Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 22 stycznia 2026

Dobro przeciwieństwo zła


          Wczoraj pisałem o błądzeniu i grzeszności. Dziś poruszę przeciwieństwo zła – dobro. Jego generowanie nie dotyczy wyznawców jednej wiary, lecz wszystkich religii, a nawet ludzi niewierzących. Każdy może je tworzyć. Czym zatem jest dobro?

          Dla lepszego rozeznania można ten rzeczownik niejako „zmaterializować” i spróbować badać jego formę bytu. Religie judaistyczno-chrześcijańskie przypisują dobru najwyższy status, utożsamiając je z boskością – mówiąc: Bóg jest Najwyższym Dobrem, Bóg jest Miłością. Można też traktować dobro orzecznikowo, jako funkcję zależną od uczynków. Wówczas dobro staje się funkcjonałem – bytem relacyjnym, a nie substancjalnym.

          Ważne jest uświadomienie sobie, że dobro stanowi jeden z fundamentalnych budulców wszechświata. Jego natura jest energetyczna i dynamiczna, podobna do natury Stwórcy. Aby świat mógł trwać w istnieniu, potrzebuje dobra jako swoistego paliwa podtrzymującego ład i harmonię. Bóg, powołując człowieka na swoje podobieństwo, wzywa istoty inteligentne do współuczestnictwa w procesie odnawiania świata. Człowiek zostaje obciążony odpowiedzialnością współdziałania.

          Zło niszczy porządek rzeczy, a do jego przezwyciężenia konieczne jest dobro. W tym sensie pojęcie funkcjonału oddaje swój sens – dobro podlega interferencji: może się wzmacniać we wspólnym działaniu lub słabnąć w zetknięciu ze złem. Dobro nie istnieje w izolacji – działa, promieniuje, oddziałuje.

          Katecheza chrześcijańska uczy, że źródłem wszelkiego dobra jest Bóg. To prawda, lecz człowiek, poprzez swoją wolną wolę i przy pomocy Łaski, może przyczyniać się do powstawania wielkich dzieł dobra. Energia dobra nie znika – może się rozpraszać, osłabiać lub łączyć z innymi przejawami dobra, wchodząc w iterację i wzajemne wzmacnianie. Jak się często mówi: jedno dobro rodzi kolejne.

          Jak już wspomniałem, dobro mogą generować także wyznawcy innych religii. Jako chrześcijanin przywołam jednak to, co jest mi najbliższe: „Był to człowiek dobry i pełen Ducha Świętego i wiary” (Dz 11,24). Jak uczy katecheza, nie chodzi tu o perfekcję moralną, lecz o szczere dążenie do dobra i nieustanne doskonalenie się.

          Wzorem postawy dobrego człowieka pozostaje nauka płynąca z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Jezus nauczał, że prawdziwa dobroć wypływa z serca i objawia się w miłosierdziu, sprawiedliwości oraz miłości bliźniego. Nie wystarczy jedynie deklarować wiarę – trzeba ją potwierdzać czynami.

          Dobry chrześcijanin nie ogranicza się zatem wyłącznie do rytuałów, takich jak uczestnictwo we Mszy Świętej czy modlitwa, choć są one niezwykle ważne. Przede wszystkim stara się żyć świadectwem na co dzień: okazuje współczucie, unika niepotrzebnego narzekania, przebacza doznane krzywdy i niesie nadzieję tym, którzy przeżywają trudności.

          We współczesnym świecie bycie dobrym oznacza wierność własnemu sumieniu i moralności. To postawa odwagi w czynieniu dobra, uczciwości w pracy oraz szacunku wobec drugiego człowieka. Taki człowiek staje się cichym, lecz czytelnym świadectwem przynależności do Homo sapiens – istoty rozumnej i godnej, stworzonej na podobieństwo Boga.

          Aby być nazwanym dobrym, nie trzeba wiele. Wystarczy właściwy stosunek do współpracy, szacunek dla przyrody i wszelkiego stworzenia. Być życzliwym wobec otoczenia, chronić najsłabszych, pomagać i wspierać tych, którzy oczekują pomocy.

          Dobre uczynki sprawiają, że człowiek unosi się ponad przeciętność, zbliża się do swojego Stwórcy, a nawet – w wymiarze duchowym – dąży do zjednoczenia z Nim w świętym misterium. Człowiek nie może być bez przerwy dobry – to niemożliwe – lecz może trwać w nieustannej potrzebie czynienia dobra.

środa, 21 stycznia 2026

Błądzić jest rzeczą ludzką


          Według aforyzmu: "Błąd jest regułą; prawda zdarza się jedynie jako szczęśliwy wyjątek" lub inaczej. "Błąd stanowi regułę poznania, a prawda pojawia się jedynie jako przypadkowe odstępstwo od niego". Niektórzy tłumaczą: "Błąd rządzi naszym myśleniem, a prawda bywa jedynie ubocznym skutkiem jego niedoskonałości". "Skoro błąd jest regułą, prawda nie może być niczym więcej niż chwilowym, niepewnym przypadkiem błędu".

          Aforyzm jak i tytuł "Błądzić jest rzeczą ludzką" (łac. Errare humanum est), który pochodzi z literatury łacińskiej pochodzi i przypisywany jest różnym autorom antycznym, choć popularna pełniejsza forma z dodatkiem "ale trwać w błędzie jest diabelskie" jest silnie związana z św. Hieronimem, a też Seneką Starszym i Cyceronem. Jest to fundamentalna myśl wskazująca na uniwersalność błędów w ludzkim doświadczeniu. 

          Z tych interpretacji wynika, że błąd (grzech) jest czym naturalnym. Nawet Jezus w swojej nauce mówi: "Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia" (Mt 18,7). Prawdę tę  ujawnia PŚ: " Czemuż, o Panie, dozwalasz nam błądzić z dala od Twoich dróg" (Iz 63,17);  "Rządcom ziem odbierze rozsądek, po bezdrożach pozwoli im błądzić (Hi 12,24). A ks. Jan Twardowski w swojej twórczości pisze; "W życiu musi być dobrze i niedobrze. Bo jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze".

          Aforyzm o błędzie jako regule poznania dotyczy przede wszystkim ograniczeń ludzkiego poznania: człowiek nie dochodzi do prawdy wprost, lecz poprzez próby, pomyłki i korekty. Prawda nie jest tu zaprzeczeniem błędu, lecz czymś, co wyłania się z jego przezwyciężania. W tym sensie „błąd” ma charakter epistemologiczny, a nie moralny.

          Zachodzi tu przesunięcie znaczenia: błąd zostaje utożsamiony z grzechem. To przejście nie jest oczywiste i wymaga wyraźnego zaznaczenia. W tradycji biblijnej grzech nie jest „regułą” w sensie normy, lecz faktem powszechnym wynikającym z ludzkiej słabości i wolności. Słowa Jezusa: „Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia” nie usprawiedliwiają zła, lecz stwierdzają jego nieuchronność w świecie ludzi niedoskonałych.

          Podobnie cytaty z Pisma Świętego (Iz 63,17; Hi 12,24) nie głoszą, że błąd jest czymś dobrym lub pożądanym, lecz że błąd jest dopuszczony jako konsekwencja oddalenia się od Boga albo jako wyraz ludzkiej ograniczoności. To ważne rozróżnienie: dopuszczenie ≠ aprobata.

          Myśl ks. Jana Twardowskiego domyka tę refleksję w tonie egzystencjalnym: niedoskonałość, napięcie między „dobrze” i „niedobrze”, stanowi warunek autentycznego życia i wzrostu. Nie chodzi o afirmację błędu, lecz o uznanie, że pełnia dobra bez doświadczenia braku staje się pusta. Nasuwa się więc wniosek, że człowiek jest istotą omylną. Błąd nie jest celem ani normą, lecz drogą, na której prawda — poznawcza, moralna czy duchowa — objawia się rzadko, krucho i zawsze jako dar, a nie trwały stan. Jeśli błąd jest „regułą”, to nie dlatego, że powinien nią być, lecz dlatego, że taka jest kondycja człowieka.

         Konieczność istnienia grzechów przypomina mi o podobnej mądrości istnienia cierpienia, jako zjawiska wręcz koniecznego, choć nie dla wszystkich jest to do zaakceptowania.

          Jeżeli przyjmiemy, że grzech jest dopustem Bożym, można dostrzec w tym pewną ukrytą mądrość. Jeśli bowiem Bóg dopuszcza możliwość błądzenia, to nie po to, aby człowieka pogrążyć, lecz aby pozostawić mu przestrzeń wolności, odpowiedzialności i wzrostu. Z takiego założenia wynika konieczność odrzucenia nadmiernego lęku i skrupułów związanych z własną niedoskonałością. Nie należy więc żyć w ciągłym zamartwianiu się i w stresie, lecz raczej dbać o umiar w myślach i uczynkach oraz o szczerość intencji.

          W tym kontekście warto przypomnieć, że w czasie spowiedzi nie ma obowiązku wyznawania grzechów lekkich, co samo w sobie wskazuje na istnienie hierarchii win oraz na fakt, że moralność nie jest mechanizmem zero-jedynkowym. Rodzi się jednak pytanie: kto weryfikuje wagę popełnionych złych uczynków? Odpowiedź prowadzi do sumienia — wewnętrznej zdolności rozeznawania dobra i zła, wpisanej w naturę każdego człowieka.

          To właśnie sumienie, kształtowane przez rozum, doświadczenie i wrażliwość moralną, stanowi pierwsze miejsce sądu nad własnym postępowaniem. Dlatego człowiek powinien nauczyć się ufać temu wewnętrznemu głosowi, zamiast przenosić całą odpowiedzialność na zewnętrzne normy lub instytucje. Ostatecznie bowiem Stwórca nie jest bezdusznym Sędzią, rozliczającym człowieka z drobiazgowej buchalterii win, lecz Bogiem relacji, miłosierdzia i zrozumienia, który zna intencje serca lepiej niż jakikolwiek ludzki trybunał.

          Tak rozumiana odpowiedzialność moralna nie znosi potrzeby nawrócenia ani pracy nad sobą, ale uwalnia od paraliżującego lęku. Człowiek nie zostaje wezwany do bezbłędności, lecz do uczciwości wobec siebie, innych i Boga — a to wymaga nie perfekcji, lecz prawdy i zaufania.

wtorek, 20 stycznia 2026

Powstanie nowe Niebo i Nowa Ziemia


          Pozostając w nadziei, że ludzkość może jeszcze dokonać wielu wspaniałych odkryć dotyczących przeszłości, już dziś powinniśmy umieć mądrze zagospodarować wiedzę, która jest nam dostępna. To ona pozwala nam nie tylko lepiej rozumieć rzeczywistość, lecz także brać odpowiedzialność za kształtowanie przyszłości. Człowiek nie jest bowiem jedynie biernym obserwatorem dziejów, ale ich współtwórcą.

          Wiemy, że świat ulega nieustannej ewolucji. Wszystko zmienia się w czasie i — zgodnie z prawami fizyki — zmierza ku stopniowemu rozproszeniu energii. Proces ten bywa interpretowany jako zapowiedź końca, jako powolna droga ku entropii i wyczerpaniu. Nie musi on jednak oznaczać zagłady, lecz raczej głęboką przemianę. Tradycja biblijna ujmuje tę intuicję w słowach pełnych nadziei: „Powstanie nowe Niebo i Nowa Ziemia” (Apokalipsa). Nie jest to wizja unicestwienia świata, lecz jego odnowienia — przejścia z jednej formy istnienia w inną, doskonalszą.

          Skoro energia nie ulega całkowitej anihilacji, lecz jedynie przemianom, można przypuszczać, że istnienie świata ma w swojej naturze wpisaną wieczność. Nie jest to wieczność rozumiana jako bezruch i niezmienność, lecz jako ciągłość istnienia poprzez nieustanne przeobrażenia. W tym sensie kres jednych form bytu staje się początkiem nowych. Historia wszechświata jawi się więc nie jako droga ku pustce, ale jako proces prowadzący ku pełniejszemu istnieniu, ku rzeczywistości „nowego Nieba i nowej Ziemi”.

          W tym miejscu rodzi się pytanie zasadnicze: jak żyć, aby wpisać się w boską koncepcję stwórczą? Jak sprawić, by nasze życie nie było jedynie biologicznym trwaniem, lecz świadomym uczestnictwem w dziele odnowy świata? Odpowiedzi na te pytania poszukuje etyka, czyli nauka o moralności. To ona wskazuje, w jaki sposób człowiek powinien korzystać ze swojej wolności, aby nie niszczyć siebie i innych, lecz współtworzyć dobro.

          Według mojego rozeznania ludzkość dokonała w tej dziedzinie ogromnego wysiłku, który trwa do dziś. Paradoksalnie jednak człowiek często sam tworzy sobie pęta — systemy lęków, uprzedzeń i fałszywych przekonań — które nie pozwalają mu w pełni otworzyć się na dobro. Zamiast rozwijać w sobie podobieństwo do Stwórcy, zamyka się w egoizmie i krótkowzroczności. Tymczasem istota stworzona na Boże podobieństwo powołana jest do wolności, miłości i odpowiedzialności.

          Jeśli więc „nowe Niebo i nowa Ziemia” mają stać się rzeczywistością, muszą najpierw zacząć się w człowieku. Od przemiany ludzkiego serca zależy bowiem przemiana świata. W tym sensie eschatologiczna obietnica nie jest jedynie wizją przyszłości, lecz także zadaniem teraźniejszości.

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Ostatnie zlodowacenie z dużą ostrożnością


          Ostatnie zlodowacenie rozpoczęło się około 115 tys. lat temu. Zakończyło się około 11,7 tys. lat temu, po czym rozpoczął się obecny okres ciepły – holocen. Niektóre opracowania wskazują także na około 21 tys. lat temu jako moment maksimum zlodowacenia, czyli najchłodniejszej fazy, gdy lądolody miały największy zasięg. Różnice te wynikają z faktu, że badacze odnoszą się do różnych etapów tego samego zlodowacenia: jego początku, maksimum lub końca.

          Faktem jest, że przed powstaniem współczesnej cywilizacji Ziemia znajdowała się w epoce lodowcowej, która znacząco wpłynęła na środowisko przyrodnicze i warunki życia ludzi. Rozległe lądolody przekształcały krajobraz, niszczyły osady ludzkie, zmuszały społeczności do migracji oraz mogły przyczyniać się do zaniku wielu dawnych kultur. W wyniku procesów lodowcowych część śladów działalności człowieka została zniszczona lub ukryta pod osadami, co sprawia, że poznanie najdawniejszych dziejów ludzkości jest dziś trudne i niepełne.

          Z okresu ostatniego zlodowacenia (paleolitu) zachowało się wiele artefaktów, choć są one rozproszone i często fragmentaryczne. Są to głównie ślady działalności łowców-zbieraczy, a nie rozwiniętych cywilizacji. Najważniejsze z nich to narzędzia kamienne, takie jak groty oszczepów i strzał, noże krzemienne, skrobacze do obróbki skór, rylce do obróbki kości i drewna oraz pięściaki (ze starszych faz paleolitu). Wykonywano je z krzemienia, kości i poroża. Znajdowane są m.in. w jaskiniach oraz na dawnych obozowiskach w Europie, Azji i Afryce.

          Odnaleziono również broń myśliwską, w tym oszczepy z drewnianymi drzewcami (np. znaleziska z Schöningen w Niemczech), miotacze oszczepów, harpuny z kości i poroża oraz groty z krzemienia i kości. Świadczą one o polowaniach na mamuty, renifery, bizony i konie. Odkryto także dzieła sztuki, takie jak malowidła naskalne (np. Lascaux i Altamira), ryty naskalne oraz figurki wenus paleolitycznych (np. Wenus z Willendorfu). Przedstawiają one zwierzęta, sceny łowieckie i postacie kobiece, co świadczy o rozwiniętej symbolice i wierzeniach.

          Zidentyfikowano również ślady osadnictwa: pozostałości obozowisk (paleniska, jamy), kości zwierząt z wyraźnymi śladami obróbki oraz konstrukcje z kości mamutów (np. na Ukrainie). Dowodzą one, że ludzie potrafili przystosować się do surowego klimatu epoki lodowcowej.

          Bardzo ważne są także znaleziska szczątków ludzkich. Zachowały się szkielety neandertalczyków i pierwszych Homo sapiens w Europie, m.in. pochówki z wyposażeniem grobowym oraz ślady leczenia urazów. Pokazują one rozwój kultury, empatii i więzi społecznych. Znajdowane przedmioty codziennego użytku, takie jak igły z kości, ozdoby z zębów zwierząt i muszli, zawieszki oraz paciorki, świadczą o istnieniu estetyki i tożsamości kulturowej.

          Wbrew popularnym teoriom nie ma naukowych dowodów na istnienie wysoko rozwiniętych cywilizacji sprzed ostatniego zlodowacenia. Znane artefakty pokazują jednak, że ludzie już wtedy posiadali rozwiniętą kulturę, sztukę i technikę, doskonale przystosowaną do ekstremalnych warunków klimatycznych.

          Ta konstatacja burzy mój pogląd o dawnych wspaniałych cywilizacjach, jednak trzeba zmierzyć się z wynikami badań naukowych, nawet jeśli są one sprzeczne z osobistymi przekonaniami.

          Być może „wielkie cywilizacje” istniały jeszcze wcześniej, a kolejne kataklizmy, zlodowacenia i ruchy górotwórcze głęboko je zakopały. Taka hipoteza pojawia się w literaturze popularnonaukowej i w rozważaniach filozoficznych nad dziejami ludzkości, jednak na obecnym etapie badań brak jednoznacznych dowodów archeologicznych, które by ją potwierdzały.

          Nauka opiera się na materialnych śladach: osadach, narzędziach, budowlach i szczątkach ludzkich. Dotychczasowe odkrycia wskazują, że rozwój złożonych cywilizacji nastąpił dopiero po ustąpieniu lądolodów, gdy stabilniejszy klimat umożliwił rolnictwo, osiadły tryb życia i powstawanie miast. Nie można jednak wykluczyć, że przyszłe odkrycia przyniosą nowe dane i zmienią nasze rozumienie najdawniejszych dziejów człowieka.

          Historia nauki pokazuje bowiem, że wiele przełomowych znalezisk początkowo wydawało się niemożliwych, a dopiero później zostały włączone do obowiązującego obrazu przeszłości. Dlatego pytanie o najstarsze cywilizacje pozostaje otwarte, choć obecnie musi być rozważane z dużą ostrożnością i krytycyzmem.

niedziela, 18 stycznia 2026

Artefakty do których nauka podchodzi krytycznie


          Przykłady artefaktów do których nauka podchodzi krytycznie:

Artefakty z Quimbaya złote figurki

          W Kolumbii odnaleziono złote figurki wykonane przez kulturę Quimbaya (ok. 500–1000 r.). Przedstawiają one stylizowane zwierzęta: ptaki, ryby i owady. Niektóre z nich przypominają nowoczesne samoloty: mają trójkątne skrzydła i pionowy statecznik. Z tego powodu bywają nazywane „złotymi samolotami”. Uczeni dowiedli, że mają optymalne parametry aerodynamiczne i uważają, że nie jest to przypadek. Zadziwia równie użyty stop złota z którego były wykonane. 

          Oficjalnie nauka mówi, że są to symboliczne, artystyczne wyobrażenia zwierząt, a nie modele techniczne. Wiele cech „lotniczych” wynika z nadinterpretacji współczesnego obserwatora. Modele latają tylko po dodaniu współczesnych elementów (np. silnika i zmienionych proporcji). Stop złota (tumbaga) był powszechnie stosowany w Ameryce prekolumbijskiej i nie jest technologiczną zagadką. Nie ma dowodów, że twórcy znali zasady aerodynamiki w sensie inżynierskim.

 

Tajemnicza kula Betza

          W 1974 roku odkryto metalową kulę o idealnym kształcie i średnicy 20 cm. Według relacji medialnych kula miała sama się poruszać, zmieniać kierunek, reagować na dźwięk, emitować fale radiowe. W czasie ruchu zachowuje się "dziwnie". Czasem podąża za osobą, która ją puściła, zatrzymuje się, i zachowuje się tak jakby była żywa. Jej struktura jest jednorodna, nie ma śladu produkcji. Ma cztery bieguny magnetyczne. Emituje zmienne częstotliwości radiowe. Nie mając żadnych baterii, przewodów elektrycznych i źródeł zasilania. Mimo to nadaje fale jak nadajnik. Zniknęła ona z przestrzeni medialnej!

          Ustalono przez Marynarkę USA, która zbadała obiekt, że jest to zwykła stalowa kula przemysłowa, prawdopodobnie element zaworu lub łożyska. „Samoczynne ruchy” wyjaśniono przesuniętym środkiem ciężkości, nierówną powierzchnią podłogi, efektem psychologicznym (sugestia obserwatorów). Nie potwierdzono istnienia czterech biegunów magnetycznych ani tajemniczej emisji radiowej. Doniesienia o niej  traktują jako przykład sensacji medialnej, która została wyolbrzymiona.

 

Tablice rongorongo  (Wyspa Wielkanocna)

          Na Wyspie Wielkanocnej (Rapa Nui) odkryto drewniane tablice pokryte nieznanym pismem – rongorongo. Jest to jedno z nielicznych nierozszyfrowanych pism świata.  Pozostało ok. 26 autentycznych egzemplarzy. Misjonarze w XIX w. spalili wiele tablic taktując je  jako „pogańskie”.

           Pismo prawdopodobnie powstało po kontakcie z Europejczykami, a nie w prehistorii. Brakuje „kamienia z Rosetty”, czyli tekstu dwujęzycznego. Rongorongo to zagadka lingwistyczna, nie dowód na zaawansowaną technologię.

 

Figurki  Dōgu  _(Japonia)

          Gliniane humaidalne figurki Dōgu z okresu Jōmon (ok. 14 000–400 przed Chr.) mają duże „gogle” zamiast oczu, hełmopodobne głowy, segmentowane ciała. W środku mają puste komory. Przypominają współczesne skafandry kosmiczne. Nauka wypowiedziała się na ich temat: To styl artystyczny i symbolika religijna. Figurki wiąże się z kultem płodności, magią leczniczą, rytuałami szamańskimi. „Kombinezony astronautów” to projekcja naszej kultury technicznej z przeszłości.

 

Kamienna głowa z Gwatemali

          W latach 30–50. XX w. znaleziono w Gwatemali wielką kamienną głowę o rysach idealnych nie przypominająca twarze tubylców. Jej front był skierowany ku górze. W czasie wojny została zburzona nie dając możliwości jej identyfikacji i rozpoznania. Przypuszcza się, że nie jest ona jedna.

           Niestety brak dokumentacji archeologicznej, brak datowania. Są jedynie fotografie i relacje z drugiej ręki. Wielu archeologów uważa, że mogła to być: nowożytna rzeźba, element prywatnej kolekcji, mistyfikacja.

Bez badań naukowych obiekt nie może być uznany za zagadkę starożytnej cywilizacji.

 

sobota, 17 stycznia 2026

Czy teoria ewolucji człowieka może być podważona?

          W nauce żadna teoria nie jest absolutnie niepodważalna. Każda może zostać zmieniona lub odrzucona, jeśli pojawią się nowe, wiarygodne dowody sprzeczne z dotychczasowymi ustaleniami. W przypadku teorii ewolucji człowieka sytuacja jest jednak szczególna: obecnie dostępne dane z genetyki, paleontologii i biologii porównawczej w bardzo wysokim stopniu ją potwierdzają. Nie istnieją dziś rzetelne dowody, które pozwalałyby ją odrzucić jako całość.

          Teoria ewolucji człowieka jest szeroką koncepcją naukową obejmującą m.in.:

wspólne pochodzenie człowieka i innych naczelnych, zwłaszcza małp człekokształtnych, stopniowe zmiany genetyczne i adaptacje zachodzące w populacjach na przestrzeni milionów lat, spójność danych paleontologicznych (skamieniałości), genetycznych (DNA) i anatomicznych (budowa ciała).

          Podstawy tych dowodów są obserwowalne, mierzalne i wzajemnie się uzupełniają. Dzięki tej zgodności teoria ewolucji ma wyjątkowo solidne oparcie empiryczne. Jej rzeczywiste podważenie wymagałoby bardzo mocnych, powtarzalnych i jednoznacznych dowodów, np. odkrycia skamieniałości współczesnych ludzi w warstwach geologicznych sprzed setek milionów lat, co całkowicie burzyłoby obecną chronologię dziejów życia. Pojedyncze anomalie, błędy datowania czy sensacyjne doniesienia nie wystarczą do obalenia tak dobrze ugruntowanej teorii.

          Dotychczas wszystkie dane — od genetyki po paleontologię — konsekwentnie potwierdzają, że człowiek wyewoluował ze wspólnego przodka z innymi małpami człekokształtnymi.

          Osobiście jestem zwolennikiem tej teorii, choć pewien niepokój budzi we mnie stosunkowo niewielka liczba form pośrednich w zapisie kopalnym. Warto jednak wyjaśnić, dlaczego jest ich mało:

1. Rzadkość fosylizacji — większość organizmów ulega szybkiemu rozkładowi; tylko wyjątkowe warunki sprzyjają powstaniu skamieniałości.

2. Fragmentaryczność zapisu kopalnego — znaczna część szczątków została zniszczona lub wciąż spoczywa w niedostępnych warstwach geologicznych.

3. Ogromna skala czasu — ewolucja trwała miliony lat, a populacje form przejściowych były często nieliczne i krótkotrwałe.

4. Trudności identyfikacyjne — nie każdy fragment kości daje się jednoznacznie zaklasyfikować jako forma pośrednia.

          Mimo tych ograniczeń naukowcy systematycznie odkrywają nowe skamieniałości i dane genetyczne, które coraz dokładniej rekonstruują historię ewolucji człowieka. Choć liczba znalezisk jest ograniczona, ich jakość i wzajemna zgodność stanowią bardzo silne potwierdzenie tej teorii.

          Na tym tle pojawiają się jednak sensacyjne doniesienia, jak choćby historia tzw. wazonu z Dorchester w stanie Massachusetts, odkrytego rzekomo w 1851 roku w skałach liczących ponad 600 milionów lat. Sugestia, że w tak odległej epoce istnieli artyści obrabiający metal, jest skrajnie nieprawdopodobna i stoi w sprzeczności z całą współczesną wiedzą o historii życia. Zdrowy rozsądek i metodologia naukowa każą podchodzić do takich relacji z najwyższą ostrożnością. Charakterystyczne jest zresztą to, że podobne sensacje szybko znikają z obiegu, a same artefakty giną lub zmieniają właścicieli, uniemożliwiając niezależną weryfikację.

          Podobny problem dotyczy książki "Zakazana archeologia", która sugeruje istnienie inteligentnych cywilizacji sprzed milionów lat. Choć deklarowanym celem autorów było demaskowanie fałszerstw paleoantropologicznych, książka sama popada w przesadę i sensacyjność. W efekcie zamiast porządkować wiedzę, buduje atmosferę nieufności wobec całej nauki. Trudno w takim przypadku rozstrzygnąć, komu wierzyć, jeśli brak twardych, sprawdzalnych dowodów.

          Możliwe, że w dziejach ludzkości istniały cywilizacje, które zaginęły w wyniku kataklizmów, a po epokach lodowcowych ocalałe grupy ludzi musiały zaczynać niemal od zera, opierając się głównie na pamięci i nielicznych pozostałościach przeszłej wiedzy. Nie przeczy to jednak biologicznej teorii ewolucji, lecz dotyczy raczej historii kultury niż pochodzenia gatunku.

          Współcześnie intensywnie poszukuje się także inteligentnych istot pozaziemskich. Od dawna uważam, że inteligencja na poziomie „dziecka Bożego” może być ewenementem kosmicznym i jednym z dowodów na istnienie inteligentnego Absolutu. W tym temacie potrzebne są argumenty innego rodzaju. Trzeba sięgnąć do sfery duchowej i zagadnień nadprzyrodzonych.

piątek, 16 stycznia 2026

Rola religii


          Na samym początku chcę jasno zaznaczyć, że jestem zwolennikiem religii i uważam ją za niezwykle potrzebną ludzkości. Stanowi ona integralną część kultury duchowej człowieka i odgrywa istotną rolę w jego rozwoju wewnętrznym. Religia pomaga ludziom odnaleźć sens życia, porządkuje system wartości oraz wpływa na postawy moralne i społeczne. Dla wielu osób jest także źródłem nadziei, oparciem w chwilach kryzysu oraz przestrzenią budowania wspólnoty i poczucia przynależności. Niepokoi mnie jednak fakt, że na przestrzeni dziejów religia bywała wykorzystywana jako narzędzie dyscyplinowania i kontroli ludzi, często przez tych, którzy nie rozumieli jej istoty lub kierowali się własnym interesem i złą wolą. Historia wielokrotnie pokazuje, że zamiast prowadzić do duchowego wzrostu i wolności, religia służyła władzy, ideologii i przemocy, co w sposób rażący wypaczało jej pierwotne znaczenie i sens.

          Naturalnym miejscem religii jest sfera duchowa, zakorzeniona w sercu i duszy każdego człowieka. Tam rodzi się wiara, tam dokonuje się najgłębsze doświadczenie sacrum. Gdy religia wychodzi na zewnątrz, przybiera formę kultu, obrzędu i wspólnotowego uwielbienia Stwórcy, nabierając charakteru społecznego. Niezależnie jednak od wyznania, prawdziwy kontakt z Absolutem dokonuje się w najgłębszym sanktuarium – w duszy człowieka. To tam rozgrywa się dialog z Istotą Nadprzyrodzoną, tam stawiane są pytania o sens istnienia i tam, w ciszy sumienia, można usłyszeć Jego głos.

          Wszelkie rządy teokratyczne, które wykorzystują kanony wiary do realizacji własnych celów politycznych lub ideologicznych, błądzą. To, co w religii jest piękne i wzniosłe, staje się wówczas narzędziem opresji i prześladowań. Przykładem może być tragiczne zdarzenie, w którym kobieta w Iranie została pozbawiona życia z powodu — zdaniem władz — niewłaściwego ubioru. Ten dramatyczny fakt woła o rozsądek i refleksję. Religia powinna pomagać człowiekowi wznosić się ponad zło, wskazywać drogę do zbawienia, kształtować postawy etyczne, rozwijać empatię oraz budować wspólnoty oparte na wzajemnym szacunku i godności osoby ludzkiej. Nadużywanie i arbitralna interpretacja kanonów wiary świadczą o niedojrzałości, ignorancji oraz duchowej ciemnocie.

          Często przypisuje się Stwórcy działania i intencje, które nie mają żadnego uzasadnienia w logice ani w duchowym doświadczeniu. Przykładem jest obsesyjne, wręcz chorobliwe podejście do ludzkiej seksualności. Czy Absolut może być tak ograniczony, by w naturalności widzieć coś z gruntu złego? Wszystko, co zostało stworzone przez Boga, jest dobre i ma służyć człowiekowi. Naganne jest jedynie świadome wypaczanie praw bożych, podyktowane złą wolą lub żądzą dominacji — choć rozpoznanie prawdziwych motywów takich działań bywa niezwykle trudne. Religia powinna być narzędziem uzdrawiania, pojednania i naprawy wyrządzonych krzywd, prowadzić do nawrócenia i przemiany serca, a nie pełnić funkcję aparatu represji i karania.

          Nie dziwią zatem opinie, według których religia bywa postrzegana jako zarzewie zła. Niewłaściwi kapłani, ich postępowanie oraz polityka władz religijnych i świeckich znacząco przyczyniły się do utrwalenia takiego obrazu. Mimo to istotą religii pozostaje dobro — prawdziwa religia wciąż ma potencjał inspirowania, uczenia miłości i współczucia oraz prowadzenia człowieka ku wyższym, uniwersalnym wartościom.

          W mojej ocenie jednym z największych problemów jest niewłaściwie prowadzona katecheza. Zbyt często nie jest ona przestrzenią refleksji i dialogu, lecz miejscem indoktrynacji i narzucania gotowych schematów myślenia. Wiem to z własnego doświadczenia. Choć wychowywałem się w środowisku liberalnym, dorastałem z głęboko zakorzenionym poczuciem winy. Dopiero studia teologiczne oraz niemal pół wieku osobistych poszukiwań i studiowania pozwoliły mi dojść do wniosku, że istota religii leży gdzie indziej. Prawda okazała się znacznie bardziej złożona i zarazem wyzwalająca.

          Stwórca przede wszystkim dał człowiekowi możliwość stania się Jego dzieckiem — w sensie duchowym i ontologicznym, zgodnie z boskimi paradygmatami miłości i wolności. Religia powinna pomagać w osiąganiu mistycznego zjednoczenia z Nim, prowadzić ku pełni istnienia. Doświadczenie wiary powinno być źródłem radości, pokoju i szczęścia, a nie narzędziem duchowego terroru czy polityki strachu. Tylko taka religia ma sens i tylko taka może naprawdę przemieniać świat.

czwartek, 15 stycznia 2026

Artefakty nie na swoim miejscu


          Biblia w zasadzie pomija okres liczony w milionach lat, koncentrując się na wydarzeniach sprzed kilku tysięcy. Czas przedbiblijny pozostaje więc w dużej mierze poznawczą «terra incognita». Archeologia dostarcza wprawdzie wielu świadectw rozwoju człowieka, jednak obraz ten jest niepełny i pełen luk. Brakuje znalezisk pośrednich, które pozwoliłyby złożyć całkowicie spójną narrację o najdawniejszych dziejach ludzkości.

          W literaturze alternatywnej — m.in. w "Zakazanej archeologii" Michaela A. Cremo i Richarda L. Thompsona — opisywane są tzw. „artefakty nie na swoim miejscu”. Są to obiekty, które rzekomo odnajdywano w bardzo starych warstwach geologicznych, niepasujących do przyjętej chronologii rozwoju człowieka. Gdyby okazały się autentyczne, zmuszałyby do poważnej rewizji obowiązujących paradygmatów naukowych.

          Jednym z najsłynniejszych przykładów jest relacja o gwoździu znalezionym w piaskowcu dewońskim w Szkocji. Dewon, datowany na około 419–359 milionów lat temu, poprzedza pojawienie się człowieka o setki milionów lat. Według XIX-wiecznych doniesień gwóźdź miał być częściowo osadzony w skale. Zwolennicy interpretacji alternatywnych uznali to za dowód istnienia zaawansowanej cywilizacji w odległej przeszłości. Nauka głównego nurtu wskazuje jednak na możliwość wtórnego wniknięcia przedmiotu w szczelinę skalną, naturalne procesy mineralne oraz brak dokumentacji stratygraficznej i samego artefaktu do ponownej analizy. Przypadek ten pozostaje więc problemem interpretacyjnym, a nie rozstrzygającym dowodem.

          Podobny status ma historia złotej nici odnalezionej rzekomo w skale karbońskiej w Anglii. Karbon to okres sprzed 359–299 milionów lat. Według dawnych relacji cienka metaliczna nić miała znajdować się wewnątrz bryły skały. Interpretacje alternatywne widzą w tym ślad obróbki metalu przez inteligentne istoty. Z perspektywy geologii klasycznej zwraca się jednak uwagę na brak zachowanego obiektu, możliwość naturalnych żyłek mineralnych lub wtórnego osadzenia metalu. Także i tu sensacja opiera się na słabej podstawie dowodowej.

          Jednym z najbardziej znanych przykładów jest tzw. wazonik z Dorchester w stanie Massachusetts, odkryty w 1851 roku. Metaliczny, bogato zdobiony przedmiot miał zostać wydobyty z litej skały przypisywanej formacjom prekambryjskim. Forma obiektu sugerowała wyrób rzemieślniczy, co wywołało duże poruszenie. Jednak brak samego artefaktu, opieranie się wyłącznie na relacjach prasowych oraz możliwość wtórnego pochodzenia przedmiotu sprawiają, że również ten przypadek pozostaje nierozstrzygnięty i stanowi raczej studium napięcia między sensacją a rygorem naukowym.

          Podobnie interpretowana jest niemal idealnie kulista bryła znaleziona rzekomo w kredzie trzeciorzędowej w okolicach Laon we Francji. Choć regularny kształt wzbudzał zdumienie, geologia zna liczne naturalne konkrecje mineralne o podobnej formie. Brak dokumentacji i samego obiektu nie pozwala na jednoznaczne wnioski.

          Na tle tych kontrowersyjnych narracji warto wspomnieć o Aix-en-Provence — regionie rzeczywiście bogatym w dobrze udokumentowane znaleziska archeologiczne. Oppidum d’Entremont, celto-liguryjska osada sprzed około 2200 lat, oraz liczne pozostałości rzymskiego Aquae Sextiae dostarczają solidnych świadectw życia dawnych kultur. W literaturze alternatywnej pojawiają się wprawdzie wzmianki o starszych, niejasnych odkryciach z okolicznych kamieniołomów, jednak nie zostały one potwierdzone przez badania akademickie.

           Przypadki „artefaktów nie na swoim miejscu” nie obalają współczesnej nauki, ale pokazują, jak cienka bywa granica między obserwacją, interpretacją a sensacją. Przypominają również, jak kluczowe znaczenie ma kontekst odkrycia — bez niego nawet najbardziej intrygujący obiekt pozostaje jedynie hipotezą, a nie dowodem.

           Pozostaje niepokój, że może jest coś na rzeczy. Niestety ciągle jesteśmy na początku drogi do poznania prawdy. Z drugiej strony dla młodych poszukiwaczy prawdy rozpościera się nadzieja na wielkie odkrycia.

środa, 14 stycznia 2026

Nowe cywilizacje

 

          Wczoraj wyraziłem niepokój poznawczy, a dziś przyszła mi myśl, że Tora – opisując Kaina, który po zabójstwie Abla ucieka do innych, już istniejących społeczności – pośrednio ujawnia coś bardzo istotnego. Jej autorzy, po krótkim opisie prehistorii, świadomie odcinają się od historii liczącej tysiące, a być może dziesiątki tysięcy lat, i postanawiają rozpocząć własną, semicką narrację od określonego momentu szczególnej relacji człowieka z Bogiem.

          To, co było wcześniej, staje się dla nich mniej istotne. Prehistoria pełni rolę wprowadzenia: przekazuje prawdę o stworzeniu świata, Ziemi i człowieka, lecz nie stanowi centrum zainteresowania. Dla Semitów kluczowy staje się dopiero czas Objawienia – moment, w którym Bóg zaczyna w sposób szczególny komunikować się z wybranym ludem i prowadzić go przez historię.

          Z różnych przesłanek można wnioskować, że ta „nowa epoka” mogła rozpocząć się po zakończeniu ostatniego zlodowacenia, około 40 tysięcy lat temu. Był to okres gwałtownych zmian klimatycznych, migracji ludów oraz przyspieszonego rozwoju kultury, co sprzyjało powstawaniu nowych form cywilizacji i bardziej złożonych struktur społecznych.

          Jeśli uwzględnić fakt, że Ziemia istnieje od około 4,5 miliarda lat, czas ten jest na tyle ogromny, że można założyć istnienie wielu cywilizacji, które powstawały, rozwijały się i ulegały zagładzie, ustępując miejsca kolejnym. Kataklizmy naturalne – zlodowacenia, trzęsienia ziemi, uderzenia meteorytów czy długotrwałe zmiany klimatu – mogły niszczyć niemal wszystkie materialne ślady ich istnienia, grzebiąc artefakty głęboko w ziemi lub na dnie oceanów.

          Pomiędzy kolejnymi cywilizacjami mogły przetrwać jedynie strzępy informacji: mity, symbole, opowieści i fragmentaryczna wiedza, które późniejsze ludy próbowały na nowo interpretować i wdrażać w życie. W ten sposób pamięć o dawnych cywilizacjach mogła przetrwać w postaci legend o bogach, herosach czy istotach „z nieba”.

          Hipotezę istnienia kosmitów odrzucam, jednak możliwe jest, że nowe cywilizacje zapamiętały wcześniejsze właśnie w formie bóstw lub istot nadprzyrodzonych – nie dlatego, że były one rzeczywiście boskie, lecz dlatego, że ich wiedza, organizacja i osiągnięcia znacząco przewyższały poziom rozwoju ich następców.

          Aby poznać prawdziwą historię ludzkości, trzeba przekopywać ziemię – dosłownie i metaforycznie. Trudność polega na tym, że wiele państw i instytucji nie jest zainteresowanych pełnym ujawnianiem odkryć, które mogłyby podważyć obowiązujące narracje historyczne. Nie do końca to rozumiem, choć mam świadomość, że jako jednostka nie mam na ten proces realnego wpływu.

          Na chwilę obecną zdaję sobie sprawę, że do poznania pełnej prawdy upłynie jeszcze bardzo dużo czasu. Dziś niemal wszystko jest względne i zależne od poziomu wykształcenia człowieka, jego wysiłku, ciekawości świata i dobrej woli. Obok autentycznych poszukiwaczy prawdy funkcjonuje jednak ogromna liczba ludzi zafascynowanych teoriami spiskowymi, religiami w skrajnych formach oraz ezoteryką. Często odnoszę wrażenie, że bardziej interesują ich własne poglądy, wizje i fantazje niż rzetelne poznanie rzeczywistości.

          Aby prawda mogła zostać naprawdę odkryta i zaakceptowana, musiałaby zmienić się sama cywilizacja – jej poziom kultury, edukacji i odpowiedzialności. Gdy obserwuje się, że na pierwszym planie spraw światowych wciąż dominują wojny, konflikty i walka o władzę, trudno snuć optymistyczne marzenia o przyszłości.

          Dziwi mnie, że świat nie potrafi skutecznie poradzić sobie z politykami destabilizującymi porządek międzynarodowy, takimi jak Putin, Orban, Trump i wielu im podobnych. W Polsce z kolei przeraża mnie skala poparcia dla PiS-u, często wśród ludzi słabo wykształconych i podatnych na uproszczone przekazy. Wszystko to pokazuje, jak daleko jesteśmy jeszcze od cywilizacji opartej na wiedzy, refleksji i odpowiedzialnym myśleniu.

wtorek, 13 stycznia 2026

Prawda niepewna


          Mimo ogromnego postępu technicznego coraz trudniej dotrzeć do źródeł informacji, które nadawałyby się do rzetelnej i krytycznej analizy. Nadmiar treści nie idzie w parze z ich jakością. Zapoznałem się z wieloma dokumentami, jednak odnoszę wrażenie, że część z nich jest skażona intencjonalnie — podporządkowana określonym interesom, narracjom lub ideologiom. Rodzi się więc konieczność nieustannego badania ich wiarygodności, konfrontowania faktów oraz odrzucania tego, co nosi znamiona manipulacji lub świadomego fałszu.

          Trudno pojąć, że istnieją ośrodki oraz pseudonaukowcy, którym zależy na sianiu zamętu i podważaniu zaufania do wiedzy opartej na dowodach. W przestrzeni publicznej mnożą się teorie spiskowe, interpretujące zdarzenia zgodnie z fantazją autorów, a nie w oparciu o fakty. W efekcie prawda staje się niepewna, rozmyta, a odbiorca informacji zostaje pozostawiony sam sobie — zmuszony do nieustannej czujności, krytycznego myślenia i odpowiedzialności za własne sądy.

          Przyznaję, że i mnie to spotkało. Nie reprezentuję żadnej uczelni ani ośrodka naukowego i nie prowadzę własnych badań. Korzystam z dostępnych źródeł oraz dorobku pisanego autorów, których uważam za wiarygodnych, lecz nawet ich materiały bywają przedmiotem manipulacji. Wystarczy wspomnieć o Biblii. Często spotykam się z opiniami, że w III–V wieku wprowadzono do jej treści tak wiele zmian i korekt, iż podważa to zaufanie do dzisiejszych wydań. Przez lata opierałem się na Biblii Tysiąclecia wydanej w 1965 roku przez Pallottinum, tuż przed milenijną rocznicą Chrztu Polski — z tego przekładu korzystał również Jan Paweł II. Obecnie dostępne jest już wydanie piąte z roku 2024. Zauważyłem w nim zmiany, które nie tylko niepokoją, ale wręcz zmuszają do rewizji dotychczasowego oglądu i stawianych wcześniej wniosków.

          Teorie spiskowe zalewają media, a często towarzyszą im agresywne reklamy, będące zmorą dla osób poszukujących rzetelnej wiedzy. Brakuje ośrodków, które mogłyby pełnić rolę autorytatywnej wykładni prawdy lub choćby punktu odniesienia.

          Być może nastąpił zastój w publikowaniu nowych wyników badań. A może to ja jestem niecierpliwy. Dostępna literatura wciąż w dużej mierze odzwierciedla stan wiedzy XX wieku. Tymczasem mija już pierwsza ćwiartka XXI wieku — a zmiany, których można by się spodziewać, wydają się zaskakująco niewielkie.

czwartek, 8 stycznia 2026

Znaczenie pisma w dziejach ludzkości

Znaczenie pisma w dziejach ludzkości

 

          Pismo jest jednym z najważniejszych osiągnięć w dziejach ludzkości. To, co mnie szczególnie zadziwia w rozwoju człowieka i ludzkiej cywilizacji, to pomysł, aby rzeczom i zdarzeniom nadawać znaki graficzne. Dzięki temu abstrakcyjnemu myśleniu powstało pismo – narzędzie, które pozwoliło ludziom nie tylko porozumiewać się na odległość, lecz także utrwalać pamięć o świecie.

          Historia pisma sięga kilku tysięcy lat wstecz. Najstarsze jego formy powstały w Mezopotamii około IV tysiąclecia przed Chr.. Było to pismo klinowe, używane przez Sumerów. Znaki wyciskano w glinianych tabliczkach za pomocą rylca, a każdy symbol początkowo przedstawiał konkretny przedmiot lub czynność. Podobnie w starożytnym Egipcie rozwinęły się hieroglify – bogaty system znaków obrazkowych, którymi zapisywano teksty religijne, historyczne i administracyjne na kamieniu oraz papirusie.

          Pismo sumeryjskie (klinowe) powstało około ok. 3400–3100 przed Chr. w Mezopotamii. Początkowo były to piktogramy wyciskane w glinianych tabliczkach, które z czasem przekształciły się w system znaków klinowych, reprezentujących sylaby i pojęcia abstrakcyjne.

          Hieroglify egipskie pojawiły się nieco później, około ok. 3200 przed Chr.. Były również oparte na znakach obrazkowych, ale miały od początku charakter zarówno ideograficzny (znak oznaczał pojęcie), jak i fonetyczny (znak oznaczał dźwięk). Oba systemy rozwijały się w podobnym czasie i niezależnie, sumeryjskie pismo klinowe wyprzedza egipskie hieroglify o kilkaset lat!

          Z biegiem czasu pismo zaczęło się upraszczać. Znaki przestały przedstawiać konkretne przedmioty, a zaczęły oznaczać dźwięki lub sylaby. Tak powstały pisma sylabiczne, a później alfabetyczne. Ogromnym przełomem było stworzenie alfabetu fenickiego, który składał się z niewielkiej liczby znaków odpowiadających głoskom.                                  Na jego podstawie rozwinął się alfabet grecki, a następnie łaciński, który do dziś jest używany w wielu krajach świata, w tym w Polsce.

          Pismo odegrało kluczową rolę w rozwoju państw i kultur. Dzięki niemu możliwe stało się tworzenie kodeksów prawnych, takich jak kodeks Hammurabiego (XVIII w. przed Chr), prowadzenie kronik historycznych oraz rozwój literatury i nauki. W średniowieczu pismo było pielęgnowane głównie w klasztorach, gdzie mnisi przepisywali księgi, dbając o zachowanie dorobku antyku. Wynalezienie druku przez Johannesa Gutenberga w XV wieku sprawiło, że pismo stało się dostępne dla znacznie szerszego grona odbiorców.

          Najstarsze teksty biblijne powstawały ręcznie, w bardzo odmiennych warunkach niż dzisiejsze pisanie, zarówno pod względem materiałów, narzędzi, jak i języka. Były pisane głównie w: języku hebrajskim – podstawowy język Biblii hebrajskiej, języku aramejskim – używanym w niektórych fragmentach (np. Księga Daniela, Ezdrasza), języku greckim – w przypadku Nowego Testamentu (greka koine). Używano pisma spółgłoskowego, zwłaszcza w hebrajskim – zapisywano tylko spółgłoski, bez samogłosek. Odczytanie tekstu wymagało więc znajomości języka i tradycji. Samogłoski dodano dopiero wiele wieków później przez masoretów.

          Najstarsze teksty biblijne zapisywano na:papirusie – wytwarzanym z rośliny papirusowej, popularnym w starożytności, pergaminie – specjalnie przygotowanej skórze zwierzęcej (owczej, koziej),  rzadziej na glinianych ostrakonach (skorupach) lub kamieniu. Papirus był tańszy, ale nietrwały; pergamin droższy, za to znacznie trwalszy.

          Pisarze (skrybowie) używali: trzcinek lub piór jako narzędzi do pisania, atramentu wytwarzanego z sadzy, węgla, gumy arabskiej i wody. Pisanie było zajęciem wymagającym ogromnej precyzji, skupienia i wiedzy.

Teksty zapisywano: bez odstępów między wyrazami, bez znaków interpunkcyjnych,

często w długich kolumnach. Każda litera miała znaczenie — błąd mógł zmienić sens całego fragmentu. W tradycji żydowskiej kopista, który popełnił zbyt wiele błędów, musiał zniszczyć rękopis.

          Teksty biblijne były: wielokrotnie przepisywane ręcznie przez pokolenia, przekazywane z niezwykłą starannością, szczególnie w judaizmie, traktowane nie tylko jako tekst, ale jako święte słowo. Dzięki temu, mimo upływu tysięcy lat, zachowana treść Biblii jest zadziwiająco spójna, co potwierdzają m.in. zwoje znad Morza Martwego. Właśnie dzięki  pracowitości skrybów Biblia stała się jednym z najlepiej zachowanych tekstów starożytnego świata.

środa, 7 stycznia 2026

Historyczne znaczenie prochu strzelniczego


 

          Człowiek w swoim dorobku ma wielkie odkrycia i osiągnięcia, ale nie wszystkie są etycznie poprawne.

          Wynalezienie prochu strzelniczego było jednym z najważniejszych odkryć w dziejach ludzkości. Zapoczątkowało ono przełom w technice wojennej, prowadząc do stopniowego zaniku średniowiecznego rycerstwa oraz fortyfikacji obronnych opartych na murach kamiennych. Broń palna i artyleria umożliwiły skuteczniejsze prowadzenie działań wojennych, zmieniając strategie militarne i równowagę sił między państwami.

          Pierwszymi, którzy poznali i zaczęli używać saletry (z łac. sal petrae – „sól skalna”), byli Chińczycy. Już za panowania dynastii Han (ok. 100 r. przed Chr.) alchemicy taoistyczni, poszukując eliksiru nieśmiertelności, wykorzystywali w swoich eksperymentach m.in. siarkę oraz saletrę, czyli azotan potasu (KNO3). Mieszanie tych substancji z węglem drzewnym doprowadziło do odkrycia prochu strzelniczego.

          Oficjalne sformułowanie receptury prochu przypisuje się XI wiekowi. – w 1044 r. został on opisany w chińskim traktacie wojskowym Wujing Zongyao. Początkowo proch stosowano głównie do wyrobów pirotechnicznych, takich jak fajerwerki (od V wieku, ok. 468 r.), a następnie znalazł on szerokie zastosowanie militarne: w rakietach (ok. 1100 r.), granatach i bombach (1232 r., podczas oblężenia Kaifengu), a w połowie XIII wieku także w pierwszych armatach (ok. 1250 r.).

          Wynalezienie prochu strzelniczego zrewolucjonizowało sztukę wojenną, prowadząc do rozwoju broni palnej, artylerii oraz miotaczy ognia, a w dalszej perspektywie zmieniło sposób prowadzenia konfliktów zbrojnych na całym świecie.

          Znaczenie prochu wykraczało jednak poza sferę militarną. Jego zastosowanie w górnictwie i budownictwie przyczyniło się do rozwoju infrastruktury, umożliwiając szybsze drążenie tuneli oraz wydobycie surowców. Proch odegrał także istotną rolę w rozwoju pirotechniki, stając się podstawą pokazów fajerwerków i ceremonii.

          Upowszechnienie prochu strzelniczego sprzyjało centralizacji władzy państwowej, ponieważ kosztowna artyleria była dostępna głównie dla monarchów i państw, co osłabiało znaczenie feudalnych armii. Ostatecznie wynalazek ten przyczynił się do przemian społecznych, politycznych i technologicznych, kształtując nowożytny świat.

          Łączenie tych substancji z różnymi domieszkami doprowadzało niejednokrotnie do groźnych w skutkach pożarów.

          Same odkrycia i dzieła wytworzone przez człowieka same w sobie są dobre (podobnie jak pisze w Księdze Rodzaju o dziełach Boskiego stworzenia) do czasu jak zostają wykorzystane do celów nieetycznych. 

          Odkrycia i wytwory człowieka mają w sobie wartość samą w sobie — podobnie jak w Księdze Rodzaju opisywane są dzieła Boskiego stworzenia, które były dobre. Człowiek, tworząc, uczestniczy w tym samym akcie nadawania formy światu. Jednak ta wartość pozostaje potencjalna i krucha: dopóki dzieła te nie zostaną wykorzystane w sposób nieetyczny, dopóty świadczą o geniuszu, uporze i kreatywności. Gdy zaś służą przemocy, egoizmowi czy zniszczeniu, tracą swój pierwotny sens i stają się przestrogą — przypomnieniem, że moc tworzenia wymaga odpowiedzialności.

 

wtorek, 6 stycznia 2026

Obrobione kamienie Baalbek (Liban)


          Obrobione kamienie Baalbek (Liban). Bloki ważące ponad 800 ton Do dziś nie ma jednoznacznej odpowiedzi, jak je transportowano i ustawiano.

          W Baalbek kamień nie jest martwy. Leży w dolinie Bekaa jak myśl, której nie da się odsunąć na bok. Pośród gór i ostrego światła Bliskiego Wschodu spoczywają bloki tak ogromne, że ludzka skala traci wobec nich znaczenie. Człowiek stojący u ich stóp nie tyle ogląda ruiny, ile doświadcza dysonansu — pomiędzy tym, co wie o możliwościach dawnych cywilizacji, a tym, co widzi.

          Najbardziej zdumiewające są kamienie w fundamentach rzymskiej Świątyni Jowisza. Trzy z nich, znane jako Trilithon, ważą po około siedemset–osiemset ton każdy. Ich krawędzie są równe, powierzchnie niemal gładkie, a całość sprawia wrażenie konstrukcji raczej ułożonej niż wzniesionej — jakby kamień sam znalazł swoje miejsce. Do dziś nie ma jednoznacznej odpowiedzi, w jaki sposób bloki te przetransportowano i osadzono, choć archeologia pozostawia niewiele wątpliwości co do czasu ich powstania.

          Przyjmuje się, że obróbka, transport i osadzenie kamieni Baalbek miały miejsce głównie w okresie rzymskim, po włączeniu regionu do Imperium Rzymskiego w 64 r. przed Chr.. Wielkie prace budowlane trwały od I wieku przed Chr. do III wieku n.e., w czasie rozbudowy monumentalnego kompleksu świątynnego obejmującego świątynie Jowisza, Bachusa i Wenus. W tym właśnie okresie Trilithon został wkomponowany w mur podbudowy.

          W pobliskim kamieniołomie znajdują się jeszcze większe bloki, ważące od około 1000 do nawet 1650 ton. Pochodzą one z tego samego okresu, lecz nigdy nie zostały przetransportowane. Najsłynniejszy z nich, tzw. Kamień Ciężarnej Kobiety, waży około tysiąca ton. Inne, odkryte dopiero w ostatnich dekadach, pozostają częściowo zakopane w ziemi — jakby porzucone w chwili, gdy ambicja przekroczyła możliwości. Najprawdopodobniej prace przerwano z powodów technicznych lub w wyniku zmiany planów.

          Rzymianie byli mistrzami inżynierii. Budowali drogi, które przetrwały tysiąclecia, akwedukty przecinające doliny i amfiteatry, w których kamień podporządkowano matematyce. A jednak Baalbek wymyka się prostym wyjaśnieniom. Skala jego fundamentów wyraźnie przekracza potrzeby samej świątyni. Jest w tym coś nadmiarowego — jakby przygotowano je dla budowli większej, niż kiedykolwiek powstała, albo dla idei, która nigdy nie została w pełni wypowiedziana.

          Nie potrzeba nadprzyrodzonych wyjaśnień, by zrozumieć, jak obrabiano te kamienie. Dłuta, kliny, rampy, ludzka praca oraz czas wystarczają jako odpowiedź techniczna. Nie wyczerpują jednak odpowiedzi kulturowej. Technika nie tłumaczy, dlaczego uznano, że warto poruszyć tysiąctonowy blok, skoro ten sam efekt można było osiągnąć mniejszym wysiłkiem. W Baalbek kamień przestaje być tylko materiałem budowlanym — staje się komunikatem.

 

          Monumentalność była językiem władzy. Miała mówić o boskości, o trwałości imperium, o porządku, który miał przetrwać pokolenia. Człowiek wchodzący na dziedziniec świątyni miał poczuć się mały — nie tylko wobec bogów, lecz także wobec państwa zdolnego ujarzmić kamień w takiej skali. Paradoksalnie to właśnie ta przesada sprawia, że dziś pytamy już nie o bogów, lecz o ludzi: o ich wiedzę, organizację, odwagę i granice wyobraźni.

          W ciszy ruin Baalbek kamień nadal spełnia swoją rolę. Nie odpowiada wprost. Leży, milczy i trwa, zmuszając do myślenia. Być może właśnie o to chodziło od samego początku — nie po to, by przekonać, lecz by poruszyć.

          Stosunkowo młody okres wzniesienia kamiennych bloków w Baalbek dowodzi, że są one dziełem człowieka oraz rezultatem ogromnego, świadomie zorganizowanego wysiłku. Tym samym upadają teorie o ingerencji istot pozaziemskich, które miały rzekomo pomagać ludziom w ich rozwoju cywilizacyjnym.

          Taka wizja jest bliska mojego sercu. Utwierdzam się w przekonaniu, że człowiek jest zdolny i powołany do wielkich projektów. Człowiek byt niemal doskonały  (jak tytuł mojej trzeciej książki).

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Mapy Piri Reisa


          Mapy Piri Reisa, sporządzone na początku XVI wieku, uchodzą za jedne z najbardziej zagadkowych i intrygujących zabytków kartografii swojej epoki. Ich autor, osmański admirał, żeglarz i kartograf Piri Reis, twierdził, że oparł swoje dzieło na znacznie starszych źródłach — zarówno antycznych, jak i średniowiecznych — obejmujących mapy greckie, arabskie oraz portugalskie, a także relacje doświadczonych żeglarzy.

          Zachowany fragment mapy z 1513 roku przedstawia wybrzeża Europy, Afryki oraz obu Ameryk, których kontury cechują się zaskakującą — jak na ówczesny stan wiedzy — dokładnością. Szczególnie precyzyjnie odwzorowane są linie brzegowe zachodniej Afryki i wschodniej Ameryki Południowej, a także Azory, Wyspy Kanaryjskie oraz mityczna wyspa Antillia. Może to sugerować, że autor dysponował wiarygodnymi i stosunkowo aktualnymi informacjami nawigacyjnymi.

          O mapie zrobiło się głośno, gdy zauważono, że powstała w czasach, kiedy Europejczycy dopiero poznawali wybrzeża Ameryki Południowej i Karaibów, a o Falklandach czy Antarktydzie — rzekomo również zaznaczonej na mapie — nikt jeszcze nie słyszał. Sam Piri Reis w swoich komentarzach przyznał jednak, że korzystał ze starszych map, w tym także z tych należących do Krzysztofa Kolumba.

          Mapa została narysowana na skórze gazeli. Według różnych źródeł jej wymiary  wynoszą: 90 × 63 cm, 86 × 60 cm, 90 × 65 cm, 85 × 60 cm, 87 × 63 cm lub 86 × 62 cm. Rozbieżności te wynikają ze zniszczonych krawędzi, które utrudniają ustalenie jej dokładnych rozmiarów. Dzieło powstało w 1513 roku na podstawie kilkunastu innych map, m.in. ptolemejskich, arabskich i portugalskich; niektórzy badacze sądzą nawet, że Piri Reis mógł korzystać z ponad dwudziestu różnych źródeł kartograficznych.

          Największe kontrowersje budzi południowa część mapy, interpretowana przez niektórych badaczy jako możliwe przedstawienie Antarktydy — rzekomo pozbawionej pokrywy lodowej. Hipoteza ta pozostaje jednak przedmiotem sporów i nie jest powszechnie akceptowana w środowisku naukowym. Wielu historyków uważa, że fragment ten przedstawia jedynie zniekształcone wybrzeża Ameryki Południowej, co było typowe dla kartografii wczesnonowożytnej.

          Niezależnie od tych kontrowersji mapy Piri Reisa stanowią cenne świadectwo wysokiego poziomu wiedzy geograficznej i kartograficznej świata osmańskiego w epoce wielkich odkryć geograficznych. Ukazują one również, jak intensywna była wymiana informacji pomiędzy różnymi kręgami kulturowymi i cywilizacyjnymi w basenie Morza Śródziemnego oraz na Atlantyku.

          Im bardziej zapoznaję się z nadzwyczajnymi artefaktami przeszłości, tym silniej utwierdzam się w przekonaniu, że człowiek od bardzo dawna posiadał niezwykłe zdolności poznawcze. Dzięki umysłowi i żmudnej pracy dochodził do wielkich odkryć i wspaniałych wynalazków. Człowiek — istota inteligentna — od wieków uczestniczy w Bożym projekcie stwórczym. Nie potrzebuje do tego ani istot pozaziemskich, ani „ufoludków”.

          Koncepcja obcej cywilizacji w istocie zubaża nasze rozumienie lokalnej historii i ludzkich osiągnięć. Nie jest ona konieczna do wyjaśniania rozwoju cywilizacji. Warto sobie uświadomić, że to od nas samych zależą nasz dobrobyt i pokój na Ziemi. Światowa Rada złożona z mądrych ludzi nauki mogłaby wypracować skuteczne metody powstrzymywania uzurpatorów cudzych ziem oraz siewców nienawiści. Jak głosi Pismo Święte: „czyńcie sobie ziemię poddaną” (por. Rdz 1,28).

          W XXI wieku powinien triumfować kosmopolityzm — postawa i idea filozoficzna uznająca cały świat za ojczyznę człowieka, odrzucająca nacjonalizm i sztywne podziały narodowe na rzecz jedności ludzkości. Jej korzenie sięgają starożytności (Diogenes z Synopy, Sokrates, stoicy), a współcześnie bywa ona propagowana przez środowiska globalistyczne. Jednocześnie w historii literatury i myśli społecznej kosmopolityzm bywał krytykowany jako bezrefleksyjne naśladowanie obcych wzorców kulturowych, określane mianem „cudzoziemszczyzny”, prowadzące do osłabienia tożsamości lokalnej. Nie musi on jednak stać w sprzeczności z ochroną dorobku kulturowego każdego kraju, nawet najmniejszego.

niedziela, 4 stycznia 2026

Antikythira (Grecja)


          Mechanizm z Antykithiry to starożytne urządzenie pochodzące z II wieku  przed Chrystusem, powszechnie uznawane za pierwszy analogowy „komputer” w historii. Został zaprojektowany do obliczania i przewidywania pozycji ciał niebieskich, takich jak Słońce, Księżyc oraz — najprawdopodobniej — znane wówczas planety.

          Wyróżnia się niezwykle precyzyjną mechaniką opartą na systemie brązowych kół zębatych. Poziom jego zaawansowania przez długi czas uznawano za niemożliwy do osiągnięcia w epoce starożytnej. Mechanizm odnaleziono we wraku statku u wybrzeży greckiej wyspy Antykithira (gr. Αντικύθηρα). Stanowi on jeden z najmocniejszych dowodów na to, że już w starożytności realizowano projekty o zadziwiającej złożoności technicznej i intelektualnej. Do czasu powstania zegarów mechanicznych w XVIII wieku nie jest znany żaden mechanizm o porównywalnym stopniu skomplikowania.

          Obecnie mechanizm jest prezentowany w kolekcji Narodowego Muzeum Archeologicznego w Atenach.

          Do odkrycia doszło w 1900 roku. Grecki nurek Elias Stadiatos odkrył wrak starożytnego statku handlowego na głębokości około 42 metrów u wybrzeży wyspy Antykithira. Wydobyto z niego liczne posągi, ceramikę oraz inne artefakty. Sam mechanizm został zidentyfikowany 17 maja 1902 roku, gdy archeolog Valerios Stais zauważył, że skorodowana bryła brązu zawiera fragment koła zębatego.

          Szybko okazało się, że jest to część większego urządzenia, rozbitego na trzy większe fragmenty oraz kilkadziesiąt mniejszych kawałków. Początkowo przypuszczano, że może to być średniowieczny zegar, który przypadkowo znalazł się na starożytnym wraku. Dopiero dalsze badania jednoznacznie potwierdziły jego antyczne pochodzenie.

          Choć mechanizm jest silnie zniszczony, na podstawie zachowanych fragmentów badacze stopniowo tworzyli coraz dokładniejsze rekonstrukcje. W 1974 roku Derek J. de Solla Price z Uniwersytetu Yale, po 20 latach badań, ustalił, że urządzenie składało się z co najmniej 31 kół zębatych.

          Przełom nastąpił w 2006 roku, gdy w czasopiśmie Nature opublikowano wyniki badań zespołu kierowanego przez Mike’a G. Edmundsa z Uniwersytetu w Cardiff. Zastosowanie tomografii komputerowej umożliwiło uzyskanie trójwymiarowego obrazu wnętrza mechanizmu. Odczytano wówczas znaczną część inskrypcji — z około 2000 znaków znanych z powierzchni urządzenia wcześniej rozszyfrowano jedynie 1000.

          9 czerwca 2016 roku ogłoszono wyniki kolejnych badań, przeprowadzonych przez zespół greckich naukowców. Zidentyfikowano 82 podzespoły oraz odczytano około 3400 znaków, co uznano za niemal pełny zapis inskrypcji.

          Mechanizm składał się z 37 brązowych kół zębatych o średnicach od 1 do 17 cm. Był napędzany ręcznie za pomocą korby umieszczonej z boku obudowy. Całość miała formę niewielkiej skrzynki o wymiarach około 33 × 17 × 9 cm, osadzonej pierwotnie w drewnianej ramie.

          Przednia tarcza przedstawiała ruch Słońca i Księżyca na tle zodiaku oraz kalendarz egipski używany w Grecji, uwzględniający rok przestępny co cztery lata. Pokazywała również fazy Księżyca, wykorzystując cykle odkryte przez Metona i Kallipposa.

          Tarcze umieszczone z tyłu służyły do synchronizacji kalendarza słonecznego z księżycowym oraz do przewidywania zaćmień Słońca i Księżyca na podstawie cyklu Saros. Dzięki niewspółśrodkowemu połączeniu kół mechanizm potrafił nawet odwzorować nierównomierny ruch Księżyca, zgodnie z teorią Hipparcha.

          Urządzenie umożliwiało także przewidywanie wschodów i zachodów wybranych gwiazd oraz gwiazdozbiorów. Prawdopodobnie potrafiło również obliczać pozycje pięciu znanych wówczas planet (Merkurego, Wenus, Marsa, Jowisza i Saturna). Choć odpowiednie tarcze nie zachowały się, na przedniej części mechanizmu odczytano nazwę planety «Wenus».

          Wbrew dawnym przypuszczeniom, w mechanizmie z Antykithiry nie zastosowano maszyny różnicowej. Tezę tę, wysuniętą przez Dereka Price’a, obalił później Michael Wright, korzystając z nowocześniejszych metod badawczych.

          Mechanizm z Antykithiry umożliwiał również wyznaczanie dat igrzysk olimpijskich oraz innych cyklicznych zawodów sportowych organizowanych w Delfach, Koryncie i Dodonie, co świadczy o jego praktycznym znaczeniu w życiu społecznym starożytnej Grecji.

          Mechanizm z Antykithiry jest często nazywany „laptopem starożytności” ze względu na swoją kompaktowość i wielofunkcyjność. Poziom precyzji wykonania kół zębatych dorównuje mechanizmom zegarowym z XVIII wieku. Inskrypcje na obudowie pełniły funkcję instrukcji obsługi dla użytkownika. Statek, na którym przewożono mechanizm, prawdopodobnie transportował luksusowe przedmioty z Grecji do Rzymu.

          Do dziś nie wiadomo, kto był twórcą mechanizmu — pojawiają się hipotezy łączące go ze szkołą Archimedesa lub astronomami z Rodos. Odkrycie mechanizmu całkowicie zmieniło pogląd historyków na poziom rozwoju technologii w świecie antycznym.

sobota, 3 stycznia 2026

Kolumna z Delhi (Indie)


          Kolumna z Delhi (Indie) to starożytna żelazna kolumna licząca około 1600 lat, która do dziś zadziwia badaczy swoją odpornością na korozję. Przez wieki praktycznie nie uległa rdzewieniu, co świadczy o niezwykle zaawansowanej wiedzy metalurgicznej dawnych rzemieślników indyjskich.

          Kolumna mierzy 7,21 metra wysokości, z czego 1,12 m znajduje się pod ziemią. Jej zdobione zwieńczenie o lekko bulwiastym kształcie ma 1,07 m wysokości. Średnica dolnej części kolumny wynosi około 420 mm, natomiast górnej – 306 mm. Szacuje się, że cała konstrukcja waży ponad 6 ton.

          Pierwotnie na szczycie kolumny znajdował się posąg Garudy – mitycznego człowiekoptaka, będącego rumakiem boga Wisznu. Obiekt ten miał nie tylko znaczenie architektoniczne, lecz także religijne i symboliczne.

          Obecnie kolumna stoi na niewielkim kamiennym podwyższeniu i jest otoczona żelaznym ogrodzeniem, które wzniesiono w 1997 roku w celu ochrony zabytku przed zniszczeniem. Decyzję o jej ogrodzeniu podjęto z powodu popularnej tradycji mówiącej, że aby zapewnić sobie szczęście, należy stanąć tyłem do kolumny i skrzyżować za nią ręce. Zwyczaj ten był przez lata chętnie praktykowany przez turystów i doprowadził do widocznych zmian oraz odbarwień w dolnych partiach filaru.

          Gdy czytam o niezwykle zaawansowanej wiedzy metalurgicznej dawnych rzemieślników indyjskich, budzi się we mnie ogromny podziw. Zdecydowanie odrzucam teorie spiskowe mówiące o ingerencji istot inteligentnych pochodzących z kosmosu. Od dawna bowiem głoszę pogląd, że jesteśmy sami we Wszechświecie — wbrew nawet prawom statystyki i opiniom wielu naukowców.

          Wydaje mi się, że w tej prawdzie ujawnia się Boża koncepcja stwórcza. Ten niezwykły, niemal nieprawdopodobny fenomen zdaje się o tym świadczyć. Przed ludzkością wciąż pozostaje bardzo wiele do odkrycia, zrozumienia i zagospodarowania.

          Kosmos jawi się jako przyszłość nowego świata i nowej Ziemi. Czeka on na nas i na nasze zmartwychwstanie. Taki sposób myślenia umacnia mnie w przekonaniu, że Objawienie Boże, wraz z całym jego duchowym „anturażem”, dokonuje się zgodnie z Bożym zamysłem. W tym świetle zostaje dowartościowana religia oraz sens Bożych obietnic, które nadają historii i przyszłości człowieka głębszy, transcendentny wymiar.