Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Marność nad marność nad marnościami


           Pierwsze oznaki upływu czasu  doznałem w wieku ok. 40 lat, kiedy musiałem założyć okulary. To był dla nie szok. Potem wykryłem u siebie cukrzycę. Ona wymusiła na mnie dyscyplinę życia, na którą psychicznie nie byłem przygotowany. Ona to powoli czyniła spustoszenie w moim organizmie. Najbardziej ucierpiało moje serce. Do tego doszły inne dolegliwości jak "leniwość jelit" i inne. Odczuwałem, że staję się coraz mniej sprawny.  Wrażenie, że jestem do tego dnia niedościgniony (nigdy nie przegrałem w biegach) wygasło. Coraz bardziej odczuwałem zmęczenie. Cukrzyca daje dyskomfort życia. Tabletki, insulina. Kilkakrotne kłucie się za dnia nie należy do przyjemności. Ostatnio zawał i udar dobiły mnie fizycznie ale i psychicznie. Doszła do mnie świadomość kruchości ludzkiego życia.  Przekroczywszy 60 lat dostrzegłem ostrzej dramaty innych. Wokół mnie (z mojej półki) zaczęli odchodzić znajomi, koledzy, W tamtym roku odszedł mój brat. Moja matka i teściowa dożyły 95 roku życia. Ich niesprawność fizyczno-psychiczna bardziej dobija człowieka niż radość ich obecności. Żal patrzeć jak one cierpią. Do tego wypadki polityczne, stan państwo polskiego, obecna władza przyczyniają się do ogólnego złego samopoczucia. Zdałem sobie sprawę, że siły nie pozwalają podejmować walki, którą mam w naturze. Nie podskoczę. Czuję się okrętem, który tylko dryfuje na oceanie, a nie płynie. Pocieszenia nie widać. Kościół się kompromituje, brak bodźców potrzebnych do życia.

        Wiara zachowana w sercu przygasza patrząc na cierpienia innych. Smutek otacza człowieka. Wypowiedź moja wypływająca z serca jest w konflikcie z moją naturą wojowniczą.

         Czasem mam wrażenie, że moje pisarstwo niewiele jest warte. Komu ono służy? – garstce osób myślących jak ja. Im  słowa moje nie bardzo są już niepotrzebne. Młodzież nie lubi starców i ich wywodów. Zwolenników Rydzyka i tak się nie przekona. Marność nad marność nad marnościami - wszystko marność (Koh 1,2).

        Księga Koheleta w ogólnym bilansie głosi nadzieję. Ja odczuwam jej deficyt. Żyję życiem innych, moich dzieci, wnucząt. Cieszę się ich radościami.

Rozdałem im swoje zasoby. Niech zrobią z tego użytek. Martwię się ich postawą religijną. Wszystko jest nie po mojej myśli. Wczoraj moja żona doznała chwilowego zaniku pamięci. Nowe zmartwienie i ból.

          To co mnie sprawia radość, to nabyta wiedza (nie myląc z mądrością). Rozkoszuję się znajomością praw przyrody, ich opisem i funkcjonowaniem. Zachwycam się dokonaniami człowieka. Szkoda, że za ich wielkością przemycają się funkcjonały zła. Ubolewam nad Kościołem. Marnuje od swój pierwotny statut. Wobec nowoczesnych odkryć, zdobyczy techniki może być tak fajnie. Świat jest taki piękny! Dla mnie najmniejsza informacja o uczynionym dobru jakie się pojawia jest balsamem na duszy.  Może spotka mnie jeszcze coś przyjemnego w życiu?

        Nie chcę, nie lubię pocieszenia. Theatrum życia ma podobne zakończenie. Świat jest bilardem, my tylko kulami. Może ktoś spyta, kto też grywa nami, śmierć która strąca to z dołu ,to z góry, a wszystkich do dziury. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz