Łączna liczba wyświetleń

piątek, 28 października 2016

Modlitwa, a dobro


           Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą (Mt 7,8–11).

          O modlitwie pisałem już wielokrotnie, i w zasadzie to się powtarzam. Wbrew myśleniu racjonalnemu, to czynność ogromnie pożyteczna. Dla wielu to słowny bełkot, strata czasu, wręcz nieuzasadniona głupota. Wszystko zależy od poziomu wiedzy na ten temat. Modlitwa jest przede wszystkim rozmową ze samym z sobą. Owszem adresuje się ją do Boga, ale de facto pozostaje się w obrębie własnego ja. Bóg uczestniczy w modlitwie, ale na swój sposób. Nie jest On bezpośrednim adwersarzem interakcji, ale oddziałuje na sposób ludzkiego myślenia. Przede wszystkim człowiek musi stworzyć w swoim umyśle idee Boga i Jego upodmiotowić. Ta Idea staje się autostradą do Boga transcendentnego, żywego, prawdziwego, naprawdę istniejącego. Ta operacja jest potrzebna do stworzenia wspólnej przestrzeni, w której może się odbyć rozmowa. Idea wytworzona przez człowieka może wypaczać prawdziwego Boga. I tak się dzieje. Nie ma jednak innego wyjścia. Prawdziwy Bóg transcendentny jest poza możliwością ludzkiego rozeznania. Rozmowa z niedoskonałym obrazem Boga może być fałszywa. I tak też się dzieje. Wszystko to zniechęca do modlitwy. A jednak są narzędzia rozpoznawcze, które dają możliwość oceny modlitwy. Tym narzędziem jest pojęcie dobra. Ono wynika z prawa naturalnego. Dobro jest powszechnie rozpoznawane. Odchylenia pojęciowe są, ale niewielkie.

          Człowiek zdolny jest do wykonywania czynności. Skutek ma często charakter fizykalny, ale niesie ze sobą wartość. Wartością tą jest miara dobra. Dobro same w sobie jest fukcjonałem, a więc czymś, które ma w sobie jedynie przypadłość. Substancją (podłoże) dobra jest boska natura. Człowiek nie może sam wytwarzać dobra, ale przez intencję uczynienia dobra angażuje do tego Stwórcę. To trudne, a zarazem pouczające. Wyjaśnia mechanizm egzystencji świata. Dobro jak i Miłość  należą do Boga. Ludzie jedynie mają możliwość z ich korzystania. Gdyby było inaczej, człowiek byłby Bogiem.

         Jezus, przez Akt wywyższenia otrzymał prerogatywy Ojca i dlatego nazywa się Go Bogiem. Jego Ofiara Krzyża musiała być jednak przyjęta i zaakceptowana przez Ojca, aby stała się skuteczna. Tak więc dobro Jezusa jest własnością Ojca.

          Ok! ale skąd wiadomo, że Ojciec zaakceptował Syna i wywyższył Go na krzyżu do godności Aktu działającego (Boga)? A to, jest już kwestia wiary.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz