mężczyznę. Jacek R. pozdrowił go od Anki Cebuli. Mustafa aż rozpromienił się na to wspomnienie, wyznał nam, że się w niej zakochał, i zarzucał nas pytaniami. Mówił, że chętnie by się z nią ożenił. Niepotrzebnie Jacek R. wzbudził w nim nadzieję, że Anka planujeprzyjechać.
Wyszliśmy zwiedzać miasteczko. Wiał wiatr. Ubrałem krótkie spodnie, ale wziąłem sweter. Morze mieniło się różnymi odcieniami zieleni — widok był wspaniały. Przy brzegu woda była nieco zamulona, pewnie przez silny wiatr i fale. Obejrzeliśmy molo, robiliśmy slajdy, niestety aparat Zygmunta był zepsuty. Jacek G. zdecydował się popływać, a my z Jackiem R. siedzieliśmy i wdychaliśmy morskie powietrze. W końcu zaproponowałem odwrót — cholernie zmarzłem.
Hurghada jest w fazie rozbudowy. W przyszłości będzie tu zapewne piękne uzdrowisko, ale na razie brakuje zieleni — to duża wada. Połowę zabudowań stanowią hotele, reszta to slumsy.
W hotelu Zygmunt ugotował zupę, a na deser zjedliśmy pomarańcze — ja sam pochłonąłem całe kilo. Dyskutowaliśmy o dalszym planie podróży. Niestety pojawiły się różnice zdań. Zygmunt wciąż nie pozbył się podróżnej chandry — był zdenerwowany i, co gorsza, nieopanowany, kłótliwy. Mówił zbyt ostro. Jackowie próbowali łagodzić sytuację, ale bez skutku.
Wspominaliśmy rozmowy sprzed wyjazdu i doszliśmy do wniosku, że nasłuchaliśmy się wielu mitów. Przede wszystkim ceny wzrosły o 100–150 %. Nie mieliśmy dużo pieniędzy. Za hotel i śniadanie płaciliśmy 4,5 & — dzięki sprytowi Jacka R., który w tej materii przechodził samego siebie. Był jednak już tym zmęczony. Znajomość języka angielskiego to podstawa dla trampów. Chętnie przysłuchiwałem się, jak Jacek R. prowadzi rozmowy — mówił wyraźnie, sugestywnie i prosto. Mimo że moja znajomość języka jest prawie zerowa, rozumiałem go w połowie. Byłem szczęśliwy, choć tęskniłem za rodziną, której zdjęcia miałem przy sobie.
Po obiedzie poszliśmy na bazar. Wszystko było bardzo drogie. Wróciliśmy do hotelu. Dokuczały mi bąble po ugryzieniach komarów — na rękach miałem rozsiane, twarde, bardzo swędzące krostki.
1988.11.20 niedziela – dzień 7
Spałem w miarę dobrze. Na śniadanie musieliśmy jednak dość długo czekać – dopiero nasze ponaglenie przyniosło efekt. Podano nam dwie bułeczki, maleńką kostkę masła, mały serek topiony, porcję dżemu, jajko i herbatę z cukrem (!). Otworzyliśmy jeszcze własny pasztet.
Jacek G. nie mógł się doczekać planowanej wyprawy nad morze, by popływać na windsurfingu. Zygmunt, który lubi delektować się posiłkami, rozkoszował się śniadaniem w swoim powolnym tempie. Niby drobiazg, ale Jacek G. nie wytrzymał czekania na niego i sam pojechał na plażę przy hotelu Sheraton.
Zamieszanie przed naszym hotelem sprawiło, że Zygmunt i ja czekaliśmy na Jacka R. przed wejściem, podczas gdy on oczekiwał nas na przystanku. Po godzinie wzajemnego czekania w końcu się spotkaliśmy — by wymienić kilka męskich słów. Efekt był łatwy do przewidzenia: Zygmunt został w hotelu, a Jacek R. i ja poszliśmy na najbliższą plażę.
Znaleźliśmy tam piękne leżaki i rozpoczęliśmy opalanie. Po chwili pojawił się jakiś jegomość, który serdecznie nas pozdrowił po włosku, podczas gdy innych plażowiczów wyrzucał. Okazało się, że trafiliśmy na prywatną plażę. Uradowani tym zbiegiem okoliczności, odpoczywaliśmy spokojnie. Leżąc twarzą do siebie, nie zauważyliśmy jednak, że słońce opala nam tylko jedną stronę twarzy.
Około drugiej zauważyliśmy nadchodzącego Jacka G. Gestami próbowaliśmy dać mu znać, że sytuacja jest niezręczna z prywatną plażą, ale ostatecznie ściągnęliśmy go do siebie na trzeci leżak.
O szesnastej zeszliśmy z plaży. Po drodze przez bazary kupiliśmy pomarańcze i bułeczki. W hotelu Zygmunt przygotowywał zupę i kaszę. Po obiado-kolacji niepotrzebna dyskusja z Zygmuntem popsuła nam nastroje. Zgodnie z wcześniejszym planem Jacki i ja postanowiliśmy wrócić do Kairu, by spotkać się z grupą Zbosia.
Dla poprawy humorów Jacek G. przyrządził „sake” ze spirytusu i pomarańczy — ohyda.
czwartek, 20 listopada 2025
Wyprawa do Egiptu – dzień piąty cd.
1988.11.17 czwartek – dzień 5 cd.
Wejście do piramidy Mykerinosa było wąskie i niskie, więc schodziliśmy pochyleni, co chwilę śmiejąc się z Dawidem. Był to śmiech pochodzący się z emocji sytuacji. W środku znajdowały się puste pomieszczenia, ale mimo to czuło się atmosferę potęgi minionych wieków. Przechodziliśmy po kładkach, pod którymi ciągnęły się głębokie, groźne komory, z których nie byłoby ratunku. Ja sam czułem się nieswojo.
Po wyjściu Arab, który nas kontrolował, zatrzymał Jacka R. — najwyraźniej zaintrygował go pokazany dokument, „prawo jazdy”. Oświadczył, że przepustka jest okej, ale dotyczy tylko jednej osoby, podczas gdy nas weszło czterech. Jacek R. zareagował natychmiast: odwrócił prawo jazdy i polecił mu czytać dalej — w domyśle: „dotyczy wszystkich”. Arab spojrzał, wzruszył ramionami i powiedział: „Okej”. W rzeczywistości na odwrocie znajdowały się jedynie dane Jacka — kolor oczu, grupa krwi itd.
Rozbawieni sytuacją obeszliśmy piramidę i zeszliśmy w dół. Po lewej stronie minęliśmy piramidę Cheopsa, przy której wzniesiono oszklony pawilon z rekonstrukcją słynnej łodzi władcy, odnalezionej w pobliżu. Dalej, u stóp piramidy Chefrena, ujrzeliśmy wyrzeźbionego w skale Sfinksa. Obok znajdowała się dolna świątynia kompleksu grobowego Cheopsa, lecz nie weszliśmy do środka — nie mieliśmy biletów.
Powoli opuściliśmy teren zabytków i weszliśmy między zabudowania Gizy. Kupiliśmy pomarańcze i banany — był to nasz pierwszy posiłek od śniadania. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy drogą w kierunku Sakkary. Szliśmy wśród ubogich domów; wokół biegały dzieci, głośno krzycząc. O mały włos nie daliśmy się nabrać na ich podstęp.
Byliśmy świadkami scenki: mała, może siedmioletnia dziewczynka trzymała na rękach niemowlę, a obok niej chłopak okładał ją pięściami, czasem trafiając także w maleństwo. Dziewczynka płakała. Krzyknęliśmy z oburzenia i ruszyliśmy w ich stronę, by zainterweniować. Dzieci jednak osiągnęły swój cel — wzbudziły w nas litość. Natychmiast wyciągnęły rączki, prosząc o „prezenty”. Zaskoczył nas ich nieetyczny spryt.
Dogadaliśmy się z prywatnym kierowcą, że za 25 funtów zawiezie nas do Sakkary. Pojechał z nami także David. Sakkara znajduje się około 20 km stąd. Przy bramie starożytnego kompleksu zapłaciliśmy po 3 funty od osoby oraz dodatkową opłatę za samochód, po czym wjechaliśmy na teren zabytków. Zwiedziliśmy Serapeum — słynne grobowce Apisa. To imponująca budowla; jedna z mastab waży aż 60 ton.
Dalej zobaczyliśmy schodkową piramidę Dżesera z III dynastii. Z daleka nie wygląda imponująco, ale z bliska ukazuje zrekonstruowane otoczenie: majestatyczny portal, potężne mury i pięknie zachowany dziedziniec otoczony dziesięciometrową ścianą. Ta piramida zrobiła na mnie największe wrażenie — może to zasługa cudownego zachodu słońca. Szkoda tylko, że Jacek G. został przy samochodzie. Do auta wracaliśmy już mocno spóźnieni.
Wróciliśmy do Kairu. Znaleźliśmy małą jadłodajnię, w której serwowano pyszne kanapki. Zjedliśmy po dwie, popijając Pepsi-Colą. Odprowadziliśmy Davida pod jego hotel i pożegnaliśmy się z nim.
W hotelu „Crown” umyliśmy się i chwilę odpoczęliśmy. Zygmunt został na miejscu, a my poszliśmy jeszcze na miasto. Kupiliśmy po placku i wypiliśmy oranżadę. Z hotelu zabraliśmy bagaże, złapaliśmy taksówkę (tani środek komunikacyjny) i podjechaliśmy na dworzec autobusowy. Przeprowadziliśmy miłą rozmowę z młodym pracownikiem transportu, który opowiadał nam o zwyczajach Arabów. W podziękowaniu dostał ode mnie paczkę opali. Wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy do Hurghady.
Ciekawostką było ciągłe używanie przez kierowcę klaksonu na pustej drodze. Autobus miał toaletę, dwa kolorowe telewizory i bufet. Po chwili zacząłem drzemać.
środa, 19 listopada 2025
Wyprawa do Egiptu – dzień czwarty i piąty
1988.11.17 czwartek – dzień 4
Noc miałem fatalną. Może przez zmęczenie moje chrapanie przeszkadzało kolegom. Z tego powodu obudził mnie Zygmunt. Próbowałem w dalszej części nocy nad tym panować, ale w efekcie przesypiałem już tylko krótkie chwile. Było mi przykro, że jestem koszmarem dla kolegów. Na szczęście towarzysze podróży obracali to w żart, za co byłem im bardzo wdzięczny.
W nocy niemiłosiernie cięły nas komary, co tylko potęgowało nocny koszmar. Koledzy postanowili się ratować, więc uraczyli pokój intensywnym zapachem czosnku — zjedli po kilka ząbków w celach ochronnych. Rewanżowałem się żartami z tego swoistego „aromatu”.
Na śniadanie zjedliśmy mój ser, który zdążył już złapać pleśń, więc należało go jak najszybciej skonsumować. Po śniadaniu wyszliśmy z hotelu. Pogoda była piękna. Skierowaliśmy się do Muzeum Egipskiego, oddalonego o około 2 km, na placu At-Tahrir.
Muzeum okazało się imponującym budynkiem w starym stylu, zbudowanym w 1902 roku przez francuskiego architekta Marcelego Dourgnon, specjalnie z przeznaczeniem na tę instytucję. Przed wejściem stał pomnik wielkiego archeologa Augusta Mariette’a, który za swoje zasługi został pochowany w staroegipskim sarkofagu.
Zbiory muzeum były imponujące. Zwiedzanie zajęło nam ponad trzy godziny, choć tempo mieliśmy raczej szybkie. Mimo to udało nam się obejrzeć prawie wszystkie dzieła zaznaczone w naszym jedynym przewodniku — książeczce pod tytułem „Kair” (przekład z rosyjskiego) autorstwa Świetłany Chodzasz. Bilet kosztował 3 funty, natomiast fotografowanie wymagało dodatkowej opłaty.
Oprawa muzeum, niestety, nie była najlepszej klasy: ściany były brudne i zaniedbane. Opisy eksponatów sporządzono w językach angielskim i arabskim, a po francusku tylko częściowo. Oglądaliśmy wszystko z dużym zaciekawieniem. Po francusku rozumiałem około 70% słów, ale Jacek R. przewyższał mnie znajomością angielskiego, więc nawzajem się uzupełnialiśmy.
Przed muzeum zrobiliśmy kilka zdjęć, choć aparat Zygmunta był wadliwy. Później zapytaliśmy taksówkarza o koszt przejazdu do Hurghady — ceny wahały się od 100 do 200 funtów. Bilet autobusowy kosztował 15 funtów od osoby.
Następnie poszliśmy na policję, aby podbić paszporty. Niestety spóźniliśmy się — urząd działał tylko między 10:00 a 13:00, a była już godzina 15:30. Wróciliśmy więc do hotelu. Tam dowiedzieliśmy się, że w całym Egipcie nie można kupić cukru — dla mnie to prawdziwa bieda! Po zjedzeniu zupy i kaszy z konserwą znów zaczęliśmy rozważać, co robić dalej. Dla Jacka R. zdobyłem cukier metodą cap-carap.
1988.11.18 piątek – dzień 5
Noc minęła lepiej niż poprzednia, choć nie obyło się bez strat — pocięły nas komary. Na jednej ręce mieliśmy po dziesięć i więcej ukąszeń. Na śniadanie, jak zwykle – konserwa. Jacek R. zrewanżował się i zdobył cukier. Bagaże zostawiliśmy w depozycie, a pierwsze kroki skierowaliśmy na policję. W paszporcie przybito pieczątkę potwierdzającą nasz pobyt w Egipcie.
Naprzeciwko komisariatu znajdował się przystanek mikrobusów kursujących do Gizy. Na przystanku spotkaliśmy samotnego globtrotera. Jacek R. zagadał go — okazało się, że to Australijczyk, David Thomson, samotnie zwiedzający Egipt. Wsiedliśmy razem z nim do mikrobusu. Bilet kosztował 35 piastrów. Zygmunt poczęstował Davida spirytusem (!) — Australijczyka aż wysztywniło, ale dzielnie zniósł nagły zastrzyk alkoholu. Takich głupich pomysłów miał jeszcze wiele.
Z okien oglądaliśmy Kair. Na skraju miasta wyłoniła się piramida Cheopsa — byłem zaskoczony, jak blisko współczesnych zabudowań się znajduje. Podeszliśmy szeroką drogą; zaczepiali nas Arabowie na wielbłądach i koniach. Pogoda była piękna. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak w kolorowych filmach przyrodniczych oglądanych w telewizji.
Bilety kosztowały 3 funty, ale nie kupiliśmy ich, ponieważ piramida Cheopsa była zamknięta dla zwiedzających. Zbliżyliśmy się jednak do piramid — dreszcz emocji! W tej chwili spełniły się nasze marzenia: staliśmy przy najsłynniejszych na świecie piramidach. Wspięliśmy się po schodkach do zamkniętego wejścia i spędziliśmy tam kilka chwil, podziwiając panoramę miasta. Wiał lekki wiatr, było bardzo przyjemnie.
Spotkaliśmy się z dużą życzliwością Arabów. Nawet wycieczka młodych Arabek kokietowała nas i zaczepiała — zrobiliśmy sobie z nimi zdjęcia, było przy tym mnóstwo śmiechu i radości. Humory dopisywały. Jacek R. konwersował z Davidem i co jakiś czas przekazywał nam treść rozmowy.
W pewnym momencie Dawid i Jacek R. zostali ochlapani przez wielbłąda łajnem. Rzucili się do czyszczenia spodni i butów, ale nawet to nie zepsuło nam nastroju. Wesoło minęliśmy piramidę Chefrena, a przed piramidą Mykerinosa zaczepili nas handlarze. Jeden z nich zapytał o whisky, więc Zygmunt poczęstował go swoją nalewką spirytusową (!). Araba zatkało (mogło się to źle skończyć), ale śmiechu było co niemiara.
Zaczęliśmy się targować na wesoło. Jacek R. w handlu wymiennym zdobył dwa arabskie nakrycia głowy, dwanaście skarabeuszy i wisiorek. Jacek G. za swój scyzoryk otrzymał dziesięć skarabeuszy. Do piramidy wpuszczali, ale nie mieliśmy biletów. Jacek R. podjął niezwykłą i szaloną inicjatywę — pokazał Arabowi amerykańskie prawo jazdy jako potencjalną przepustkę. Ten obejrzał je uważnie i nieświadom blefu wpuścił nas do środka.